Biały Dom tłumaczy się ws. ceł: Traktujcie nas tak, jak my traktujemy was
Zwiększenie przewagi konkurencyjnej, ochrona suwerenności, wzmocnienie bezpieczeństwa narodowego i gospodarczego - takie argumenty podaje Biały Dom, tłumacząc wprowadzenie ceł wzajemnych niemal na wszystkie kraje świata. "Dostęp do rynku amerykańskiego to przywilej, a nie prawo." - czytamy w komunikacie amerykańskiej administracji, która oskarża inne państwa o niesprawiedliwe traktowanie Stanów Zjednoczonych i tłumaczy, że cła element wprowadzenia ich w "złoty wiek".
W środę prezydent USA Donald Trump ogłosił nałożenie ceł wzajemnych. W przypadku Unii Europejskiej stawka wyniesie 20 proc.; dla Chin jest to 34 proc. Na liście nie ma z kolei Rosji i Białorusi. W swoim wystąpieniu Trump podkreślił, że wysokości taryf nie są tak wysokie, jakie mogłyby być.
- Będziemy pobierać od nich (krajów - red.) mniej więcej połowę tego, co oni pobierają i pobierali od nas. Więc cła nie będą w pełni wzajemne. Mógłbym to zrobić, tak, ale byłoby to trudne dla wielu krajów. Nie chcieliśmy tego robić - powiedział Trump. Podkreślił, że mimo zapowiedzi o pełnych cłach wzajemnych można raczej mówić o "raczej wzajemnych" - wskazał prezydent USA.
Nie mniej jednak wielokrotnie powtarzał, że wiele krajów niesprawiedliwie traktuje USA, stąd decyzja o zmianie polityki celnej. W opublikowanym przez Biały Dom komunikacie w szczegółowy sposób wypunktowano powody historycznej decyzji.
"Duże i uporczywe deficyty w handlu towarami ze Stanami Zjednoczonymi doprowadziły do uszczuplenia naszej bazy produkcyjnej, braku bodźców do zwiększania zaawansowanych krajowych zdolności produkcyjnych, osłabienia kluczowych łańcuchów dostaw i uzależnienia naszej bazy przemysłu obronnego od zagranicznych przeciwników." - wskazano.
Przekaz Białego Domu jest dość jednoznaczny. Podkreślono, że Trump jest "pierwszym prezydentem w historii nowożytnej, który stanął w obronie ciężko pracujących Amerykanów, wzywając inne kraje do przestrzegania złotej zasady dotyczącej handlu: Traktujcie nas tak, jak my traktujemy was." Amerykańska administracja podkreśla, że wewnętrzne szacunki wskazują, że amerykańskie firmy płacą ponad 200 mld dolarów roczni podatku VAT na rzecz zagranicznych rządów. Oceniono, że jest to "podwójny cios" dla amerykańskich firm, bowiem "europejskie firmy nie płacą podatku Stanom Zjednoczonym od dochodów z eksportu do USA".
Zwrócono uwagę na problem podrobionych towarów, nielegalnego oprogramowania i kradzieży amerykańskich tajemnic handlowych. Koszt, jaki ponoszą USA z tego tytułu ma wynosić od 225 do 600 mld dolarów rocznie. Zaznaczono, że nierównowaga handlowa doprowadziła do przenoszenia bazy produkcyjnej za granicę, co wzmocniło np. Chiny, jednocześnie szkodząc amerykańskiej klasie średniej i małym miasteczkom.
Trump oskarżył wprost swojego poprzednika, Joe Bidena o nieudolne prowadzenie polityki gospodarczej. Jego zdaniem demokrata roztrwonił nadwyżkę w handlu produktami rolnymi odziedziczoną po pierwszej kadencji Trumpa, zamieniając ją w prognozowany rekordowy deficyt w wysokości 49 miliardów dolarów.
"W 2024 r. nasz deficyt handlowy w handlu towarami przekroczył 1,2 biliona dolarów - był to kryzys nie do opanowania, ignorowany przez poprzednie władze." - wskazał Biały Dom.
Amerykańska administracja tłumaczy, że celem wprowadzenia ceł jest zniesienie niesprawiedliwości w handlu światowym, przeniesienie produkcji z powrotem do kraju i pobudzenie wzrostu gospodarczego dla Amerykanów, a hasło "Made in America" nie jest tylko sloganem. "To priorytet ekonomiczny i bezpieczeństwa narodowego, (...) lepiej płatne amerykańskie miejsca pracy przy produkcji pięknych amerykańskich samochodów, urządzeń i innych dóbr." - czytamy. Co równie istotne, cła mają zachęcić przedsiębiorców do przenoszenia produkcji do USA.
Biały Dom podał wiele liczb na udowodnienie swoich tez. I tak udział amerykańskiej produkcji przemysłowej w światowym przemyśle w 2001 roku wynosił 28,4 proc., podczas gdy w 2023 - 17,4 proc. Rosnąca konkurencja z państw azjatyckich czy europejskich doprowadziła do spadku produkcji w USA.
"Rosnące uzależnienie od zagranicznych producentów towarów sprawiło, że amerykański łańcuch dostaw stał się podatny na zakłócenia geopolityczne i szoki podażowe. (...) Od 1997 do 2024 r. Stany Zjednoczone straciły około 5 milionów miejsc pracy w przemyśle wytwórczym i odnotowały jeden z największych spadków zatrudnienia w tym sektorze w historii." - wskazuje administracja Trumpa.
W swoim przemówieniu amerykański prezydent mówił wprost o wykorzystywaniu jego ojczyzny przez inne kraje - i to przez pokolenia. Wskazywał tu np. cła UE na samochody w wysokości 10 proc. (w przypadku Indii stawka ta wynosi 70 proc.), zaś amerykańskie taryfy wynosiły dla porównania 2,5 proc.
USA uderzyły także w Chiny, oskarżając je o przyczynienie się do utraty 3,7 mln miejsc pracy w USA z powodu wzrostu deficytu handlowego USA-Chiny. Podkreślono, że amerykańska konkurencyjność za sprawą rosnącej przewagi gospodarczej Państwa Środka została wyparta, co przyczyniło się do zwiększenia zależności Amerykanów od zagranicznych dostaw, zarówno dla przemysłu, jak i przedmiotów codziennego użytku.
Szacunki Białego Domu wskazują na straty dla budżetu państwa powodowane polityką innych krajów. Przykładowo, na wymaganiach dotyczące testowania i certyfikacji w sektorach takich jak chemikalia, produkty telekomunikacyjne i urządzenia medyczne, co utrudnia lub zwiększa koszty sprzedaży produktów w Indiach przez amerykańskie firmy. Gdyby te bariery zostały usunięte, wskazano, że eksport USA wzrósłby o co najmniej 5,3 miliarda dolarów rocznie. W przypadku Argentyny, która zakazała importu amerykańskiego bydła żywego od 2002 r. USA tracą z tego tytułu 223 mln dolarów rocznie.
Trump wielokrotnie wskazywał, że wprowadzi USA w "złoty wiek". Nałożone cła mają pomóc w osiągnięciu tego celu. Biały Dom tłumaczy, że decyzja ta jest niczym innym niż wezwaniem innych krajów do tego, aby tak samo traktowały USA jak USA traktują je.
"Dostęp do rynku amerykańskiego to przywilej, a nie prawo. Stany Zjednoczone nie będą już stawiać siebie na ostatnim miejscu w kwestiach handlu międzynarodowego w zamian za puste obietnice. Cła stanowią kluczowy element planu prezydenta Trumpa, którego celem jest odwrócenie szkód gospodarczych wyrządzonych przez prezydenta Bidena i wprowadzenie Ameryki na ścieżkę ku nowej złotej erze." - głosi komunikat.
Zdaniem strony amerykańskiej zmiana kierunku polityki celnej ma realną szansę polepszyć sytuację gospodarczą kraju, jak również istotnie zwiększyć poziom bezpieczeństwa. Powołano się tu m.in. na analizę Atlantic Council, która miała wykazać że "cła stworzą nowe zachęty dla amerykańskich konsumentów, aby kupowali produkty wyprodukowane w USA". Przytoczono również - nie po raz pierwszy zresztą - słowa byłej sekretarz skarbu w administracji Bidena, Janet Yellen, która w ubiegłym roku stwierdziła, że "nie wierzy, aby amerykańscy konsumenci odczuli jakikolwiek znaczący wzrost cen", co padło w kontekście nałożenia ceł na import towarów z Chin. Tyle tylko, że następnie dodała, że cła zostały nałożone na bardzo konkretne sektory (czysta energia, półprzewodniki), co nie przekłada się bezpośrednio na budżety amerykańskich rodzin. Tego jednak obecna administracja Trumpa nie precyzuje.
Biały Dom zastrzegł, że stawki ceł mogą zostać podwyższone, gdyby inne kraje podjęły działania odwetowe. Istnieje również możliwość obniżenia taryf, ale taki scenariusz zrealizowałby się, jeśli kraje podjęłyby kroki w celu rozwiązania problemów handlowych i "dostosowałyby się do USA w kwestiach gospodarczych i związanych z bezpieczeństwem". Nałożone cła mają obowiązywać do czasu, aż Trump uzna, że "zagrożenie wynikające z deficytu handlowego i wynikającego z niego braku wzajemności traktowania zostało zaspokojone, rozwiązane lub złagodzone".