Jak informowaliśmy w Interii Biznes do Senatu trafiła petycja ws. podatku kościelnego. Jej autor sugeruje, aby - podobnie jak w Niemczech - osoby wierzące finansowały zarejestrowane związki wyznaniowe. Ateiści byliby zwolnieni z opłaty.
Ile wyniósłby podatek kościelny?
"Super Express" zwraca uwagę, że rozwiązanie niemieckie opiera się na naliczaniu daniny od wysokości podatku dochodowego - nie od wynagrodzenia brutto. Oznaczałoby to, że urząd skarbowy pobierałby pieniądze bezpośrednio od pracodawcy, a następnie przesyłałby na rachunek wybranego związku wyznaniowego czy Kościoła.
Co to oznaczałoby w praktyce? Portal wskazuje, że osoba o dochodzie 5 tys. zł miesięcznie zapłaciłaby podatek wynoszący około 8 proc. w wysokości około 24 zł. Przy dochodach rzędu 8 tys. zł miesięcznie kwota wzrosłaby do około 53 zł. Rocznie daje to odpowiednio 300 i 630 zł.
Co istotne, przy obowiązującym poziomie kwoty wolnej od podatku - 30 tys. zł rocznie - obowiązywałoby zwolnienie z daniny.
Kto miałby płacić podatek kościelny?
Autor petycji, którego dane zostały zanonimizowane, przekonuje, że obowiązek przekazywania podatku "spoczywałby wyłącznie na tych, którzy świadomie deklarują swoją przynależność i czerpią korzyści z działalności swojego związku wyznaniowego".
Jego zdaniem niemiecki system jest skuteczny i przejrzysty, zapewniając stabilność finansową związkom wyznaniowym.
"W Niemczech każdy, kto nie chce płacić podatku kościelnego, musi formalnie wystąpić z Kościoła lub zadeklarować brak przynależności do jakiegokolwiek związku wyznaniowego. To proste i klarowne rozwiązanie eliminuje domysły i niejasności dotyczące rzeczywistego poparcia dla poszczególnych Kościołów i wspólnot. Przekłada się to na transparentne dane, które są nieocenione zarówno dla związków wyznaniowych, jak i dla państwa, planującego politykę społeczną i kulturalną" - głosi uzasadnienie petycji.
Senat może zająć się już wkrótce jej rozpatrzeniem.












