Reklama

Za drogo? Gorący kartofel: obniżka VAT i akcyzy

Szalejąca inflacja napędza dodatkowe dochody budżetowi państwa, ale jakoś cicho o politycznej gotowości do obniżki podatku VAT czy akcyzy np. na benzynę, aby ulżyć społeczeństwu i przyhamować wzrost cen. Co ciekawe, obecnie rządząca formacja bezskutecznie proponowała obniżkę akcyzy na paliwa przed... dekadą ówczesnemu rządowi PO-PSL. A dziś dodatkowo prawdopodobnie spotkałoby się to z aprobatą Unii Europejskiej, która widzi w tym sposób na obniżenie dramatycznie rosnących cen energii.

Inflacja we wrześniu - według wstępnych danych GUS - pobiła kolejny rekord i doszła aż do 5,8 proc. W kolejnych miesiącach możemy przywitać się z poziomem 6 proc., a nawet zbliżyć do 7 proc. Nic dziwnego, że temat szalejących cen trafił pod strzechy i jest poruszany nawet u cioci na imienianach, nie tylko u "wykształciuchów", którym nie zamydli się oczu stwierdzeniami, że nie ma się czym przejmować, bo statystycznie płace rosną szybciej niż inflacja, ale także u mniej wyedukowanej ekonomicznie części społeczeństwa, która wcale nie musi wiedzieć czym różni się nominalna od realnej stopy procentowej.

Reklama

Wszyscy robią zakupy w sklepach, tankują paliwa na stacjach czy płacą rachunki za prąd i gaz. I doskonale widzą, co się dzieje, łapiąc się z przerażeniem za portfele. Oznacza to, że sytuacją inflacyjną zaniepokoił się szeroki elektorat, co politycznie może przełożyć się na zmiany sondażowego poparcia. Decyzja Rady Polityki Pieniężnej o podwyżce głównej stopy procentowej z 0,1 do 0,5 proc. nie powinna być wcale zaskoczeniem, jak chcieliby to widzieć niektórzy. Gaszenie inflacji stało się nie tylko palącą sprawą dla gospodarki, ale także ma szeroki kontekst społeczny.

Do podwyżki stóp procentowych doszło po długotrwałych uspokajających zapewnieniach, jak się okazało błędnych, że sytuacja jest pod kontrolą, inflacja jest jedynie "przejściowa", a stopy pozostaną na niezmienionym poziomie co najmniej do 2022 roku. Jednak trzeba całych kwartałów, aby rynek i konsumenci zareagowali na tak symboliczną podwyżkę ceny kredytu, a inflacja zaczęła z tego powodu się obniżać. Będą zapewne potrzebne kolejne podwyżki - za wzór mogą nam służyć Czesi i Węgrzy - i tak naprawdę nie wiadomo, kiedy cykl się zatrzyma.

Zapewnień, że wystarczy jeszcze jedna-dwie podwyżki i inflacyjny problem będzie załatwiony nie można brać za dobrą monetę, bo przez ostatnie prawie dwa lata mieliśmy tyle prognostycznych pomyłek, na czele z rzekomo zagrażającą nam deflacją (odwrotność inflacji), że lepiej nad nimi dyplomatycznie zasunąć kurtynę milczenia. Zatem jeśli obecna - i ewentualne dalsze podwyżki stóp - nie przyniosą szybko pożądanego efektu antyinflacyjnego, to warto zadać pytanie: co można jeszcze zrobić, i to na szybko, aby walczyć z mocno już podnoszącą łeb hydrą inflacji?

Odpowiedź jest dość prosta i co więcej, bardzo dobrze znana w obozie rządzącym: obniżka danin dla budżetu państwa, które zaszyte są np. w litrze benzyny czy megawatogodzinie energii elektrycznej. Mowa oczywiście przede wszystkim o podatku VAT oraz akcyzie. Obniżka tych stawek wywołałaby skutki natychmiastowe dla gospodarki, trochę jak podanie silnego leku przeciwbólowego, bo wysokość tych podatków wpływa na ceny każdego dnia, i nie trzeba czekać długich kwartałów - jak przy obniżce stóp - aby zobaczyć antyinflacyjny efekt. Temat jest jednak trudny i niewygodny. I to z kilku ważnych powodów.

Po pierwsze, wysoka inflacja to tak naprawdę podatek inflacyjny nałożony na wszystkich konsumentów i przedsiębiorców, bo pasie się na nim budżet. Gdy ceny rosną nominalnie, to stawkę np. 23 proc. VAT nalicza się od większej podstawy. Jak się okazuje, w praktyce przynosi to dodatkowe dochody dla budżetu idące w grube miliardy złotych. W ostatnich dniach resort finansów podał, że tylko z podatku VAT dodatkowe dochody budżetu związane z inflacją wzrosną w 2021 roku o 4,6 mld  zł, a całkowite wpływy zawdzięczane inflacji opiewają aż na 9,2 mld zł.

Zatem z punktu widzenia czysto budżetowego rząd korzysta na wyższej inflacji, a próby ewentualnego przekonywania, że tak nie jest, to zawracanie Wisły kijem. Zresztą dotyczy to każdego rządu w każdym państwie, jeśli tolerowana jest tam podwyższona inflacja, więc można przyjąć, że u nas nie dzieje się pod tym względem nic nadzwyczajnego. Zatem, co tak naprawdę stoi na przeszkodzie w obniżce VAT i akcyzy, skoro i tak dochody budżetowe szybują ponad wcześniejsze założenia? Ano, stracona zostałaby szansa na wpływy z dodatkowego podatku inflacyjnego, a nawet trzeba by uszczuplić planowane dochody. I nie byłoby już tak łatwo chwalić się sukcesami na tym polu.

Przypomina to historię z podatkiem od kopalin, wprowadzonym przez rząd PO-PSL w 2012 roku. Był on nie tylko krytykowany przez ówczesną opozycję, ale także wręcz zapowiadano jego zniesienie przed wyborami 2015, czym zdobywano sobie głosy w zagłębiu miedziowym. Po wygranych wyborach uznano jednak, że podatek spod szyldu PO-PSL wcale nie jest taki zły i danina pozostała. Wyszło, że i tym razem budżet nie pogardził podatkiem odziedziczonym po -  tak krytykowanych - poprzednikach. W wypadku potencjalnej obniżki VAT i akcyzy na paliwa mamy jednak jeszcze do czynienia z większym bagażem historycznych deklaracji. Otóż, gdy przed dekadą benzyna 95 kosztowała ok. 5,30 zł i szła w górę w kierunku 6 zł (dziś jest jeszcze bliżej tej granicy), ówczesna partia opozycyjna, a obecnie rządząca, domagała się... obniżki akcyzy.

Miał być to sposób na spadek cen na stacjach benzynowych, czyli forma pomocy dla zwykłych Polaków mających wysokie wydatki. Warto dodać, że zaproponowany wówczas sposób byłby i dziś skuteczny, bo cena przykładowego litra benzyny z grubsza aż w połowie jest zbudowana z różnych danin na rzecz państwa (akcyza, podatek VAT, opłata paliwowa). Oczywiście, biorąc pod uwagę ówczesne potrzeby budżetowe, rząd PO-PSL puścił apel mimo uszu. Sęk w tym, że po dekadzie plan można by wprowadzić w życie, co byłoby o tyle łatwe, że ówczesna opozycja jest przecież dziś u władzy, a ceny paliw należą do jednych z kluczowych czynników inflacjogennych, tak samo jak np. ceny energii elektrycznej. Można by dokonać cięcia danin i błyskawicznie ulżyć portfelom konsumentów i przedsiębiorców, jednocześnie zakładając kaganiec inflacji. Czyli upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Oczywiście, można argumentować, że obniżka np. akcyzy byłaby niezauważona przez tankujących na stacjach, bo dodatkowy zysk przygarnęliby chętnie producenci albo dystrybutorzy (składnikiem ceny przykładowego litra benzyny - obok danin - jest także cena baryłki ropy na giełdach oraz marże producentów i dystrybutorów). Lecz przecież na naszym rynku karty rozdają państwowe koncerny, więc stosując taką politykę musiałaby działać tak naprawdę przeciwko interesom państwa, co trudno sobie wyobrazić nie tylko w obecnej konstelacji politycznej. Zreszą przed dekadą ten argument ówczesna opozycja również podważała.

Co ciekawe, taka inicjatywa spotkałaby się zapewne z poklaskiem - tak krytykowanej przez rząd - Unii Europejskiej, bowiem w ostatnich tygodniach unijna komisarz do spraw energii rzuciła pomysł, aby przeciwdziałać wysokim cenom energii elektrycznej właśnie obniżaniem opodatkowania (VAT i akcyzy). Oznacza to ni mniej, ni więcej, że takie działanie miałoby zielone światło Brukseli i byłby to wreszcie jasny punkt w naszych relacjach z Unią, bo tutaj zapanowałaby pełna zgoda. A skoro dałoby się w ten sposób zbić ceny energii elektrycznej, to dlaczego nie paliw czy gazu? Wszędzie mechanizm byłby ten sam.

Rozważając "za" i "przeciw" podjęciu podatkowej interwencji przy cenach paliw i energii warto jednak pamiętać, że każdy tego typu ruch rozregulowuje rynek i prawdopodobnie będzie miał charakter tymczasowy, bo pociągnie za sobą konieczność kolejnych decyzji, np. po zbiciu inflacji powrotu do poprzedniego poziomu albo obniżenia - wprowadzonej zresztą za rządów PO-PSL - 23 proc. stawki VAT.

W sumie będzie to znowu wielka polityczna gra wokół cen wrażliwych społecznie, niezależnie od konieczności zapewnienia bieżących wpływów do budżetu. A trzeba przecież znaleźć pieniądze na utrzymanie gigantycznych sztywnych transferów socjalnych, których może jeszcze przybyć, bo wkrótce znajdziemy się w roku przedwyborczym. Niemniej można przypuszczać, że jeśli szybko nie zobaczymy efektu podwyżki stóp procentowych i inflacja będzie biła kolejne rekordy niepokojąc wyborców, temat obniżki VAT i akcyzy na paliwa czy energię stanie się politycznym gorącym kartoflem.

 Tomasz Prusek

publicysta ekonomiczny
prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

***


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »