Serwis "Politico" zauważa, że nie minęło jeszcze pięć miesięcy od objęcia przez Freidricha Merza stanowiska kanclerza Niemiec - a jego szanse na zakończenie długotrwałej stagnacji panującej w największej gospodarce UE już wydają się niewielkie. Tymczasem Merz obiecywał, że po dojściu do władzy położy szybko kres bolączkom niemieckiego przemysłu.
Niemiecki biznes nie chce już czekać. "Wściekłość i rozczarowanie"
Portal zauważa, że perspektywy gospodarcze dla Niemiec zauważalnie pogorszyły się przez tych kilka miesięcy, a przedsiębiorcy publicznie dają upust swojej frustracji.
"Atmosfera w naszej branży już nie jest po prostu napięta - charakteryzuje ją wściekłość i rozczarowanie" - "Politico" przytacza niedawną wypowiedź Bertrama Kawlatha, szefa Związku Niemieckich Producentów Maszyn i Urządzeń. Zdaniem Kawlatha, strach gabinetu Merza przed wprowadzeniem reform jest jak przysłowiowy "słoń w pokoju", a zwłoka ma swoją cenę. "Coraz więcej firm staje w obliczu głębokich cięć. Znikają miejsca pracy" - mówi.
"Merz już teraz musi zmierzyć się z niewygodną rzeczywistością: ma niewiele znaczących opcji, które pozwoliłyby mu przeprowadzić gruntowne reformy i szybko osiągnąć cel, na którym oparł swoje wyborcze zwycięstwo" - stawia diagnozę "Politico".
Niemieckie firmy tną etaty i inwestycje
I przypomina: sektor produkcyjny, który niegdyś napędzał powojenny boom gospodarczy Niemiec, zwalnia na potęgę. Łączna liczba bezrobotnych w Niemczech osiągnęła w sierpniu 3,02 mln - najwięcej od dekady. Dodajmy, że stopa bezrobocia w ubiegłym miesiącu wyniosła w Niemczech 6,4 proc. wobec 6,3 proc. w lipcu.
Przykłady masowych zwolnień można mnożyć - to chociażby niedawna decyzja firmy Robert Bosch dotycząca redukcji 13 tysięcy etatów w różnych lokalizacjach w Niemczech, która ma być realizowana etapami do końca 2030 roku. Na okres do 2029 r. rozplanowano zwolnienia w Audi - swoje stanowiska straci 7,5 tys. pracowników w Niemczech. Pod koniec ubiegłego roku cięcia personalne ogłosił koncern Thyssenkrupp Steel Europe, największy w Niemczech producent stali - obejmą one ok. 11 tys. osób. Koncern zamierza też zamknąć zakłady Kreuztal-Eichens i sprzedać fabrykę Hüttenwerke Krupp Mannesmann (HKM) w Duisburgu.
"Po dwóch latach recesji gospodarczej ekonomiści spodziewają się w tym roku niewielkiego, jeśli w ogóle, wzrostu. Morale niemieckich przedsiębiorstw spada" - zauważa "Politico" (według najnowszych prognoz OECD, PKB Niemiec ma urosnąć o skromne 0,3 proc. w 2025 r.).
Gabinet Merza wykonał wprawdzie jeden zdecydowany ruch - zdecydował o poluzowaniu tzw. hamulca zadłużenia i ustanowieniu funduszu infrastrukturalno-klimatycznego opiewającego na 500 mld euro, finansowanego kredytem. Z kolei niewliczanie wydatków wojskowych powyżej 1 proc. PKB do deficytu ma pomóc w modernizacji armii, co wiąże się ze wsparciem dla krajowych koncernów obronnych. Jednak zdaniem ekonomistów to za mało, by w pełni zaradzić problemom strukturalnym niemieckiej gospodarki.
Merz nie jest winny obecnym problemom, ale gniew skupia się na kanclerzu
"Politico" zauważa zarazem, że za te ostanie nie można winić gabinetu Merza - wojna celna, którą rozpoczął Donald Trump, wysokie ceny energii, konkurencja ze strony Chin czy starzenie się społeczeństwa dawały o sobie znać na długo przed tym, zanim obecny kanclerz objął władzę; nie wydaje się też, że ma on moc, by samodzielnie je rozwiązać.
"Ale to nie uchroniło Merza przed politycznymi konsekwencjami. Niezadowolenie z jego rządu rośnie, a nowy sondaż pokazuje, że tylko 26 proc. Niemców aprobuje jego działania" - pisze "Politico". "Główny przeciwnik polityczny Merza, skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD), największa partia opozycyjna w parlamencie, coraz mocniej atakuje kanclerza, krytykując stan gospodarki i jego wysiłki na rzecz jej ożywienia za pomocą kredytu".
Merz jest świadom narastającego niepokoju wśród liderów przemysłu i najwyraźniej zdaje też sobie sprawę z tego, że jego polityczne przetrwanie zależy od szybkich działań. O ile pierwsze miesiące na urzędzie kanclerza poświęcił głównie kwestiom polityki zagranicznej, w tym wsparciu dla Ukrainy, to teraz zajął się sprawami wewnętrznymi. Odbył serię spotkań z liderami biznesu, obiecując, że jesienią rozpocznie wdrażanie szeroko zakrojonych reform gospodarczych.
"Jesień reform" w Niemczech? Ekonomiści i przedsiębiorcy mają konkretne oczekiwania
Na stole jest m.in. zmniejszenie zasiłków dla bezrobotnych i zwiększenie zachęt finansowych dla emerytów, by pracowali jak najdłużej, ale nie wiadomo, czy koalicja rządząca przeforsuje je w Bundestagu. Jednocześnie najdalej idące reformy, w tym strukturalne zmiany w systemie emerytalnym czy poluzowanie konstytucyjnych ograniczeń dla wydatków, zostały powierzone komisjom eksperckim, co zmniejsza szanse na ich szybkie wdrożenie.
Jednocześnie Friedrich Merz planuje odbyć serię spotkań z przedstawicielami krajowego przemysłu stalowego i samochodowego. Niedawno mianował Martina Blessinga, byłego prezesa Commerzbanku, komisarzem ds. inwestycji zagranicznych w Niemczech. Blessing zapowiada już, że niezwłocznie zorganizuje konferencję dla potencjalnych inwestorów nad Renem.
Biznes tymczasem ma sprecyzowane oczekiwania. Jorg Dietrich, prezes Centralnego Stowarzyszenia Niemieckiego Rzemiosła, porównuje kondycję niemieckiej gospodarki do stanu pacjenta na OIOM-ie i nawołuje do natychmiastowego zniesienia zbędnych barier wynikających z biurokracji i przebudowy niemieckiego systemu zabezpieczenia społecznego, tak, by koszty wydatków socjalnych znalazły się pod kontrolą.
Ekonomiści z kolei wskazują, że Niemcom potrzebna jest kompleksowa, strategiczna polityka przemysłowa. Mają wątpliwości, czy wielkie wydatki na obronność i infrastrukturę wystarczą, by rozruszać gospodarkę. Według badania przeprowadzonego przez ekonomistów z Uniwersytetu w Mannheim, w krótkim okresie każde euro wydane przez niemiecki rząd na obronę przełoży się na jedynie 50 centów dodatkowej aktywności gospodarczej. "Mówienie, że to przepis na boom gospodarczy, to nadmierna reklama z gospodarczego punktu widzenia" - mówi Tom Krebs, jeden z autorów wspomnianego badania.
Eksperci zauważają też, że - chociaż planowane wydatki na infrastrukturę mają większy efekt mnożnikowy - sam pakiet w wysokości 500 miliardów euro nie wystarczy, aby pobudzić silny wzrost gospodarczy, ponieważ jest rozłożony na 12 lat - i wiele zależy od sposobu jego wykorzystania.
"Nie ma żadnego planu" - podsumowuje Tom Krebs z Uniwersytetu w Mannheim.













