W skrócie
- Spór o Grenlandię i działania USA przyczyniają się do spadków na europejskich giełdach.
- Inwestorzy przesuwają kapitał do bezpiecznych aktywów, takich jak złoto, jen japoński i frank szwajcarski.
- Europa posiada znaczące udziały w amerykańskich obligacjach, na co zwracają uwagę analitycy w kontekście sporu o Grenlandię.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
"Jeszcze kilka miesięcy temu większość uczestników rynku uważała, że retoryka Donalda Trumpa wobec Grenlandii jest jedynie blefem (...). Dziś groźby stają się faktycznym ryzykiem" - komentuje w poniedziałek po południu Mikołaj Sobierajski, analityk XTB. Ekspert zwraca uwagę, że Grenlandia "redefiniuje percepcję ryzyka geopolitycznego w portfelach inwestorów", a wpływ na rynki jest wyraźny.
"Obligacje państw europejskich reagują wyższymi spreadami kredytowymi, a inwestorzy szukają bezpiecznych przystani w złocie i innych metalach szlachetnych" - komentuje Mikołaj Sobierajski.
Wojna handlowa UE-USA staje się "czynnikiem ryzyka"
Niemiecki DAX traci w poniedziałek po południu 1,2 proc., paryski CAC40 prawie 2 proc., a londyński FTSE100 0,3 proc. To odpowiedź inwestorów na wprowadzenie przez Donalda Trumpa "karnych" ceł na kraje, które aktywnie sprzeciwiają się przejęcia (cokolwiek miałoby to znaczyć) Grenlandii przez USA.
Michał Pietrzyca z DM BOŚ zwraca uwagę, że Euroland, w ślad za azjatyckimi giełdami odnotowuje spadki w związku z rosnącymi obawami o eskalację konfliktu handlowego. Analityk uważa, że groźba 10-proc. taryf, które miałyby obowiązywać od 1 lutego, wywołała wyprzedaż akcji i rajd w kierunku bezpiecznych aktywów, takich jak złoto i jen japoński. Ekspert zwraca uwagę, że Amerykanie świętują Dzień Martina Luthera Kinga (Wall St pozostaje zamknięta), jednak na rynkach europejskich uwaga inwestorów skupia się na napięciach geopolitycznych.
"Sprzedawaj Europę"? Rynki wciąż nie chcą wierzyć w upadek transatlantyckich relacji
Choć poniedziałek przyniósł wyraźną wyprzedaż w Europie i spadek europejskich indeksów, rynki jakby nie chciały pogodzić się z erozją transatlantyckich relacji.
"Rynki potraktowały tę sytuację raczej jako ryzyko związane z polityką i instytucjami USA, a nie jako prosty sygnał "sprzedawaj Europę": dolar się osłabił, aktywa bezpieczne radziły sobie lepiej, a złoto i srebro osiągnęły historyczne maksima" - wylicza Charu Charana, główna strateg inwestycyjna w Saxo Bank. Ekspertka zwraca uwagę, że początkowo "w reakcji na Grenlandię" dolar amerykański osłabił się, a kapitał przesunął się w stronę klasycznych bezpiecznych przystani, takich jak jen japoński i frank szwajcarski. "To bardziej pasuje do narracji o "niepewności wokół USA" niż o czysto europejskim szoku" - komentuje analityczka Saxo Banku. Przy okazji przypomina o wciąż aktualnym nastawieniu wielu uczestników rynku określanym jako "TACO" ("Trump Always Chickens Out" - Trump zawsze się wycofuje). Rynki wielokrotnie widziały, jak groźby celne były łagodzone, odkładane w czasie lub wykorzystywane jedynie jako element negocjacji.


Donald Trump straszy, a kraje Europy liczą potencjalne straty
Dla Europy staje się jasne, że eskalacja wojny celnej z USA przyniosłaby realne straty. Cytowana przez brytyjskie media Capital Economics wylicza, że spełnienie najnowszych gróźb prezydenta Trumpa stworzyłoby dodatkowe wyzwania dla brytyjskich producentów samochodów i farmaceutyków oraz mogłyby zmniejszyć PKB Wielkiej Brytanii o 0,30-0,75 proc. Mówi się nawet o możliwym zbliżeniu handlowym Wielkiej Brytanii z UE, które miałoby zrekompensować potencjalne straty wynikające z amerykańskich ceł.
Równie mocno zaniepokojeni są Francuzi. Analitycy przekonują, że firmy o dużym udziale eksportu do USA (np. kosmetyki czy towary luksusowe) to "potencjalnie przegrani" w eskalacji wojny celnej. Jednak w Paryżu pokładają nadzieję w krajowych firmach o "mniejszej ekspozycji na rynek amerykański". To one mogłyby skupić uwagę inwestorów, będąc lokalną "przystanią" dla kapitału uciekającego od spółek mocno związanych z amerykańskim rynkiem.
USA na "smyczy" długu? Europa siedzi na amerykańskich obligacjach
W medialnej "wymianie ciosów" między USA i UE interesująca wydaje się analiza Deutsche Bank wskazująca na duży udział Europy w finansowaniu amerykańskiego deficytu. "Pomimo całej swojej siły militarnej i gospodarczej, USA mają jedną kluczową słabość: polegają na innych, aby płacić swoje rachunki poprzez duże deficyty zewnętrzne" - napisał w komentarzu George Saravelos (Deutsche Bank) wyliczając, że europejscy inwestorzy posiadają znaczące pakiety amerykańskich obligacji i akcji, co czyni Europę największym pożyczkodawcą Ameryki.
W analizie DB zauważono też, że duńskie fundusze emerytalne były jednymi z pierwszych, które zmniejszyły ekspozycję na dolara w zeszłym roku, gdy z całą mocą powrócił temat przejęcia Grenlandii przez USA.













