Reklama

Portfele Polaków. Ceny "odjeżdżają", a dług rośnie

​W jednej z najnowszych reklam samochodów padają słowa: "Spiesz się, bo ceny odjeżdżają". Szybko rosnąca inflacja i zwiększający się dług publiczny stają się znakami rozpoznawczymi polskiej gospodarki. Nasza sytuacja finansowa w dużym stopniu zależy od posunięć kapitału zagranicznego, a ten może poczuć się zniechęcony do inwestowania w kraju, w którym realne stopy procentowe są coraz bardziej ujemne.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Inflacja w Polsce jest najwyższa od ponad 20 lat. Osiągnęła pułap 5,4 proc., a niewykluczone, że wkrótce wzrośnie do 6 proc. Ekonomiści podkreślają, że skok inflacji najbardziej dotkliwy jest dla ludzi najuboższych, bo ci największą część wydatków przeznaczają na energię i żywność, czyli dobra cechujące się najszybszym wzrostem cen.

Nawet jeśli sporo racji miał premier Mateusz Morawiecki mówiąc, że płace obywateli wzrosły ostatnio bardziej niż inflacja, to można się obawiać, że kolejne runda spirali cenowo-płacowej uderzy w konsumentów. Doświadczenie uczy bowiem, że na dłuższą metę wzrost wynagrodzeń pozostaje w tyle za wzrostem cen detalicznych. W dodatku Polacy od dawna tracą część swojego bogactwa, bo "podatek inflacyjny" uszczupla ich oszczędności.

Reklama

Czekanie na niższą inflację

Większość członków Rady Polityki Pieniężnej na czele z prezesem NBP Adamem Glapińskim twierdzi, że inflacja w Polsce jest wywoływana przez zjawiska zewnętrzne. - Za globalny wzrost inflacji w dużej mierze odpowiada skok cen surowców na rynkach światowych. Ceny ropy są obecnie aż o połowę wyższe niż rok temu. Wyraźnie wyższe rok do roku są również ceny gazu i metali. Rosną globalne ceny produktów rolnych. Kolejnym czynnikiem proinflacyjnym są wciąż występujące poważne ograniczenia podażowe w światowym handlu - oświadczył w tych dniach prezes NBP.

Adam Glapiński dodał, że skok inflacji na świecie, a także w Polsce, ma charakter przejściowy. Jego zdaniem, dalsze wzrosty cen surowców, zwłaszcza tak silne jak dotąd, wydają się mało prawdopodobne. Prezes banku centralnego zapewnił jednocześnie, że "jeśli inflacja będzie trwale wyższa od  celu rozumianego jako pewne pasmo, z punktem środkowym na poziomie 2,5 proc., to NBP będzie wtedy interweniować i zacznie zacieśniać politykę pieniężną". Powyższe wypowiedzi Adama Glapińskiego skłoniły ekonomistów PKO BP do konkluzji, że na podwyżki stóp procentowych poczekamy do połowy przyszłego roku, bo zdecyduje się na nie dopiero Rada Polityki Pieniężnej w nowym składzie.

Analityk inwestycyjny Bartosz Baran uważa, że podniesienie stóp powinno nastąpić dużo szybciej. Jak podkreśla, dzięki temu umocniłby się złoty, a tym samym zagraniczne dobra byłyby dla przeciętnego Polaka tańsze. Zdaniem Bartosza Barana, do wysokiej inflacji bardzo przyczyniła się ekspansywna polityka monetarna NBP oraz fiskalna rządu. Podwyższenie stóp procentowych położyłoby kres "okradaniu" obywateli z ich oszczędności oraz zakończyłoby bańkę na rynku nieruchomości, w które swoje środki w obawie przed dewaluacją lokuje wiele osób posiadających trochę gotówki.

Spór o stopy procentowe

Bartosz Baran nie zgadza się z opinią, że znaczne podwyższenie stóp zaszkodziłoby wzrostowi gospodarczemu. Dziś stopa referencyjna NBP to zaledwie 0,1 proc. W latach 2000-19 stopa referencyjna wynosiła około 4,5 proc., a mimo to polska gospodarka znajdowała się w grupie 20 najszybciej rozwijających się krajów świata. W dodatku - zdaniem analityka - przy sztucznie niskich stopach procentowych dochodzi do wielu nietrafionych inwestycji i do błędnej alokacji zasobów. Promowana jest konsumpcja kosztem akumulacji kapitału. Zwiększa się udział kredytów udzielanych w celach nieproduktywnych, a przy okazji gospodarka popada w pułapkę zadłużenia.

Przez wiele lat stopa referencyjna ustalana przez NBP była na wyższym poziomie niż inflacja raportowana. Jednak począwszy od 2019 roku proporcje odwróciły się i Polacy zaczęli tracić na swoich oszczędnościach. W 2019 roku Polska odnotowała najwyższą inflację w całej Unii Europejskiej, a mimo to w 2020 roku stopy procentowe obniżono do rekordowo niskiego poziomu. W efekcie staliśmy się krajem o najbardziej negatywnym realnym oprocentowaniu. Tymczasem nasza sytuacja finansowa w dużym stopniu zależy od posunięć kapitału zagranicznego, a ten może poczuć się zniechęcony do inwestowania w kraju, w którym realne stopy procentowe są coraz bardziej ujemne.

Pułapka zadłużenia

Polskim problemem jest także szybko rosnący dług publiczny. Już w czasach rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego sytuacja bardzo się pogorszyła. Ówczesna władza zaczynała w 2007 roku od zadłużenia w wysokości 500 mld zł, a skończyła w 2015 roku z długiem publicznym dwa razy wyższym. Przy okazji "przechwyciła" 150 mld zł z Otwartych Funduszy Emerytalnych. W ostatnich latach suma zadłużenia rośnie bardzo szybko - w samym tylko 2020 roku licznik wybił 330 mld zł.

W tej chwili - jeśli liczyć przy zastosowaniu metodologii europejskiej - dług wynosi około 1,43 bln zł, a w 2022 roku przekroczy 1,5 bln zł i będzie stanowił aż 64 proc. polskiego PKB. Liczby oficjalnie podawane przez nasz rząd są dużo niższe. Dzięki temu formalnie nie przekraczamy konstytucyjnego progu zadłużenia (60 proc. PKB).

Zabieg polega na wyrzucaniu poza nawias pieniędzy przechodzących między innymi przez Bank Gospodarstwa Krajowego i Polski Fundusz Rozwoju. Szacuje się, że obie instytucje w przyszłym roku powiększą nasze zadłużenie w sumie o 350 mld zł. Kwota ta nie zostanie uwzględniona w rządowym bilansie i w rezultacie dowiemy się, że dług publiczny w 2022 roku wyniesie nie 1,5 bln zł, a 1,16 bln zł. Oznacza to, że w przyszłym roku jedna czwarta zadłużenia znajdzie się poza kontrolą parlamentu, który zajmuje się wyłącznie planem dochodowo-wydatkowym przedstawionym w ustawie budżetowej.

NBP "drukuje" na potęgę

Zjawiskiem typowym dla okresu pandemii jest prowadzony przez liczne banki centralne "dodruk pieniędzy". W kwietniu 2020 roku nasz NBP rozpoczął skup obligacji skarbowych. W tej chwili ma on w swoim bilansie papiery o wartości około 150 mld zł, co stanowi prawie 10 proc. krajowego długu publicznego. Jak podkreśla Bartosz Baran, "drukowanie" jednostek monetarnych przez NBP finansujących rządowe wydatki doprowadziło w 2020 roku do wzrostu podaży pieniądza o 17 proc. w skali rok do roku. W normalnych czasach wartość ta wynosiła 6-7 proc. i wynikała głównie z działań banków komercyjnych.

Bartosz Baran przypomina konkluzję Miltona Friedmana, który w operacjach skupowania aktywów przez banki centralne widział jedną z przyczyn podsycania inflacji i podkreślał, że społeczeństwo nie może się wzbogacić za pomocą drukowania pustej waluty. Friedman pisał: "inflacja jest zawsze i wszędzie zjawiskiem monetarnym w tym sensie, że jest i może być wykreowana tylko przez szybszy wzrost ilości pieniądza niż produkcji dóbr i usług".

Jacek Brzeski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »