Reklama

Koronawirus. Testy z marketu. Doc. Tomasz Dzieciątkowski​: Zamiast nich kupcie sobie warzywa i owoce

- Wykonywanie testów serologicznych z sieci handlowych nie ma uzasadnienia z punktu widzenia diagnostyki COVID-19. Nie daje też informacji, czy przechorowaliśmy SARS-CoV-2, a jedynie pokazuje, czy mieliśmy kontakt z wirusem - wyjaśnia Interii doc. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog i mikrobiolog, ekspert diagnostyki mikrobiologicznej.

Ewa Wysocka, Interia: Sieci handlowe wprowadzają do sprzedaży kasetkowe testy serologiczne na przeciwciała COVID-19. Czy pana zdaniem to jest dobry pomysł? 

Reklama

Docent Tomasz Dzieciątkowski: - To jest świetny pomysł na zarabianie pieniędzy. I w zasadzie na tym moglibyśmy zakończyć naszą rozmowę. Natomiast, jeśli chodzi o jakąkolwiek wiarygodną diagnostykę, to jest to pomysł absolutnie wyssany z palca. I to bardzo brudnego. 

Wyprodukowała je szwajcarska firma. 

- I co w związku z tym, że szwajcarska firma?

Producent daje 98 proc. dokładności. 

- Nic nie daje. Z punktu widzenia przepisów Unii Europejskiej każdy test przeznaczony do diagnostyki musi być certyfikowany i mieć oznaczenie IVD - In Vitro Diagnostics - taki prostokącik z trzema literkami. To, że test jest szwajcarskiej firmy nie oznacza, że przeszedł badania stosowne jednostce notyfikowanej. 

Czy to można sprawdzić? 

- Nie mają symbolu na swoich pudełkach. W związku z tym, że go nie mają, znaczy, że tego nie przeszli. Gdyby przeszli, to by się tym chwalili. Każdy się tym chwali. Problem polega na tym, że aby otrzymać certyfikat, trzeba zapłacić około 30-50 tys. euro. Bo tyle kosztują tego typu badania. 

Dla firmy farmaceutycznej to nie jest duży wydatek.

- Zgadza się. Tylko to nie jest żadna znana firma farmaceutyczna. To owszem jest firma szwajcarska, tylko że fakt, że coś jest firmą szwajcarską, nie oznacza z założenia, że musi produkować produkt na poziomie zegarków Omegi. 

Czy to znaczy, że sprzedający może nie być producentem?

- Tego nie wiem i nie podejmuję się tego stwierdzić. Natomiast powiedzmy sobie wyraźnie, żadna światowa organizacja ani towarzystwo naukowe nie rekomendują w tym momencie testów wykrywających przeciwciała przeciwko SARS-CoV-2, jako elementu diagnostycznego zakażeń tym koronawirusem. Tego typu testy są teraz rekomendowane wyłącznie w jednym przypadku - do badania poziomu przeciwciał, przede wszystkim u ozdrowieńców. Przy czym mówimy tutaj o testach ilościowych, a to jest test jakościowy, który działa na zasadzie "jest - nie ma". I tego rodzaju test ma za zadanie zaspokoić - powiem kategorycznie - niezdrową ciekawość, czy ktoś miał kontakt z wirusem czy go nie miał. On nawet nie informuje, czy ktoś miał zakażenie. 

ZOBACZ: Testy na przeciwciała w marketach

Rozmawiałam z osobami, które kupiły takie testy. Podzieliłabym je na dwie grupy: ciekawych, którzy chcą sprawdzić, czy może bezobjawowo przeszli COVID-19 i druga to ci, którzy kupili testy i schowali je do szuflady. Wyciągną je, kiedy zaczną kichać, żeby sprawdzić, czy nie mają antyciał. 

- Tak, jak powiedziałem, sporą grupą tych ludzi kieruje ciekawość, a ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Tego typu testy będą dawały wyniki mylące i również - co należy podkreślić - absolutnie niemiarodajne z punktu widzenia jakiegokolwiek badacza. Żeby było zabawniej, jeżeli wyjdzie nam wynik potencjalnie dodatni -  co o niczym nie świadczy - pójdziemy z takim wynikiem do lekarza. I tak czy inaczej trzeba będzie wykonać kolejne badanie. Więc kupowanie tego typu testu to idealny sposób na wydanie 50 złotych. 

Właśnie obalił pan argument tych, którzy zwracają uwagę, że test antygenowy w laboratorium kosztuje ponad 100 złotych, w sklepie - o połowę mniej.  

