Marcus Rediker, Peter Linebaugh. Wielogłowa hydra. Żeglarze, niewolnicy, pospólstwo i ukryta historia rewolucyjnego Atlantyku. Przeł. Andrzej Wojtasik. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2025
Jak byłem mały, to chciałem być piratem. Narysowałem nawet komiks o zbuntowanym statku. Kończyło się tym, że wciągają na maszt flagę z wesołym Rogerem i krzyczą "hurra". Pewnie miało to związek z jakimś puszczanym w polskiej telewizji lat 80. filmem o przygodach tych romantycznych nomadów i banitów pływających po XVII czy XVIII-wiecznym Atlantyku. Ręka do góry, kto miał podobnie? Tak myślałem, że nie ja jeden…
Piraci byli zbuntowani. Do tego uniwersum zaliczali się rozmaici odszczepieńcy
Kultura popularna seksapil piractwa wyczuła już dawno temu. Dość powiedzieć, że bestsellerem (jak na owe czasy oczywiście) były już "Historie najsłynniejszych piratów" wydane w Londynie w roku 1724. Niektórzy uważali nawet, że wyszła spod pióra najsłynniejszego pisarza przygodowego tamtej epoki Daniela Defoe. Nic dziwnego, że o piratów upomniała się także polityka. Książka "Wielogłowa hydra" Redikera i Linebaugha to jedna z klasycznych prób opowiedzenia tamtego fenomenu przy użyciu kategorii socjologicznych, politycznych i ekonomicznych. Z mocnym wychyleniem w kierunku marksizmu. Ale takiego we współczesnej, amerykańskiej wersji pop. Wyszła w roku 2000, stając się od tamtej pory ważnym elementem szerszego nurtu opowiadania historii najnowszej od strony "ludowej". To znaczy stawiając w centrum zagadnienia jakąś dystynktywną grupę zbuntowaną wobec rodzącej się w bólach kapitalistycznej rzeczywistości.
A piraci byli zbuntowani jak cholera. Do tego uniwersum zaliczali się z samej definicji rozmaici odszczepieńcy: zbiegli niewolnicy, przestępcy, banici, szaleńcy, biedacy, prostytutki (w książce nazywane zgodnie z najnowszymi trendami "pracownicami seksualnymi") i tak dalej. Słowem morska odmiana pospólstwa, która - z różnych przyczyn - nie wpisała się w szeregi formującej się po obu stronach Atlantyku klasy robotniczej. Jednocześnie były to zazwyczaj wspólnoty antyestabliszmentowe, z silnym anarchizującym rysem, a co za tym idzie nierzadko zorganizowane wedle bardzo równościowych zasad. Odmienność od reszty świata i nomadyczny tryb życia sprzyjały wspólnotowości. Do tego dochodziły jeszcze naturalna wielorasowość i wielokulturowość. Wszystkie te elementy uczyniły z tych ludzi Atlantyku wymarzony obiekt do badań spod znaku "ludowych historii".
Spragnionym takich czytadeł, które łączą ze sobą poczucie bycia po słusznej stronie historii z przyjemnym łechtem dziecięcych fascynacji, "Wielogłowa hydrę" polecić należy. Na pewno się nie zawiedziecie. A wartość poznawcza (historia) jest jak zwykle w przypadku takich książek dodatkowym prezentem.
"Krytyka i jej środowisko zachowują się tak, jakby z wydawanych przez siebie książek nic nie zrozumieli"
Bardziej wyrobionym krytyczne i politycznie czytelnikom należy się jednak kilka słów kontekstu. Nie tyle związanych z tą konkretną pracą cieszących się już w międzyczasie zasłużoną emeryturą Redikera i Linebaugha. Lecz raczej z dorobkiem wydawniczym oficyny, która ów tytuł na rynek polski implementowała. Czyli z Krytyką Polityczną. "Wielogłowa hydra" jest jak podręcznikowy przykład fundamentalnego problemu politycznego, jakie to środowisko ma… ze sobą samym i z głoszonym dumnie ludowym światopoglądem.
Z jednej bowiem strony "Krypol" od lat jest na polskim rynku tym wydawcą, który jako pierwszy ludowe historie do obiegu wprowadzał. I trzeba powiedzieć, że czynił to zanim nastała komercyjna moda na wszelkie możliwe "chłopki", "pokojówki" i "niepiśmienne babki". Z drugiej jednak strony Krytyka i jej środowisko od dekady zachowują się tak, jakby z wydawanych przez samych siebie książek nic, ale to nic nie zrozumieli. Ich sympatie i wybory dotyczące dzisiejszej polskiej polityki są konsekwentnie i zdecydowanie antyludowe i antypopulistyczne. Zawsze stają po stronie sił wyrażających interesy dobrze sytuowanego establishmentu (głównie elit symbolicznych). A "piratów, motłoch i pospólstwo" naszych czasów uważają za największe zagrożenie dla społecznego status quo oraz zastanych hierarchii w ramach liberalno-demokratycznej hegemonii. Ta prawda jest dla wszystkich absolutnie oczywista i nie chce mi się wierzyć, że nawet ojcowie i matki "Krypola" ze Sławkiem Sierakowskim, Michałem Sutowskim czy Agnieszką Wiśniewska tego nie widzą.
Rafał Woś
Śródtytuły pochodzą od redakcji.
Cykl "Półka Ekonomiczna" w Interii Biznes co drugi wtorek.












