Reklama

Gospodarka pod butem prawa

Lawinowy rozrost prawa i rozmaitych regulacji niczym kaftan bezpieczeństwa obezwładnia polską przedsiębiorczość. Jaskrawym przykładem jest system podatkowy, który jest w istocie nieuporządkowanym zbiorem wielu często wzajemnie sprzecznych i skomplikowanych ponad wszelką miarę ustaw.

Czym jest "czerwona taśma" (Red Tape)? W krajach anglosaskich terminem tym określa się całościowe przeregulowanie gospodarki, powstrzymujące produktywność, a generujące za to rozrost biurokracji. Polega na istnieniu licznych, niepotrzebnych przepisów, cechujących się niezrozumiałym językiem, zobowiązujących do wypełniania niezliczonej liczby formularzy informacyjnych, często niedających żadnych lub nieproporcjonalne do oczekiwanych przez ustawodawcę społecznych korzyści.

Biegunka legislacyjna

Reklama

"Czerwona taśma" to nic innego, jak choroba współczesnych systemów prawnych. Składają się na nie setki ograniczeń, zakazów, obowiązków oraz regulaminów, znajdujących się w rosnącej w zatrważającym tempie liczbie aktów prawnych (inflacja prawa). Dotyczy różnych dziedzin, począwszy od ochrony środowiska, poprzez prawo pracy, a kończąc na funduszach unijnych. Dodatkową uciążliwością "czerwonej taśmy" w Polsce jest nieprzewidywalność oraz częstość, z jaką zmieniane są przepisy prawa.

"Czerwona taśma" w polskim wydaniu przekłada się na realny spadek jakości życia. Niestety z racji tego, iż większość obywateli przyzwyczaiła się do przerośniętej biurokracji, zjawisko nie stanowi znaczącego tematu debaty publicznej. Dyskusje o inflacji prawa, która zabija przedsiębiorczość pojawiają się sporadycznie, zazwyczaj przy okazji jakiejś sytuacji nadzwyczajnej albo bardzo trudnej kondycji określonej branży gospodarki.

Koszty "czerwonej taśmy" dla całej gospodarki są trudne do oszacowania. Generuje ona wysokie koszty dla obywateli, które jednak rzadko uwzględniane są w jakichkolwiek badaniach. Konsekwencjami bezpośrednio odczuwalnymi przez konsumentów są wyższe ceny, ograniczenie innowacyjności czy też zwyczajnie mniejszy wybór produktów i usług.

Szkodliwość zjawiska potwierdzają również ankiety wśród przedsiębiorców, z których wynika, iż - oprócz pozapłacowych kosztów pracy - to właśnie niespójność i nieczytelność przepisów prawa oraz towarzysząca im biurokracja najbardziej przeszkadzają polskim przedsiębiorcom.

Podatkowa kłoda pod nogi

Szczególnie dotkliwie odczuwają duszący wpływ "czerwonej taśmy" firmy małe i średnie, które często nie są w stanie korzystać z usług profesjonalnych doradców i ekspertów, a zobowiązane są co do zasady do spełniania tych samych wymogów, co większe przedsiębiorstwa. Najczęściej skutek jest taki, iż koszty dostosowania do nakładanych przez prawo obowiązków są tym większe, im mniejszy jest podmiot (koszt regulacji w przeliczeniu na jednego pracownika uwzględniając wielkość firmy). Ponadto konieczność zmagania się z piętrzącymi wymaganiami prawa rodzi niepotrzebny stres, zniechęcenie oraz zmniejsza produktywność. Często to regulacje "czerwonej taśmy" stanowią główną przyczynę decyzji o niepodejmowaniu ryzyka rozpoczęcia działalności gospodarczej lub o jej zaprzestaniu.

Należy podkreślić, iż w większości krajów to właśnie sektor małych i średnich przedsiębiorstw jest fundamentem gospodarki, generującym olbrzymią liczbę miejsc pracy oraz mającym dominujący udział w PKB (w przypadku Polski w roku 2011 wartość dodana brutto wytworzona przez MŚP to 47,3% PKB).

Jaskrawym przykładem "czerwonej taśmy" jest polski system podatkowy, który teraz jest w istocie nieuporządkowanym zbiorem wielu często wzajemnie sprzecznych i skomplikowanych ponad miarę ustaw. Jak wynika z przygotowanego przez firmę doradczą PwC raportu "Paying Taxes 2014", polski przedsiębiorca, żeby dopełnić wszelkich przewidzianych prawem obowiązków podatkowych, musi poświęcić nawet 286 godzin w ciągu roku (średnio 62 godziny na podatek dochodowy od osób prawnych, 124 godziny na podatki i składki związane z pracą oraz 100 godzin na podatki konsumpcyjne). Jedynie Czesi i Bułgarzy (z krajów Unii Europejskiej oraz EFTA) muszą poświęcić więcej czasu na wykonanie nałożonych przez państwo obowiązków. Jest to czas realnie dla gospodarki stracony.

Poza wpływem na sytuację w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, "czerwona taśma" realnie wpływa na odbiór Polski przez inwestorów zagranicznych. Prestiżowe rankingi wolności gospodarczej kwalifikują Polskę jako kraj względnie wolny. Dokładniej mówiąc, jesteśmy "średniakami" (zajmujemy następujące miejsca: Index of Economic Freedom 2014 - 50. ze 178, Doing Business 45. ze 189). Refleksja płynąca z bardziej wnikliwej analizy powyższych danych jest już mniej optymistyczna. W przypadku państw OECD o wysokim dochodzie zajmujemy 25. miejsce z 31 uwzględnionych krajów.

"Czerwona taśma" jak "węzeł gordyjski"?

Niewątpliwie w Polsce istnieje wiele obszarów do szybkiej i gruntownej poprawy, gdzie można zaproponować konkretne, pozytywne rozwiązania. Ale to przecięcie "czerwonej taśmy" jako cel i sposób myślenia o państwie i prawie powinny przyświecać większości reform gospodarczych.

Bez zredukowania "czerwonej taśmy" nie będzie możliwa walka z nadmierną biurokracją coraz bardziej ciążącą Polakom i budżetowi państwa. Byłby to też istotny argument dla obywateli, rozważających wyjazd za granicę, by jednak zostać i zaryzykować prowadzenie działalności gospodarczej w ojczyźnie.

Czy przy szybko zmieniającej się scenie politycznej w Polsce przyjęcie takich kompleksowych reform jest w ogóle możliwe? Na to pytanie należy jednoznacznie odpowiedzieć - tak. Przykładów ze świata nie brak, bo przecinanie "czerwonej taśmy" stało się koniecznością w wielu państwach.

Rząd Rumunii wskazał około 70 podatków, które mogą być zniesione w przeciągu jednego dnia bez znaczącego wpływu dla równowagi budżetu państwa. Ponadto Rumuni przewidują, że następne 30-40 obciążeń fiskalnych może być względnie łatwo zlikwidowane.

Łotwa, od lat borykająca się z problemem nadmiernej biurokracji oraz boleśnie doświadczona skutkami kryzysu gospodarczego, zdecydowała się na zredukowanie administracji prawie o jedną trzecią, zyskując dzięki temu znaczące oszczędności.

"Czerwona taśma" krępuje nie tylko kraje mające dotychczas neutralną bądź negatywną opinię co do zakresu wolności prowadzenia działalności gospodarczej. Dla przykładu, premier Australii osobiście zaangażował się w proces deregulacji. Ustalono, iż co roku wybierane będą dwa dni, w czasie których przecinana będzie "czerwona taśma" (pierwszym z nich był 26 marca 2014 r.). Cel wyznaczony to jeden miliard dolarów australijskich oszczędności rocznie.

Podobne działania podejmowane są w Kanadzie, uchodzącej za kraj wzorcowo przyjazny dla prowadzeniu biznesu.

Często nie trzeba wymyślać skomplikowanych instrumentów prawnych, a wystarczy jedynie uchylić już obowiązujące zbędne regulacje. Wiele z ustanowionych obowiązków czy danin nie ma uzasadnienia lub w związku z postępującą informatyzacją dawno je utraciło. Czego potrzeba, to konsensusu polityków, ich determinacji, konsekwencji i świadomości długofalowych korzyści dla obywateli i państwa. Przy rozwiązywaniu problemu "czerwonej taśmy" nie ma co liczyć na poklask oraz rezultaty, którymi z miejsca można się pochwalić w jednej z kampanii wyborczych. Jednak pozytywne skutki zainicjowanych zmian odczuliby wszyscy obywatele, występujący na co dzień w tak różnych rolach - konsumentów, przedsiębiorców czy pracowników.

"Czerwona taśma" w Polsce 1) stanowienie dużej liczby aktów prawnych niskiej jakości (inflacja prawa) oraz ich częsta zmiana, co skutkuje rozpowszechnionym wśród obywateli przekonaniem o niestabilności prawa; 2) problemy interpretacyjne, powodujące odmienne rozstrzygnięcia w podobnych sprawach (zjawisko o szczególnie istotnym znaczeniu w przypadku interpretacji podatkowych); 3) trudności związane z rozpoczęciem oraz prowadzeniem działalności gospodarczej, szczególnie w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw; 4) ograniczenie konkurencyjności już funkcjonujących przedsiębiorstw; 5) wzrost szarej strefy - uciążliwe przeszkody prawne i administracyjne zniechęcają ludzi do podejmowania legalnej działalności gospodarczej; 6) rozrost biurokracji - liczba zatrudnionych w administracji publicznej w dniu 31 grudnia 2013 r. wyniosła 438 429 osób; od początku przemian ustrojowych obserwujemy stały wzrost liczby urzędników. Nowe liczne regulacje potrzebują dodatkowych osób do ich obsługi. Zjawisku, co gorsza, towarzyszy błędne zarządzanie posiadaną kadrą; 7) wydłużanie się postępowań administracyjnych; 8) ogromna liczba zawodów regulowanych.

Dawid Gawinkowski

Sprawdź: PROGRAM PIT 2014

Dowiedz się więcej na temat: podatki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »