Reklama

Tomasz Prusek: Ekonomia polityczna 2.0, czyli populizm rządzi

Jeśli polityka podszyta ideologią lub populizmem dominuje nad zdrowymi zasadami ekonomii i nie przejmuje się tego konsekwencjami, to państwo nie prowadzi polityki gospodarczej, tylko kieruje się ekonomią polityczną. W czasach PRL-u jej wspólnym mianownikiem były utopijne socjalistyczne idee, a dziś to demokratyczny populizm, któremu kierunek nadają słupki poparcia w sondażach i perspektywa utrzymania władzy. Na koniec dnia za hołdowanie populistycznej ekonomii politycznej wystawiany jest wysoki rachunek: w najlepszym razie zaciskanie pasa i zubożenie społeczeństwa, w najgorszym - bankructwo państwa.

Pomagajmy Ukrainie - Ty też możesz pomóc!

Po trzech dekadach transformacji gospodarczej w Polsce moglibyśmy zakładać, że powrót gospodarki wolnorynkowej i poszanowanie podstawowych zasad ekonomii będzie trwały. A tymczasem mamy triumfalny powrót ekonomii politycznej w wersji 2.0, obudowanej propagandową fasadą populizmu uzasadniającą z jednej strony rozdawnictwo pieniędzy, a z drugiej tłumaczącą powody brnięcia państwa w coraz większy dług publiczny. Ekonomia polityczna spod szyldu populizmu, tak samo jak socjalizmu, nie ma litości dla zasad ekonomii: jak trzeba dodrukować pustego pieniądza, to się drukuje, jak trzeba dołożyć transfery socjalne, to się dokłada itd. A im bardziej prowadzona populistyczna ekonomia polityczna kłóci się ze zdrową ekonomią, to tym gorzej dla ekonomii... W takiej polityce odpowiedzialność (np. wobec przyszłych pokoleń za dług publiczny) zostaje zredukowana do odpowiedzialności byle do najbliższych wyborów, które trzeba za wszelką cenę wygrać, aby utrzymać władzę.

Reklama

Taki cel polityczny uświęca środki, stąd też festiwal populistycznej ekonomii politycznej 2.0 w okresie ostatniego cyklu wyborczego 2018-2020 (np. rozszerzenie programu 500+ na każde dziecko bez względu na dochody rodziny, ekstra tzw. trzynasta emerytura), a przecież przed nami wybory w 2023 roku... Obecnie właśnie populistyczną ekonomią polityczną można tłumaczyć tak jaskrawą rozbieżność polityki fiskalnej, którą kieruje rząd, i polityki monetarnej (Rada Polityki Pieniężnej). Aby walczyć z inflacją, która sięgnęła w maju już 13,9 proc. (w skali roku), dynamicznie rosną stopy procentowe ustalane przez RPP (główna sięgnęła już 5,25 proc.), ale ich antyinflacyjny efekt jest znacząco osłabiany przez politykę rządu, która opiera się na podsycaniu konsumpcji kosztownymi transferami socjalnymi, tarczami pomocowymi czy antyinflacyjnymi.

Każde uzasadnienie jest dobre, aby dosypywać pieniędzy: od solidaryzmu społecznego, wyrównywania szans i ograniczania ubóstwa, aż po gospodarcze skutki pandemii COVID-19 i wojny w Ukrainie. Ktoś powie: ale przecież wzrost gospodarczy został odbudowany po pandemii, miejsca pracy ocalone, więc o co tyle hałasu? Sęk w tym, że w dłuższej perspektywie opieranie rozwoju gospodarki głównie na konsumpcji, a nie na inwestycjach, przede wszystkim prywatnych, to tak naprawdę droga donikąd. Owszem, to skuteczna polityka zjednywania sobie wyborców, lecz w bardzo krótkoterminowej perspektywie, bo państwo na dłuższą metę nie może na każde polityczne zawołanie bezkarnie się zadłużać.

Gdyby dziś w Polsce nie dominowała populistyczna ekonomia polityczna, to powinna zostać schłodzona konsumpcja, zreformowane wydatki socjalne albo zastopowane pachnące na kilometr populizmem pomysły w rodzaju wakacji kredytowych "dla każdego". Gospodarstwa domowe czy kredytobiorców można wspierać, ale dotyczy to wyłącznie tych, którzy takiej pomocy realnie potrzebują, bo nie radzą sobie np. finansowo z kosztami utrzymania rodzin albo spłatą zobowiązań. Dla nich powinien być np. program 500+ i wsparcie podatkowe, albo pomoc z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Tak się buduje właśnie odpowiedzialną politykę społeczną. Tyle, że o wiele bardziej atrakcyjne politycznie jest powszechne wsparcie - umownie "dla każdego" - bez znaczenia czy ktoś go potrzebuje, czy nie. Oczywiście nie ma przymusu korzystania z programów socjalnych czy wakacji kredytowych, ale przecież dominuje u nas przekonanie, że skoro dają, to grzech nie skorzystać.