- To są zupełnie inne testy. Poważne laboratoria rzadko robią je za pomocą testów immunochromatograficznych, jak testy kasetowe, tylko za pomocą testów immunochemicznych czy immunoenzymatycznych. One mają trochę inną zasadę, inną przepustowość, wymagają specjalnego sprzętu i są zdecydowanie bardziej czułe. Natomiast nadal podkreślam, że wykonywanie tego typu badań nie ma żadnego uzasadnienia z punktu widzenia diagnostyki COVID-19. Daje nam to tylko informację, czy ktoś mógł mieć kontakt z patogenem. Co o niczym nie świadczy. Poza tym test antygenowy wykrywa antygeny, a więc białka wirusa, a nie przeciwciała przeciwko SARS-CoV-2.

Nie wiemy też, jak te testy reagują krzyżowo. Bo mogą reagować na wykrywanie przeciwciał przeciwko innym koronawirusom, na przykład typowo przeziębieniowym. Mogą wprowadzić dodatkowo w błąd, bo ktoś ma trywialny katar czy zapalenie krtani spowodowane przez zupełnie innego koronawirusa, a wyjdzie mu wynik dodatni. 

A kiedy dostaniemy wynik ujemny? 

- To dalej nic nie będziemy wiedzieli. Dlatego, że wynik może być fałszywie ujemny. Testy tego typu wykrywają najczęściej krótko trwające przeciwciała przeciwko nukleoproteinie N SARS-CoV-2 a nie białku S. Poza tym trzeba wyraźnie powiedzieć, że to nie są testy, które mogłyby służyć przy diagnostyce kataru, ponieważ przeciwciała, nie tylko SARS-CoV-2, ale jakiegokolwiek patogenu, pojawiają się najwcześniej w 10 do 14 dni od momentu zakażenia. W związku z tym z zachowania: mam katar, dostałem go wczoraj i dzisiaj zrobię sobie ten test, to nic wiarygodnego z tego nie wyjdzie.

Czy oznacza to, że możemy znaleźć się w sytuacji dość niebezpiecznej, samodiagnozowania, która może doprowadzić do pomnażania zakażeń?  

- Może doprowadzić do bardzo wielu rzeczy. Ludzie mogą zacząć szturmować gabinety lekarskie albo laboratoria diagnostyczne, bo będą zaniepokojeni wynikami. Pół biedy, jeżeli będzie to w drodze teleporady. Jestem przekonany, że na profilach w sieciach społecznościowych - również moich - pojawią się pytania "I co teraz?". Na co ja obcesowo odpowiem: "I nic. Byłeś ciekaw, to teraz się człowieku zastanawiaj się dalej, bo ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła". Oprócz frustracji, zakłopotania i konfuzji, ludzie mogą zacząć prezentować skrajne postawy, chociażby będą się autoizolować. Podkreślam: nawet jeśli zrobimy test, nie taki ze sklepu, ale trochę bardziej kompetentny, to on też o niczym nie świadczy. Kontakt z wirusem nie świadczy o tym, że przechorowaliśmy SARS-CoV-2. 

Ale testy znalazły się już na półkach. Ich sprzedaż jest legalna.

- Zadałbym inne, ważne pytanie: czy sprzedaż tych testów jest moralna? W dobrej, obecnie nieco zapomnianej książce "Przygody dobrego wojaka Szwejka" jest określenie, bardzo barwne i nadające się do tej sytuacji - "bałwanienie do kwadratu". Ktoś handluje tego typu testami - nie wiem, czy mając świadomość ich znikomej wartości diagnostycznej - a ludzie chcą mieć taki plasterek. Tylko czy nie jest to plasterek na wrzodziejącą ranę? I takich zachowań będzie coraz więcej, bo ludzie są zmęczeni. Teoretycznie można zrozumieć, że chcieliby wiedzieć. Tylko problem polega na tym, że w tej chwili nie ma jednoznacznych metod, które pozwalałyby zaspokoić tę ciekawość na zasadzie: nakłuwamy paluszek i nakropimy krwi. No niestety. 


Zapowiada się, że ten produkt na stałe zagości w różnych sieciach handlowych. W innych krajach też takie testy można kupić w sklepach.

- To będzie efekt kuli śniegowej. Jeżeli jedna firma już zaczęła, to wszystkie inne będą chciały też na tym zarabiać. A to, że z punktu widzenia naukowego i medycznego wartość tego typu testów jest znikoma, to już sprzedających stosunkowo mało obchodzi. 

