Reklama

Polityka i budżet: Brak deficytu tylko na chwilę?

To bardzo możliwe, że w przyszłym roku, a właściwie już teraz, przed wyborami, wystrzeli fajerwerk. Bardzo prawdopodobne jest, że budżet państwa po raz pierwszy od początku transformacji nie będzie miał deficytu. Prawdę o finansach publicznych poznamy jednak dopiero w kwietniu 2021 roku, gdy rząd przedstawi sprawozdanie dla Komisji Europejskiej za 2020 rok.

Rząd zamierza przedstawić na przyszły rok projekt budżetu bez deficytu - napisała w poniedziałek "Rzeczpospolita". Taki projekt miałby świadczyć o osiągniętej po raz pierwszy od 30 lat równowadze finansów publicznych. Powiedzmy od razu - równowadze jedynie budżetu centralnego, a nie całych finansów publicznych. Rząd - pomimo znakomitej koniunktury - wciąż nie jest w stanie poradzić sobie ze zrównoważeniem finansów całego państwa.

Można się było tego spodziewać

Ekonomiści dodają, że już w kwietniu tego roku w Programie Konwergencji, w którym rząd pokazuje Komisji Europejskiej w jaki sposób w ciągu kolejnych trzech lat chce dbać o stabilność finansów publicznych, widać było, że rząd będzie chciał zrównoważyć budżet centralny w 2020 roku.

Reklama

- Jeśli w przyszłym roku budżet centralny będzie miał zerowy deficyt, nie będzie to zaskakujące. Już w kwietniu po publikacji Planu Konwergencji, gdzie pokazano wiele jednorazowych źródeł finansowania tzw. piątki Kaczyńskiego było jasne, że chwilowo w 2020 budżet nie będzie miał potrzeb pożyczkowych netto, a więc także deficytu - mówi Interii główny ekonomista ING Banku Śląskiego Rafał Benecki.

Od budżetu państwa do równowagi całych finansów publicznych daleka droga. Bo finanse publiczne to także budżety samorządów, czy wydatki na ubezpieczenia społeczne. Koniunktura gospodarcza bywa raz lepsza, a raz gorsza, a finanse publiczne są dopiero wtedy stabilne, gdy nie mają tzw. deficytu strukturalnego. Co to takiego? To zdolność do zapewnienia równowagi wszystkich dochodów i wydatków publicznych bez względu na to, jaką mamy w danej chwili koniunkturę.

Jak to wygląda w Polsce? W zeszłym roku, a więc w szczytowym dla koniunktury gospodarczej, deficyt strukturalny wyniósł 1,2 proc. PKB. Na ten rok - według Programu Konwergencji - rząd zaplanował aż 2,5 proc. PKB deficytu. A to znaczy, że z utrzymaniem równowagi makroekonomicznej nie radzimy sobie nawet w najbardziej sprzyjających warunkach.

- Możliwa równowaga w przyszłorocznym budżecie jest tylko treścią wizerunkową, nie istotną z punktu widzenia makroekonomicznego - mówi Interii Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska.

- Fakt, że w przyszłoroczny budżecie może nie być deficytu nie oznacza trwałej równowagi. Deficyt strukturalny naprawdę będzie rósł. Rząd będzie miał natomiast dzięki temu okazję do ogłoszenia fajerwerku pokazującego stabilność na potrzeby kampanii wyborczej - dodaje Rafał Benecki.

Jednorazowe wpływy

Równowaga w przyszłorocznym budżecie - jeśli zostanie zaplanowana - osiągnięta może być dzięki jednorazowym wpływom, których w późniejszych latach już nie będzie. Rząd planuje sprzedaż w przyszłym roku częstotliwości dla budowy sieci internetowej nowej generacji 5G. To 3,5-5 mld zł wpływów. Do tego dochodzi sprzedaż darmowych praw do emisji CO2. Ile rząd zechce ich sprzedać i jakie będą ceny - nie wiadomo, ale mowa jest o przynajmniej jednym miliardzie euro.

Od ok. 160 mld zł w OFE rząd chce pobrać "opłatę przekształceniową" - konkretnie od tych, którzy będą dalej oszczędzać w IKE i nie zdecydują się na transfer środków do ZUS. Choć ustawy jeszcze nie ma, mówi się, że przyszłoroczne wpływy z tej opłaty mogą przekroczyć 9 mld zł. Te dochody w kolejnych latach nie będą się już powtarzały.

- Dzięki takim zabiegom w przyszłym roku deficytu budżetu centralnego w ujęciu kasowym nie będzie - mówi Rafał Benecki.

Co więcej, ekonomiści zwracają uwagę, że "równowaga" w przyszłorocznym budżecie państwa może zostać okupiona kosztem pogłębiających się deficytów samorządów lub Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, który będzie wypłacał "trzynaste" emerytury, ale nie zwiększy dochodów.

Samorządy: Nasza sytuacja się pogarsza

Zostały one bowiem obciążone tzw. reformą oświaty i podwyżkami dla nauczycieli za czym - rzecz jasna - nie nadążają subwencje oświatowe wypłacane przez budżet państwa. To samorządy ponoszą rosnące koszty utrzymania szpitali i wynagrodzeń dla lekarzy i pielęgniarek.

- Dlatego jeśli nawet budżet centralny nie będzie miał deficytu, to będzie deficyt sektora finansów publicznych - mówi Rafał Benecki.

- Część deficytu z budżetu centralnego wypychana jest także do samorządów. Ich sytuacja w przyszłym roku może być dużo gorsza, bo odczują koszty obniżki PIT, będą także ponosić koszty licznym zmian w edukacji - dodaje.

W tegorocznej aktualizacji Programu Konwergencji rząd założył deficyt sektora finansów publicznych w wysokości 0,9 proc. PKB w 2020 roku, ale nie uwzględnił w tym np. "opłaty przekształceniowej" i innych wpływów jednorazowych. Ale nie uwzględnił też pogarszającej się sytuacji samorządów

Słowem - za rzekomą "równowagę budżetową" w przyszłym roku zapłacą wszyscy Polacy korzystający z usług publicznych. Mogą bowiem coraz więcej wydawać na korepetycje dla dzieci w przepełnionych szkołach, w których brakuje nauczycieli i na prywatną opiekę medyczną.

Na "wypchnięciu" części deficytu budżetu centralnego do budżetów samorządowych się jednak nie kończy. Problemem do sfinansowania wciąż pozostają hojne programy socjalne. To w sumie ok. 20 mld zł w skali roku, zakładając, że z "trzynastymi emeryturami" ma poradzić sobie FUS. Jeśli rząd nie będzie chciał złamać reguły wydatkowej, która jest zapisana w ustawie, i zwiększy wydatki tylko zgodnie z tym, na co ona pozwala, będzie musiał wiele innych ograniczyć. Jakie?

- W projekcie budżetu będzie wiele pozycji wydatkowych, które albo będą zamrożone, albo ich nominalny wzrost będzie na tyle nieduży, że realnie mogą się obniżyć. Na pewno będą oszczędności dotyczące sfery budżetowej - mówi Jakub Borowski.

Jeśli rząd chciałby nie zmniejszać wydatków budżetowych, musiałby pokazać dodatkowe źródła dochodów. I to w dodatku źródła dochodów, które nie byłyby jednorazowe, ale trwałe. A to znaczy, że musiałby wprowadzić nowe daniny. A mówiąc wprost - podnosić podatki.

- Sądzę, że będzie się to działo po wyborach. Jest bardzo prawdopodobne, że zostaną wskazane dodatkowe źródła dochodów po to, żeby uniknąć scenariusza, w którym niektóre wydatki spadają wyraźnie - dodał Jakub Borowski.

- Prawdę o finansach publicznych poznamy dopiero w kwietniu 2021 roku (wtedy rząd przedstawi sprawozdanie dla Komisji Europejskiej za 2020 rok). Teraz jest duża przestrzeń do kreatywnej księgowości - dodaje Borowski.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »