Rozróżnienie między konkretnymi osobami, jak szef danego finansowego kolosa, a sama firma? Można się w to bawić, ale to byłoby tworzenie fikcji. Jeśli CEO JPMorgana rozmawia z Epsteinem, a ten z kolei z członkiem brytyjskiego rządu, Peterem Mandelsonem (swego czasu numerem dwa w brytyjskim gabinecie), o tym by rząd Jego (wówczas Jej) Królewskiej Mości złagodził planowane opodatkowanie bonusów dla zarządzających bankami inwestycyjnymi, to takie rozróżnianie jest czystym mąceniem. Jest też dość jasne, że Apollo czy JPMorgan, wydając kilka lat temu oświadczenia, że nie przeprowadzały żadnych "dealings" z Epsteinem, a nawet zlecając post factum audyty kancelariom prawnym dla potwierdzenia tych słów -- mijały się z materialną prawdą. A co najmniej, jak dziś uznała jedna z tych renomowanych kancelarii, tamta prawda powinna była być "bardziej zniuansowana".
"Afera Epsteina czymś szerszym niż sensacja i skandal"
W tym wszystkim istnieje też polityczny establishment. I handel wpływami. W tym fachu Epstein był dobry. A jeszcze lepszy w kreowaniu wizerunku skutecznego załatwiacza. Dlatego też "Financial Times" analizuje drobiazgowo, co wynika z akt Epsteina dla zrozumienia relacji między polityką - brudną - a biznesem (tak samo brudnym). Jak przepływały pieniądze. Jak dochodziło do korupcji. Jaka była jej skala, liczona w setkach tysięcy i milionach funtów i dolarów.
To są pieniądze robione tak, że społeczeństwa nie powinny o tym nic wiedzieć. Akcjonariuszom coś tam trzeba było powiedzieć, ale dawało się to przedstawić, z pomocą audytorów i prawników, jako normalne wypłaty ze spółek. Przecież za "doradztwo" trzeba było się odwdzięczać. A to Epsteinowi, a to Mendelsonowi, a to innym. Pewnie nigdy by to nie wyszło na jaw, gdyby nie organizowana równolegle działalność pedofilska.
Bismarck, gdyby znał tę sprawę, musiałby powiedzieć, że nie należy mówić ludziom, jak się robi politykę i jak się robi wielkie pieniądze. Aha, i także parówki.
Afera Epsteina jest więc w istocie czymś znacznie szerszym niż sensacja i skandal. Pokazuje mechanizmy, oparte na brudnej chytrości. I to jest bardzo nieładne oblicze pieniędzy.
Czy aktualne rewelacje są szokujące w kontekście funkcjonowania międzynarodowych bankierów inwestycyjnych, partnerów globalnych firm doradczych i funduszy private equity? Nie tak bardzo, gdyż działalność tego rodzaju prominentnych osób opiera się na ciągłym sprzedawaniu, załatwianiu, wymianie przysług, budowaniu sieci znajomości i relacji. Influencerstwo wynaleziono na rynku finansowym na długo przed tym, jak pojawiły się media społecznościowe. Bez niego ten wielkoskalowy biznes nie istnieje. I to nie jest tak, że afera Epsteina ujawniła powiązane z nią machlojki. Pewna pragmatyka jest normą. Czasem ta norma doświadczy wypadku przy pracy, jaką był styk z kreaturą pokroju Epsteina i to, że w tym akurat przypadku nie wszystko trafiło pod dywan.
"Francuska ryba psuje się i od głowy, i od ogona"
Drugie oblicze, w porównaniu z pierwszym dość niewinne, tknęło mnie, gdy przejeżdżałem w tym roku przez Francję autostradami. To niesłychane, jakie zdzierstwo zapanowało w tym kraju. Nie da się tam przebyć jednego kilometra autostradą, by nie zostać za to skasowanym stosowną opłatą, choćby była ona w wysokości ceny za espresso czy nawet mniej. Jako frankofil - chyba jednak już były - jestem tym zdegustowany. Francja pogrąża się w degrengoladzie. Permanentny kryzys imigracyjny. Przestępczość. Ogromny deficyt budżetowy i brak pomysłu na naprawę publicznych finansów. Jedyny, jaki się w tym kontekście pojawia, to podniesienie podatków - które dziś należą do najwyższych w Europie ("The Economist" pisał kilka tygodni temu, że są nie "jedne z", lecz najwyższe). Zero zdolności do podjęcia reform - z nieśmiałej, dotyczącej wieku emerytalnego, która była głównym osiągnięciem drugiej prezydentury Macrona, właśnie się wycofano. Macron bryluje na arenie międzynarodowej, ale jego zdolność rządzenia jest nikła, zwłaszcza od fatalnej w skutkach decyzji o ogłoszeniu przedterminowych wyborów parlamentarnych po wyborach europejskich w 2024 r. Francja nie ma od tamtej pory efektywnego rządu. Niesłychane.
Wracam na moment do francuskich autostrad. Kiedy się z nich zjedzie na stację benzynową, uderza panujący na nich…brud. To bardzo źle wygląda, zwłaszcza na tle łapczywości w pobieraniu myta za każdy kilometr. Tak, ten wymiar pieniądza to małostkowa łapczywość. I, niestety, to nie jest tak, że ryba psuje się od głowy. Francuska ryba psuje się i od głowy, i od ogona.
To był zapach pieniądza w wersji "ideał sięgnął bruku"
Idźmy dalej. I wejdźmy do księgarni o nazwie Livraria Lello. Oczywiście nie we Francji, lecz w Portugalii, a konkretnie w Porto. Ładne wnętrze, może nawet piękne. A zarazem przykład, jak pieniądz może glajchszaltować kulturę (było kiedyś takie słowo: glajchszaltować, czyli sprowadzić coś do jednego wymiaru, do jednego poziomu, do jednej formy). Bo to przecież jakby o kulturę chodzi w obcowaniu z książkami? Ale nie tam. Otóż Livraria Lello w jakimś rankingu została ogłoszona najpiękniejszą księgarnią świata. Dalej wszystkie procesy potoczyły się szybko, napędzane przez obrazkowe social media oraz turyzm (to po naszej-mojej stronie), ale i chciwość tych, którzy szybko zorientowali się, że księgarnia stała się złotym cielcem i kurą zdolną do znoszenia złotych jaj.
Chcesz wejść do środka? Proszę bardzo, najtańszy bilet kosztuje 12 euro. Kupisz go na stronie, na slot ze wskazaniem godziny wejścia. Teoretycznie te 12 euro możesz potem zaliczyć sobie na cenę książki, jeśli postanowisz coś kupić. Ale, uwaga, w środku się okaże, że jeśli wszedłeś tam z kimś, i chcecie dwa bilety wymienić na książkę czy książki, to nie jest to możliwe. Obowiązuje zasada: jedna książka - tylko jeden voucher. Zupełnie jak w niemieckiej toalecie na stacji benzynowej. Koniec końców odstałem swoje w kolejce przed wejściem, poprzepychałem się w środku, a książki na znak protestu nie kupiłem żadnej. Zresztą i repertuar książkowy dobrano tak, żeby trafić w dość, powiedziałbym, szerokie gusta. "Emily in Paris. The official cookbook.". No dobrze, to już złośliwość, bo był także Hemingway, "Komu bije dzwon", i to po hiszpańsku, co bardzo mi pasowało do Pilar, najważniejszej kobiety z tej książki. Ale tak mnie zirytowało to chciwe przedsiębiorstwo zwane dla niepoznaki księgarnią, że wyszedłem z niczym. To był zapach pieniądza w wersji "ideał sięgnął bruku".
Czas wracać do Polski. Kraju, gdzie też chodzi o pieniądze, nawet bardzo, ale zdarza się, że mutują one do postaci inteligentnego dobra. To poczułem, gdy dowiedziałem się o nowej usłudze InPostu, polegającej na bezpłatnym nadawaniu przesyłek z rzeczami, których się nie potrzebuje ("daj rzeczom drugie życie"). To przykład na to, jak biznesowe narzędzie staje się inspiracją dla świetnych pomysłów, wdrażanych w oparciu o tę samą technologię biznesu.
Powiedziałbym "chapeau bas", ale Francja chwilowo nie zasługuje u mnie na podkreślenie jej wkładu w kulturę słowa. Powtórzę więc: biznes ma możliwości czynienia inteligentnego dobra. I czasami się na to porywa. Godne szacunku.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.