Jestem na 100 procent sceptykiem, a w zasadzie przeciwnikiem rozpowszechniania tego typu testów. Bo przeciwciała mogą wyjść u kogoś, kto nie miał żadnego objawu COVID-19. Ten się zacznie zastanawiać: z kim się zetknąłem, gdzie się zetknąłem, kiedy byłem zarażony? Na te pytania nie będzie dobrej odpowiedzi, bo nie może być. Ludzie, którym będą wychodziły takie wyniki, będą zakłopotani, skonfundowani, zaniepokojeni. To będą dodatkowe kłopoty mentalne. 

Których i tak mamy coraz więcej...

- Mamy już ich pod horyzont. Gros personelu medycznego zaczyna się zmagać z typowymi objawami zespołu szoku pourazowego. Personel medyczny, cały, funkcjonuje tak, bo uważa, że trzeba. To jest poczucie wewnętrznego obowiązku i odpowiedzialności. Ludzie jadą na oparach. Było źle a jest jeszcze gorzej. Kiedy skończy się pandemia i skończy się obowiązek moralny, psychika zacznie siadać. 

Nie możemy też bagatelizować innych chorób. 

- Dlatego też mój apel do wszystkich. Jeżeli czujemy się źle i to nie są kwestie związane z drogami oddechowymi i potencjalnym covidem, zacznijmy od teleporady, ale później idźmy do lekarza. Coraz częściej do lekarzy zgłaszają się ludzie, którzy mają różne choroby przechodzone. Przychodzą w zbyt późnym stadium. W związku z tym nie czekajmy na ostatnią chwilę, nie kozakujmy. Starajmy się iść jak najszybciej albo przynajmniej skorzystać z teleporady, żeby ktoś stwierdził, co nam może być. 

Przypadków zachorowań, tych na SARS-CoV-2, nie ubywa. Od soboty obowiązuje kolejny lockdown. Czy pana zdaniem czegoś w nim zabrakło?

- Nie byłem, nie jestem i nie będę zwolennikiem lockdownu. Uważam go zawsze za ostateczność. Ale jeśli już obowiązuje, to ważna jest spójność przekazu, tego idącego z góry, poniekąd od ekip rządzących, jego wiarygodność. A dobrego przekazu nie było. Słyszeliśmy, że koronawirus jest w odwrocie, że ja się nie zaczepię, bo się boję igieł, albo - że koronawirus nie będzie zarażał w kościołach i szkołach. Jak na podstawie takiego przekazu statystyczny Kowalski ma funkcjonować normalnie i wiedzieć, co jest, a co nie jest racjonalne? Człowiek widzi, że osób ze świecznika, w takich albo innych sytuacjach, pewne obostrzenia nie dotyczą, to sam dochodzi do wniosku, że on też może to zrobić. 

A najważniejszy przekaz, ten z góry, to?

- Nośmy maseczki, trzymajmy dystans społeczny w rozsądny sposób i myjmy jak najczęściej ręce. Jestem wirusologiem, mam pewną wiedzę i jeżeli publicznie powiedziałem rok temu, że będę jedną z pierwszych osób, która założyła maseczkę i jedną z ostatnich, która tę maseczkę zdejmie, to będę się tego trzymał. Chcę nieść kaganek oświaty i uspokajać ludzi a nie siać panikę. Nie ma potrzeby panikować, natomiast warto być rozsądnym i uważnym i traktować zagrożenie z punktu widzenia koronawirusa. Bo jeżeli nie będziemy traktować poważnie SARS-CoV-2, to on to spokojnie wykorzysta.  

Patrząc na coraz to nowe warianty, jest inteligentny...  

- Na szczęście nie jest inteligentny. On tylko wykorzystuje wszystkie możliwe furtki, żeby zrobić to, do czego natura go stworzyła: zakażać, zakażać i zakażać. 

Wróćmy do testów. Gdyby miał pan możliwość zwrócenia się do tych wszystkich, którzy zamierzają ustawić się w kolejce, żeby je kupić? 

- Wydajcie te pieniądze na coś innego. Na przykład na zdrowe jedzenie, na warzywa i owoce, bo to daleko lepiej wpłynie na wasz stan zdrowia niż wykonanie sobie tego typu testów. 

Rozmawiała Ewa Wysocka.

Rozlicz pit online już teraz lub pobierz darmowy program

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »