Reklama

Państwo czasem prowokuje kierowców, jak agent Tomek posłankę Sawicką

Zwiększono wysokość mandatów za przekroczenie prędkości. Zwolennicy inżynierii społecznej triumfują - kierowcy jeżdżą wolniej. Ma to być dowód, że przy pomocy wyższych kar państwo może osiągnąć zamierzony efekt - tak samo jak przy pomocy wyższych podatków. Po wprowadzeniu podatku cukrowego spadła przecież konsumpcja niezdrowych napojów słodzonych - co wyśmiewałem w zeszłym tygodniu.

Ale z karami jest rzeczywiście trochę inaczej niż z podatkami. Z  tym, że nie ich wysokość jest najważniejsza, a nieuchronność i szybkość - zwłaszcza w stosunku do młodych.  

Na trasie S8 pod Warszawą zainstalowano odcinkowy pomiar prędkości jeszcze przed podwyższeniem mandatów. I już wtedy kierowcy jeździli wolniej. Bo mandat był nieuchronny! Prawdopodobieństwo jego otrzymania i to stosunkowo szybko wynosiło prawie 100 proc.!

Jak nie było pomiaru odcinkowego można było kalkulować - "suszą" albo nie. Dla niezmotoryzowanych czytelników wyjaśnienie: "suszarka" to ręczny radar do pomiaru prędkości używany przez policyjne patrole drogowe, przypominający nieco suszarkę do włosów. I choć przy węźle Łopuszańska często "suszyli", to jednak nie zawsze. Nawet jak suszyli, to nie wszystkich przecież wyłapywali, zajęci wypisywaniem mandatów tym, których wcześniej zatrzymali.

Reklama

Fotoradary nie spełniają zadania - co także widać w Warszawie. Na moście Poniatowskiego. W kierunku na Pragę stoją przed Wisłą trzy. I wszyscy jadą zgodnie z przepisami. A po minięciu trzeciego wyraźnie przyspieszają.

Dlaczego ważniejsza jest kary nieuchronność. Ale i szybkość - im krótszy czas od zdarzenia do ukarania, tym karanie bardziej odstrasza. Dlaczego? Bo czas zwiększa wysokość stopy dyskontowej - w wyniku czego jakaś kara 1.000 zł za miesiąc może "ważyć" mniej niż kara 500 zł za tydzień. 

Dużo zależy od nastroju w chwili popełnienia czynu zabronionego - w tym wypadku przekroczenia dozwolonej prędkości.

Nastrój, który określa poziom stopy dyskontowej jest wynikiem tajemniczych procesów chemicznych  zachodzących w mózgu. Jest on nieprzewidywalny dla dowolnego punktu w czasie, choć rozkłada się przewidywalnie wraz z upływem czasu. Prowadzący samochodów w danej chwili może być podekscytowany, poirytowany, smutny, albo wesoły. Może jechać sam, albo z kimś, komu chce "zaimponować". Albo może się kłócić z pasażerem. To wszystko wpływa na wysokość dyskonta przyszłej kary. Tym bardziej, im bardziej będzie jest ona niepewna i/lub oddalona w czasie. Dopiero samochody autonomiczne wyeliminują ten problem.

Ale teraz jeszcze coś o sprawiedliwości - tak lubianej przez zwolenników wysokich mandatów.

Pani "Grażynka" jedzie trasą szybkiego ruchu. Stara się jechać zgodnie z przepisami (czyli poniżej 120 km/h). Ale nie ma tempomatu w swoim samochodzie. Czasem jedzie więc trochę  szybciej, czasem troszkę wolniej. Albo ma tempomat, ale przegapiła znak ograniczenia prędkości do 100 km/h. na którymś odcinku. I właśnie wtedy "łapie" ją radar.

"Janusz" jedzie tą samą trasą świadomie i nagminnie przekraczając dopuszczalną prędkość. Ale czasem musi trochę zwolnić - akurat tuż przed miejscem, w którym "suszą". I on nie musi płacić mandatu.  Czy taka odpowiedzialność na zasadzie ryzyka - a w tym wypadku szczęścia jest sprawiedliwa? Indywidualnie oczywiście nie. Ale w tym akurat przypadku wyjątkowo sprawdza się zasada "sprawiedliwości" społecznej  - bo koszt jednostki z zachowania niewiele większej ostrożności równoważy korzyść społeczna wynikająca ze zmniejszenia liczby wypadków.

A dlaczego widać to bardziej w przypadku młodych niż starszych? Znowu ta chemia w mózgu. Nastroje bardziej zmieniają się u młodzieży  niż u starszych. Starzenie się redukuje zmienność nastrojów i tym samym wysokość stopy dyskonta przyszłej kary.

I na koniec jeszcze dwa aspekty. Pierwszym jest rozpraszanie uwagi. Statystyczna pani "Grażynka" nie jest piratem drogowym. Statystyczny pan "Janusz" też zresztą nie jest. Prawdopodobieństwo, że celowo i nagminnie przekraczają dopuszczalną prędkość, jest dużo mniejsze niż to, że zdarza im się ją przekroczyć. Ale prawdopodobieństwo, że to zrobią rośnie wraz ze wzrostem liczby znaków drogowych prędkość tę ograniczających bo ich uwaga jest rozproszona. I nie można jej skupić ponad pewien stan. Równolegle do trasy szybkiego ruchu S8 ciągnie się inna droga wojewódzka. Na odcinku kilku kilometrów są tam znaki ograniczenia prędkości do 50, 60 i 70 km/h.

Oraz znaki końca tych ograniczeń. Poza tym są jeszcze znaki "obszar zabudowany" - czyli też 50 km/h, no i "koniec obszaru zabudowanego" - czyli można  90 km/h. A droga jest w zasadzie cały czas taka sama. A nawet jeżeli są jakieś różnice w usytuowaniu zabudowań wzdłuż tej drogi, to w żadnym razie nie takie by uzasadniały różnicę prędkości o 40 km/h (między 50 a 90). Mało tego - jeden ze znaków ograniczenia prędkości do 50 km/h stoi w miejscu, w którym droga jest dwupasmowa, a po zwężeniu  do jednego pasa znaku nie ma żadnego - czyli prędkość dopuszczalna wynosi już - 90 km/h. I to jest ten drugi aspekt ustawiania znaków ograniczenia prędkości, poza zwykłą głupotą i niedbalstwem tych, którzy decydują o ich ustawianiu. Państwo czasem prowokuje kierowców, jak agent Tomek posłankę Sawicką. A fotoradar to taki swoisty Pegasus.

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia Messengerem o kolejnych felietonach Roberta Gwiazdowskiego kliknij tutaj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »