Tysiące Polaków w lichwiarskim podziemiu?

Legalnie działające firmy pożyczkowe jedna za drugą zwijają interes. A równocześnie rośnie finansowe podziemie. Na portalach służących oferowaniu usług przybywa ogłoszeń - pożyczę ci pieniądze. A w zamian - oddasz mi mieszkanie.

Wraz z "tarczą antykryzysową" 31 marca Sejm uchwalił przepisy obniżające maksymalną wysokość pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego. To niby dobrze, bo dlaczego kredyt ma być aż tak drogi, jak bywają pożyczki? Ale decyzja ta ma daleko idące konsekwencje. Już widać, że zlikwiduje legalnie działający, regulowany i nadzorowany biznes i stworzy raj dla finansowego podziemia.  

W myśl decyzji Sejmu, koszty pozaodsetkowe kredytu nie mogą przekroczyć 21 proc. w skali roku dla pożyczek na okres dłuższy niż 30 dni. Dla pożyczek spłacanych w terminie do 30 dni nie mogą być wyższe niż 5 proc. Ponieważ koszty odsetkowe są już i tak ograniczone, w sumie całkowity koszt kredytu nie może być wyższy niż 45 proc. pożyczonej kwoty.

Reklama

To bardzo duża zmiana. Przed nią pułap kosztów pozaodsetkowych, czyli takich jak marże, prowizje i inne opłaty wynosił 55 proc. kwoty kredytu. Koszty całkowite nie mogły być wyższe niż 100 proc. Takie pułapy, wprowadzone w 2016 roku i tak już spowodowały, że działalność wielu firm stanęła pod znakiem zapytania.

Bo obniżka kosztów kredytu uderza przede wszystkim w firmy pożyczkowe. Takich firm jest w Polsce ok. 400 i obsługują ok. 800 tys. klientów zadłużonych w nich w sumie na 2,3 mld zł.

Dlaczego w firmach pożyczkowych pieniądz jest drogi? Działają zupełnie inaczej niż banki. Banki pożyczają pieniądze z depozytów, a te przy bardzo niskich stopach procentowych są teraz dla nich niemal "darmowe". Firmy pożyczkowe najpierw muszą pożyczyć od banku (lub poprzez emisję obligacji) a dopiero potem pozycją dalej. A to już spory koszt.

Po co to robią? Oczywiście dla zysku. Ale okazuje się, że w Polsce - pomimo 500+ i uruchomionego w ostatnich latach socjalu - jest spora grupa osób, które w banku nie uzyskałyby kredytu. Wbrew pozorom to nie staruszki, których nie stać na wykupienie lekarstw, ale głównie ludzie młodzi, często bez stałych dochodów, zatrudniani na zleceniach lub śmieciówkach. Okazuje się teraz - zgodnie z przewidywaniami - że te osoby nie będą miły szans już korzystać z pożyczek. Dlaczego?

Bo - także zgodnie z przewidywaniami - firmy pożyczkowe wstrzymują działalność albo wycofują się z Polski. O wstrzymaniu działalności poinformowały już spółki SMS Kredyt i Yolo. Informację o wycofaniu swoich usług z Polski podał duży broker Lendo. Niektóre inne instytucje tego typu wstrzymały na razie działalność na dwa tygodnie lub miesiąc. Firma Loan Me zaczęła zwolnienia. Na razie to 100 osób.

Dzieje się tak dlatego, że limity kosztu kredytu są zbyt niskie, żeby firmy pokryły koszty swojej działalności. W firmach pożyczkowych nigdy nie było tanio. Ale działalność zdecydowanej większości z tych, które w swoich rejestrach umieszczał nadzór finansowy, była przejrzysta. Informowały one klientów uczciwie i dokładnie o kosztach, jakie trzeba ponieść za pożyczenie pieniądze.

Koszty firm pożyczkowych są spore i według ich danych rentowność średnio wynosiła ostatnio 3,2 proc., gdy banków ok. 7 proc. Jeden powód jest taki, że mają wyższe od banków koszty pozyskania pieniędzy. Ale też kierują swoje usługi dla osób, które nie mają stałych dochodów, a więc bardziej ryzykują, że klienci pieniędzy nie oddadzą. Poza tym udzielają pożyczek na niskie kwoty, nawet do 1000 zł. A wtedy koszty są dużo wyższe i bankom pożyczanie niskich kwot na krótki termin zupełnie się nie opłaca.

Równocześnie z wycofywaniem się firm pożyczkowych z polskiego rynku tylko rzut oka na ogłoszenia pozwala się przekonać, jak rośnie finansowe podziemie. Oferty "pożyczek prywatnych" zaczynają zalewać Internet, znowu - jak przed ucywilizowaniem tego rynku - rozwieszane są na przystankach i słupach, nawet w Warszawie. Złotą erę zaczynają przeżywać lombardy, których nikt nie nadzoruje ani nie kontroluje. A tam pieniądz jest dużo droższy niż w firmach pożyczkowych.    

Tak zresztą było w innych krajach, które zdecydowały się na "walkę z lichwą", jak np. na Słowacji. Od tego czasu pod bankami na klientów, którym odmówiono kredytu, czyhają "prywatni pożyczkodawcy". I rozpoczyna się prawdziwy dramat wielu ludzi.

Paradoksalnie to właśnie sektor firm pożyczkowych zwracał nie raz uwagę, że państwo mogłoby dużo lepiej chronić obywateli przed finansowym podziemiem. Chodziło o wprowadzenie zakazu udzielania przez osoby prywatne pożyczek pod zastaw nieruchomości. Ale po ogłoszeniach widać, że taki właśnie jest cel działających teraz w finansowym podziemiu - za drobne kwot pożyczone znajdującym się w trudnej sytuacji - zabierać im domy i mieszkania.

Wprawdzie w 2017 roku do polskiego prawa wprowadzono unijne przepisy mówiące o tym, że  kredytu hipotecznego mogą udzielać tylko banki i SKOK-i, ale sam przepis przed podziemiem finansowym słabo chroni. Po prostu - wyłudzający mieszkania zastawione za pożyczkę tłumaczą, że nie udzielali żadnego "kredytu hipotecznego". Była to tylko prywatna umowa.

Efekt rzekomej "walki z lichwą" staje się z dnia na dzień coraz bardziej widoczny. Zamiast legalnie działającego sektora rośnie lichwiarskie podziemie. Badania ekonomistów pokazują, że w jego łapy wpadnie niebawem co najmniej 100 tys. osób.     

p.d.

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »