Reklama

Rafał Woś: Nie! Polska nie jest żadnym inflacyjnym odmieńcem

Zwróćcie tylko uwagę, z jaką agresją zwalczany jest u nas każdy, kto ośmiela się przypominać, że polskie problemy z inflacją nie są niczym wyjątkowym. I że wbrew temu, co próbują wam wmówić niektórzy politycy (albo ich zaprzyjaźnieni komentatorzy) Polska nie jest dziś na tle Europy żadnym odmieńcem. Bo ostry inflacyjny kryzys - napędzany rosnącymi cenami surowców energetycznych - jest zjawiskiem dotykającym całej Unii. W tym także - tak przez niektórych idealizowanej - strefy euro.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Ci z państwa, którzy czytają tę kolumnę w miarę regularnie, mogą pamiętać tekst z maja tego roku. Nosił on tytuł "Nie, euro nie chroni przed inflacją!". No cóż. Spieszę tylko donieść, że przedstawione w nim spostrzeżenia się absolutnie nie zmieniły. Pół roku później euro NADAL nie chroni przed inflacją. I chyba tylko kompletni ekonomiczni analfabeci mogą się upierać, że jest inaczej.

Reklama

Rzut oka na wrześniowe szacunki tempa wzrostu cen w eurolandzie:

  • Estonia 24,2 proc.
  • Litwa 22,5 proc.
  • Łotwa 22,4 proc.
  • Holandia 17,1 proc.
  • Słowacja 13,6 proc.
  • Grecja 12,1 proc.
  • Belgia 12 proc.
  • Austria 11 proc.
  • Niemcy 11 proc.

I tak dalej. W perspektywie miesiąca-dwóch z jednocyfrową inflacją mają szansę pozostać w zasadzie tylko Francuzi. Reszta albo już jest powyżej 10. Albo za chwilę będzie. Czy na tym tle Polska z wrześniową inflacją na poziomie 17,2 proc. (rok do roku) naprawdę jest jakimś wyjątkiem? Zwłaszcza, jeśli uwzględnić też inne kraje Europy, które nie są członkami strefy euro. Czechów, którzy już w czerwcu przekroczyli 17 proc. inflację. Albo Węgrów (mieli 15,6 proc. w sierpniu). Albo Rumunów czy Bułgarów. Albo nawet i Szwedów lub Duńczyków, gdzie wzrost cen we wrześniu wejdzie najpewniej na poziom dwucyfrowy.

I nikt nie twierdzi, że inni mają jeszcze gorzej. Idzie raczej o przypomnienie, że od pewnych szerszych trendów po prostu nie da się abstrahować. Zwłaszcza w gospodarce. Żaden rząd - ani żaden bank centralny w Europie - nie są w stanie przed tym uciec. Choćby nawet stanęli na rzęsach. Nikt w Europie nie ma dziś władzy zahamowania wzrostu cen z jednego prostego powodu. Tym powodem są stale rosnące ceny surowców energetycznych. Ich wzrost został zaś wywołany - takim, a nie innym - kształtem polityki energetycznej Unii Europejskiej ostatnich 15 lat. Głównie bezmyślnym oparciem zielonej transformacji na dostawach taniego (wtedy) gazu z Rosji. To uzależnienie energetyczne od jednego tylko paliwa sprawiło, że gdy zmieniła się sytuacja geopolityczna, to cena surowca niebotycznie urosła. Cudów nie ma. A kto nie wierzy, ten niech zada sobie jedno pytanie - dlaczego akurat Francja jest dziś krajem z najniższą inflacją w Unii. Dostrzeże wtedy szybko, że to akurat Francja jest jednocześnie tym krajem, który już dawno i najmocniej oparł swoją energetykę na atomie. A w minionych dwóch dekadach był najbardziej oporny w przyjmowaniu antyatomowej niemieckiej wizji transformacji energetycznej z gazem w roli paliwa rezerwowego.

Niestety - opisana tu pokrótce - prawda o obecnym kryzysie inflacyjnym ma wielu wrogów. I w Polsce i w Europie. I ci wrogowie robią wszystko, co w ich mocy, by tę prawdę tę zamazać, zaciemnić i zrelatywizować. U nas w kraju powtarzana jest więc na okrągło bałamutna bajeczka o tym, że obecna inflacja to efekt rządowego rozdawnictwa. Przeróżnych programów w stylu 500+ albo 13. emerytury. Oczywiście bajeczka ta jest bardzo użyteczna dla opozycji, która odlicza już dni do wyborów i chwyta się wszystkiego, by podnieść swoje notowania. Zwróćcie uwagę, z jak wielką agresją i zniecierpliwieniem reagują oni na wszelkie próby pokazywania szerszego - europejskiego kontekstu - inflacyjnego kryzysu. Dzieje się tak dlatego, że pokazywanie wzrostu cen, z którym borykają się Holendrzy, Niemcy albo Belgowie, burzy całą tę wygodną opowieść o PiS-owskim rozdawnictwie. Każe bowiem zapytać: to co? Wszędzie tam też 500+ i 13. emerytura wywołały inflacyjny kryzys??

Oczywiście te prawdziwe - czyli energetyczne - przyczyny inflacji są także nie w smak unijnemu establishmentowi. Bo to przecież te same elity - albo ich bezpośredni polityczni spadkobiercy - zafundowali Unii taką właśnie transformację energetyczną. Nic więc dziwnego, że chcą się teraz wykpić od odpowiedzialności.

Rafał Woś

Autor felietonu prezentuje własne opinie i poglądy

Zobacz również:


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »