Ale w tym aroganckim obłędzie - i wcale nie kieruję tego do Trumpa, w końcu ktoś go wybrał, i to dwukrotnie - jest jakaś metoda. Dzisiejsze USA powstały przecież drogą zakupów ziemi, co ostatnio precyzyjnie przypomniano.
Przywódcy europejscy powołują się na wartości, by przekonać Trumpa, żeby czegoś nie robił czy coś zrobił - najogólniej mówiąc, by prymat amerykański nadal ochraniał Europę.
Trumpowska transakcyjność realnością handlową
To nie do uwierzenia, ale dziś wydaje się już pewne, że ta słynna trumpowska transakcyjność nie jest żadną metaforą, lecz realnością handlową. I, co więcej, chodzi o transakcyjność realizowaną poprzez proste transakcje kupna-sprzedaży w nieruchomościach.
To daje nam prostą wskazówkę. Należy podpowiedzieć prezydentowi Trumpowi, że, na przykład, w Europie Środkowej i Wschodniej, są do kupienia pewne interesujące nieruchomości. Jeśli to będzie amerykańska własność, to Ameryka Trumpowska będzie ich bronić. Siłą rzeczy, wraz z przyległościami.
Na przykład Rumunia powinna sprzedać Trumpowi Deltę Dunaju. Region o niebo bogatszy przyrodniczo niż florydzkie bagna Everglades. Tylko że bez aligatorów. Za to z olbrzymim potencjałem do postawienia tam kilku luksusowych hoteli. Ludzie zwracają się w kierunku experience, co daje dunajska delta, a tym samym zapewni to powodzenie finansowe sektorowi hospitality.
Bułgaria powinna niezwłocznie sprzedać Trumpowi Klify Trackie, na których znajduje się jedno z najpiękniejszych pól golfowych w Europie, a może i na całym świecie (tak mówią niektórzy koledzy, fachowcy w golfowym rzemiośle). Tu wszelkie uzasadnienie wydaje się zbyteczne.
Czesi, być może w ramach historycznej reminiscencji, wraz ze Słowakami, mogliby się też zrzucić na ten wspólny system bezpieczeństwa. W tym przypadku nieważne, co zostanie Trumpowi sprzedane, ważne natomiast, by podkreślić przy oferowaniu, że w krajach naszych południowych sąsiadów roi się od pięknych kobiet. Trump ma słabość do kobiet wysławiających się w językach słowiańskich, co udowodnił dwoma małżeństwami, wyzwanie wydaje się więc proste.
Węgrzy mają zadanie jeszcze prostsze, wręcz ostentacyjnie. Najpierw należy przemianować spektakularny most Szechenyi (znowu Dunaj okazuje się instrumentalnie kluczowy) na most Trumpa, a następnie podarować go amerykańskiemu prezydentowi. W tym przypadku nie mówimy o sprzedaży, bo przyjaciele dają sobie prezenty, zamiast coś sobie sprzedawać. Węgrzy tym sposobem obronią zarówno Budę, jak Peszt.
W Polsce doszłoby do pogłębienia polaryzacji
Tylko Polacy mieliby problem, bo w procesie wybierania nieruchomości, która mogłaby zostać zaoferowana Trumpowi, doszłoby do pogłębienia polaryzacji, o ile to jeszcze możliwe. PiS powiedziałoby, że należy sprzedać warszawski Wilanów, zachowując jedynie Świątynię Opatrzności. KO zaprotestowałaby, ale w wewnątrzpartyjnym referendum żadna inna nieruchomość nie uzyskałaby wymaganej większości, choć toruńskie posiadłości ojca dyrektora byłyby o włos. Mentzen powiedziałby, że należy sprzedać kolumnę Zygmunta, co z niewiadomych powodów nie udawało się przez wieki, zatem czas na udowodnienie przez Konfederację, że się da. Lewica oświadczyłaby, że Prezydentowi Trumpowi trzeba sprzedać mieszkania polskich kamieniczników, które obrażają poczucie sprawiedliwości społecznej, a inne rozwiązanie tego problemu jest poza zasięgiem Lewicy. A pieniądze ze sprzedaży dać na służbę zdrowia. Pałac Prezydencki stwierdziłby, że ta dyskusja obraża Prezydenta USA, któremu trzeba pozostawić możliwość, by sam sobie wybrał, co chce mieć.
W tej sytuacji najszczęśliwszym rozwiązaniem byłoby chyba przekonać Trumpa - lub któregoś z członków jego rodziny - by jakaś spółka ich rodzinnego biznesu została wprowadzona na warszawską giełdę. To wprawdzie nie ma specjalnie rzeczywistego sensu, ale ma sens symboliczny - atak na Polskę mógłby zostać uznany za zagrożenie dla biznesu rodziny. W sumie proste i w dodatku eleganckie - prorodzinne i kapitalistyczne jednocześnie.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.