Właśnie walka z inflacją prowadzona przez Radę Polityki Pieniężnej, a hamowana przez działania (lub zaniechania) rządu jest jaskrawym przykładem populistycznej ekonomii politycznej 2.0, która zawładnęła Polską. Warto dodać, iż tak bardzo, że do populistycznego wyścigu o polityczne poparcie staje także opozycja. Za chwilę możemy mieć wyborczą licytację "kto da więcej" przy pomyśle rewaloryzacji 500+, i o tym, czy będzie to umownie 600+ czy 700+ wcale nie przesądzą możliwości finansowe państwa, ale polityczna kalkulacja nie licząca się ze stanem kasy państwa. Taki sam efekt ma przedłużanie tarcz antyinflacyjnych, które w swojej istocie w przyszłości staną się mieczami inflacyjnymi, gdy tylko trzeba będzie przywrócić np. stawkę 23 proc. VAT na paliwa, bo z czegoś jednak trzeba utrzymywać państwo. W filmie "Przeminęło z wiatrem" bohaterka Scarlett O’Hara zwykła mawiać: "Pomyślę o tym jutro" i to powiedzenie doskonale pasuje do filozofii prowadzenia dzisiejszej ekonomii politycznej 2.0. Tyle, że "jutro" w naszych realiach oznacza po kolejnych wyborach.

Aby nie koncentrować się tylko na naszym podwórku, warto spojrzeć także na inne przykłady, gdzie populistyczna ekonomia polityczna 2.0 jest w rozkwicie. Na pierwszy plan wysuwa się Turcja: inflacja przekroczyła tam już 70 proc., a prezydent ma niezwykle oryginalne poglądy, że to... wysokie stopy procentowe powodują inflację. Więc bank centralny obniża je pomimo szalejących cen, a jeśli szef banku ma odmienne poglądy, to jest zmieniany jak rękawiczki. Mamy tam bardzo groźne zjawisko polegające na faktycznym utworzeniu "superrządu", czyli zlaniu się władzy politycznej i monetarnej, w której nie ma miejsca na faktyczną niezależność banku centralnego, mogącą powstrzymywać prowadzenie populistycznej ekonomii politycznej. W nieco innym wymiarze ekonomia polityczna 2.0 uprawiana jest także w Unii Europejskiej, a przede wszystkim w strefie euro. Wielu dłużników ma już tam wskaźniki długu publicznego do PKB wyższe niż dekadę temu, gdy strefie groził rozpad właśnie z powodu... kryzysu zadłużenia. Oczywiście Europejski Bank Centralny (EBC) cieszy się formalną niezależnością, ale przecież funkcjonuje w otoczeniu politycznym kilkunastu państw strefy euro, z których wiele (np. Włochy czy Grecja) jest koszmarnie zadłużonych i podwyżki stóp procentowych mogłyby postawić je w arcytrudnej sytuacji z powodu wzrostu kosztów obsługi długu. Tym właśnie można tłumaczyć kurczowe utrzymywanie stóp procentowych na zerowym poziomie, pomimo ponad 8 proc. inflacji w strefie euro. Jak najdłuższe utrzymywanie zerowych stóp jest faktycznie kupowaniem czasu dla państw, szczególnie tych najbardziej zadłużonych, aby droższy kredyt nie pchnął władzy w kierunku populistów, którzy nie tylko chcieliby dalej zwiększać dług, ale także np. wyjść ze strefy euro. W sumie w wielu państwach mamy w mniejszym lub większym stopniu serwowaną ekonomię polityczną 2.0. Pozostaje tylko zadać pytanie:  jak długo taki stan rzeczy może jeszcze potrwać?

Kluczem do odpowiedzi na to pytanie są rentowności obligacji rządowych, które pokazują na ile inwestorzy finansowi "kupują" politykę państwa, a na ile nawet najbardziej nachalna propaganda sukcesu nie jest w stanie zamydlić im oczu. Im chętniej pozbywają się obligacji rządowych, tym wyraźniejszy jest przekaz: nie podoba nam się wasza populistyczna ekonomia polityczna 2.0, a jeśli ktoś mimo wszystko chce ją nadal prowadzić - musi coraz więcej płacić. Przykładowo: rentowność polskich obligacji dziesięcioletnich wynosi 6,61 proc. (dwanaście miesięcy temu było to zaledwie 1,85 proc.), podobnych obligacji tureckich - 21,36 proc. (17,80 proc.), włoskich - 3,30 proc. (0,88 proc.). Zatem inwestorzy finansowi każą sobie słono płacić za ryzyko (ceny obligacji spadają, rośnie rentowność) i widać, że coraz bardziej tracą cierpliwość do rządów kierujących się ekonomią polityczną 2.0 i chętnie szukają innych bezpiecznych przystani dla swojego kapitału. Na razie nikt z dłużników nie zbankrutował, ale wcale nie trzeba bankructwa, aby społeczeństwa boleśnie odczuły skutki takiej polityki. Bo nawet jeśli nikt nie myśli oddawać pieniędzy z obligacji, tylko je rolować (zamieniać na nowe emisje), to przecież trzeba w terminie płacić odsetki - tym wyższe, im wyżej idą rentowności.

Podsumowując, z każdymi wyborami wygranymi dzięki populistycznej ekonomii politycznej 2.0 zbliżamy się do problemów gospodarczych, które boleśnie odczujemy. Jeśli kart takiej polityki nie przejrzą sami wyborcy, to zrobią to inwestorzy zagraniczni wyprzedając obligacje i każąc sobie płacić coraz więcej za ponoszone ryzyko. Na razie populizm gospodarczy ma się dobrze, ale rachunek zostanie wcześniej czy później wystawiony. Pierwszy sygnał to szalejąca inflacja, która jest ceną także za hojne wspieranie konsumpcji publicznymi pieniędzmi, a nie tylko skutkiem pandemii czy wojny.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »