Reklama

Teraz wszystko zależy od nas

Budżet UE na lata 2014-20 będzie po raz pierwszy w historii mniejszy od poprzedniego, ale Polska dostała więcej: 105,8 mld euro (441 mld zł), z czego 72,9 mld (303,6 mld zł) na politykę spójności. Budżet idzie teraz do Parlamentu Europejskiego, który grozi wetem.

Polska będzie największym beneficjentem unijnych funduszy - nie tylko spójności, jak dotąd, ale wszystkich. Z ogółu funduszy spójności na wyrównywanie poziomu rozwoju między krajami i regionami UE trafi do nas 23 proc. środków. Na polskie rolnictwo przeznaczonych zostało 28,5 mld euro (118,8 mld zł) przez siedem lat.

"Dla mnie to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu; nie sądzę, żebym mógł coś takiego (więcej) dla Polski zrobić" - cieszył się premier Donald Tusk na konferencji prasowej. Mówił, że wynegocjowane środki dedykuje polskim bezrobotnym. "Nie ma lepszego sposobu na tworzenie miejsc pracy w Polsce, jak inwestowanie tak wielkich europejskich środków w cele rozwojowe" - podkreślił.

Reklama

Uzyskania dla Polski ponad 100 mld euro pogratulował premierowi prezydent Bronisław Komorowski. "Osiągnięty sukces dowodzi, że przyjęta strategia - oddziaływania przez największych graczy, m.in. Francję, a z drugiej strony reprezentowanie interesów krajów na dorobku - przyniosła sukces" - powiedziała PAP szefowa prezydenckiego biura prasowego Joanna Trzaska-Wieczorek.

W rozmowie z PAP komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski podkreślił, że Polska i Słowacja to jedyne kraje UE, dla których środki rosną, choć cały budżet spada. Polska dostała o 4,5 mld euro więcej niż w latach 2007-13.

Tym razem, pod naciskiem płatników netto z Wielką Brytanią na czele, na nową siedmiolatkę jest mniej o blisko 40 mld euro, czyli ok. 3 proc. Budżet przewiduje wydatki na poziomie 960 mld euro w zobowiązaniach oraz 908,4 mld euro w płatnościach. Ocalone przed cięciami zostały polityka spójności i Wspólna Polityka Rolna - obie nawet zyskały w ostatniej wersji projektu budżetu. Ale wcześniej kolejne wieloletnie budżety zawsze były większe od poprzednich; tym razem nastąpił spadek m.in. w wyniku cięć w funduszu na wielkie projekty infrastrukturalne Connecting Europe (o 10 mld euro) i na unijną biurokrację (o 1,5 mld euro), tak nielubianą przez Brytyjczyków.

"Brytyjska opinia publiczna może być dumna z tego, że po raz pierwszy w historii zmniejszyliśmy kredyt na karcie kredytowej UE" - mówił premier David Cameron. Niemieckie gazety były zgodne, że to jemu i kanclerz Angeli Merkel udało się w Brukseli przeforsować oszczędności.

"Nowy budżet nie jest idealny, ale to najwyższy możliwy poziom, co do którego przywódcy mogli osiągnąć jednomyślność" - przyznał przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Barroso. Natomiast towarzyszący mu przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy przestrzegał Parlament Europejski, który zawsze opowiadał się za jak największym i najbardziej ambitnym budżetem, przed lekkomyślnym odrzuceniem uzgodnionego porozumienia.

To odpowiedź na groźbę weta wysuniętą wspólnie przez największe frakcje PE: chadeków, socjalistów, liberałów i Zielonych. Ich liderzy oświadczyli, że PE nie może zaakceptować piątkowego porozumienia w obecnej formie, i wskazali, że dopiero teraz rozpoczną się prawdziwe negocjacje. Wyrazili zdziwienie, że "przywódcy UE zgodzili się na budżet, który mógłby doprowadzić do deficytu strukturalnego", nawiązując do różnicy między płatnościami a zobowiązaniami, która przekracza 50 mld euro.

"Nie podpiszę się pod deficytowym budżetem UE" - grzmiał na szczycie przewodniczący PE Martin Schulz.

"Wydaje się, że jesteśmy bliscy porozumienia z PE, ale będzie to wymagało bardzo uczciwych i z wzajemną lojalnością negocjacji" - wyraził nadzieję premier Tusk.

Prowadzone przez Van Rompuya brukselskie negocjacje w różnym gronie trwały od czwartkowego poranka do godzin popołudniowych w piątek, kiedy to szef Rady Europejskiej ogłosił porozumienie na Twitterze. "Warto było na to czekać" - napisał. Wcześniej przez wiele godzin odkładał ogłoszenie propozycji porozumienia, którego założenia chciał najpierw wynegocjować z poszczególnymi przywódcami. Uzgodnione ogólne pułapy wydatków przedstawił dopiero w piątek nad ranem po całonocnym maratonie rozmów. Potem nastąpiła krótka i jedyna przerwa na odpoczynek przywódców. Sesję plenarną, która doprowadziła do ostatecznego porozumienia, Van Rompuy zwołał dopiero po godz. 15 w piątek.

PiS uznał, że to, co rząd wynegocjował, to "minimum minimorum" tego, co Polska powinna była uzyskać. Zdaniem partii o 7 mld euro zmniejszono polskie środki w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, których miało być - jak mówił szef klubu PiS Mariusz Błaszczak w rozmowie z dziennikarzami - 35 mld euro. Zdaniem europosła PiS Tomasza Poręby, środki na politykę spójności są uzyskane kosztem rolnictwa, a w związku z tym 7 mld euro nie trafi na polską wieś.

Wielki sukces rządu, szansa na drugi skok cywilizacyjny dla Polski - w ten sposób szef klubu PO Rafał Grupiński skomentował porozumienie. Natomiast europoseł PSL Andrzej Grzyb ocenił, że wynik szczytu jest dobrą informacją dla Polski, ale niezbyt dobrą dla całej UE.

"Byłem przekonany, że negocjacje zakończą się kompromisem, bo wszyscy zdawali sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji nieosiągnięcia porozumienia. Fantastycznie, że udało się nam go dopiąć. Z naszej perspektywy to jest bardzo dobry wynik - skomentował w rozmowie z PAP dyrektor w dziale Ulg i Dotacji Inwestycyjnych Ernst & Young Paweł Tynel. - Teraz ważne jest, aby te środki dobrze spożytkować. (...) Myślę tu zarówno o infrastrukturze, bo nadal potrzebujemy pieniędzy na wyrównywanie różnic infrastrukturalnych, ale nie tylko. Środki powinny też popłynąć na dotacje na inwestycje dla firm".

Główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości Ignacy Morawski o porozumieniu budżetowym UE:

"Patrząc na budżet z perspektywy Unii Europejskiej, ma on dużo większe znaczenie symboliczne czy polityczne niż gospodarcze. De facto w całości nie jest większy niż 1 proc. PKB Unii Europejskiej. Sens tej całej debaty rozgrywał się wokół szukania odpowiedzi na pytania, czy Unia Europejska jest jeszcze w stanie podejmować wspólne decyzje, czy kraje, które dopłacają do wspólnego budżetu, są w stanie więcej wpłacać, niż z niego dostają. Tu chodzi o kwestie solidarności europejskiej. Jeśli chodzi o procesy gospodarcze, ten budżet nie ma gigantycznego znaczenia.

Jeśli spojrzymy na niego z punktu widzenia Polski, to wydaje mi się, że środki z Unii Europejskiej odgrywają potężną rolę w naszej gospodarce. Dobrze, że to porozumienie zostało osiągnięte, ponieważ bez niego trudno byłoby planować wydatki długookresowe. Fundusze spójności w perspektywie siedmioletniej mogą zwiększyć nasze PKB o 5 proc.

To znaczy, że w 2020 roku PKB w scenariuszu z tymi środkami, które otrzymamy, może być o ok. 5 proc. wyższy, niż gdyby tych środków nie było. Choć środki europejskie są ważne dla polskiej gospodarki - choćby patrząc na możliwość poprawy stanu infrastruktury - wydaje mi się, że nie wpływają na zwiększenie produktywności polskiej gospodarki. To zresztą wynika z badań i jest bardzo niepokojące.

Na wzrost gospodarczy wpływa wzrost zasobów kapitałowych, wzrost zasobów siły roboczej i wzrost produktywności w gospodarce. Ten trzeci czynnik jest tu najistotniejszy. Środki europejskie pozwalają nam zwiększyć zasoby kapitałowe, ale nie mają wpływu, a nawet mogą mieć wpływ negatywny na dynamikę produktywności w polskiej gospodarce.

Są badania, które pokazują, że firmy, które wykorzystują środki europejskie, wcale nie stają się bardziej produktywne; (...) są przesłanki, by sądzić, że firmy, które je otrzymują, są mniej innowacyjne. (...) Przy całym moim uznaniu dla środków europejskich i uznaniu dla odbudowy infrastruktury, według mnie nie podnoszą długookresowego potencjału rozwojowego polskiej gospodarki.

Choć fundusze mają bardzo pozytywny wpływ, jestem przeciwny tezie, że od wykorzystania tych pieniędzy zależy skok cywilizacyjny Polski. To pokazuje doświadczenie południa Europy. Nawet potężne transfery fiskalne nie poprawiają sytuacji. Ile wpompowano środków w południe Włoch, Grecję, Portugalię? To wciąż są najbardziej ubogie tereny Europy i o tym trzeba pamiętać."

Menedżer w zespole dotacji i ulg inwestycyjnych Deloitte Magdalena Jabłońska o uzgodnionym w piątek w Brukseli porozumieniu ws. unijnego budżetu na lata 2014-2020. Zakłada on 960 mld euro w tzw. zobowiązaniach, a w płatnościach ok. 908,4 mld euro. Polska ma otrzymać 105,8 mld euro, w tym 72,9 mld euro na realizację polityki spójności i 28,5 mld euro na Wspólną Politykę Rolną:

"Dla Unii Europejskiej to budżet kompromisów, z kolei dla Polski można powiedzieć - wygrana, bo jednak w przypadku polityki spójności otrzymaliśmy o 4 mld euro więcej. W tym czasie i z taką postawą +starych+ krajów Unii, płatników netto, wydaje się, że więcej nie można było wywalczyć.

Myślę, że Parlament Europejski może jeszcze dyskutować o szczegółach budżetu, tzn. - jak te pieniądze będą się rozkładać na poszczególne tematy. Natomiast w przypadku zatwierdzenia budżetu, ogólne liczby nie powinny się zmienić.

Teraz najważniejszym, z punktu widzenia Polski, jest zadbać o to, na co te pieniądze faktycznie zostaną przeznaczone, czyli jak zostaną one zaprogramowane na poziomie krajowym. Jak będzie wyglądać w szczegółach mechanizm dystrybucji tych środków. Chodzi o to, aby nie okazało się, że mimo iż mamy tak duże środki, nie potrafimy ich odpowiednio wydać.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »