Reklama

Tomasz Prusek: Polityczna i rynkowa wielka gra o CO2

W tle kryzysu energetycznego toczy się gorący polityczny spór o przyszłość filaru unijnej polityki klimatycznej, czyli systemu handlu emisjami CO2 (ETS). Dla jego zwolenników to nadal skuteczne narzędzie realizacji Europejskiego Zielonego Ładu zapewniające osiągnięcie neutralności klimatycznej w 2050 roku, dla przeciwników – gwóźdź do trumny energochłonnych gospodarek opartych jeszcze na paliwach kopalnych, takich jak Polska.

Cenowe szaleństwo niebezpieczne dla polskiej gospodarki

Zdaniem ekspertów droga do zubożenia społeczeństw z powodu cen energii. Los ewentualnej reformy systemu ETS i jej przełożenie na ceny jest kluczowy, bo już od 2025 r. obejmie on także budynki i transport drogowy, co odbije się na budżetach gospodarstw domowych i konkurencyjności firm.

Wiele interesującego dzieje się na rynku handlu uprawnieniami do emisji CO2, bo giełdowe ceny poszły ostatnio zdecydowanie w dół. Obecnie tona CO2 kosztuje już poniżej 70 euro, a jeszcze w sierpniu notowania doszły do rekordowego poziomu blisko 100 euro za tonę, przekraczając najbardziej czarne prognozy dla przemysłu i energetyki, które wieszczyły taki poziom, ale dopiero na koniec... obecnej dekady. Kontynuowanie tak dynamicznego pochodu cen było ogromnym zagrożeniem dla prowadzenia kontrolowanej dekarbonizacji gospodarki, czyli stopniowego zmniejszania emisji i przestawiania się ze źródeł wysokoemisyjnych (np. elektrownie węglowe) na nisko- i zeroemisyjne (bloki gazowe, odnawialne źródła energii - OZE, atom).

Reklama

Cenowe szaleństwo szczególnie niebezpieczne było to dla naszej gospodarki, ponieważ nadal w ok. 70 proc. zależy ona od energii wytwarzanej z węgla, a koszty zakupu CO2 podnoszą i tak już horrendalne z powodu kryzysu ceny energii. Pomimo, że rynkowe przesilenie spowodowało, że notowania ruszyły w dół, to nie zmienia jednak faktu, że i przy poziomie 70 euro obciążenie finansowe dla gospodarki opartej na węglu jest ogromne. Z drugiej strony na emisjach CO2 dziesiątki miliardów złotych zarobił już polski rząd, ponieważ rocznie ma ogromne przychody ze sprzedaży coraz droższych uprawnień, choć należy do krytyków polityki klimatycznej i systemu ETS.

Spór o ETS  trwa na kilku płaszczyznach

Stąd nie dziwi, że równolegle do rynkowej gry o ceny CO2 trwa polityczna debata w kraju i na forum unijnym na temat dalszego losu systemu handlu emisjami i próby jego reformy. To ważne dla nas, bo niestety, nie mamy ani tak rozwiniętych OZE jak Niemcy, ani atomu jak Francuzi, więc ostateczny kształt ETS w dużej mierze determinować będzie ceny energii w Polsce i przyszłość całej gospodarki,  a stawką jest utrzymanie jej konkurencyjności nie tylko w Unii, ale i na świecie.

Spór o los ETS i zasady jego funkcjonowania trwa na kilku płaszczyznach, ale jego wspólnym mianownikiem są zbyt wysokie notowania CO2 na giełdach, i to pomimo ostatniej przeceny, które narzucają szybkie tempo transformacji energetycznej. Warto zwrócić uwagę, że dopóki ceny praw do emisji były przez lata uśpione na poziomie zaledwie 5-6 euro za tonę, dopóty nie był to żaden istotny temat do dyskusji. Ceny były na tyle niskie, że kto z energetyki lub energochłonnego przemysłu (huty, cementownie, producenci nawozów) potrzebował je kupić, to płacił i szybko zapominał, ponieważ nie stanowiło to znaczącego obciążenia finansowego.

Sytuacja diametralnie zmieniła się od drugiej połowy 2017 roku, gdy notowania ruszyły dynamicznie w górę i przez pięć lat dokonały prawdziwego skoku do blisko 100 euro za tonę. Drugą stroną medalu historycznie niskich cen był kompletny brak politycznej motywacji rządów w Polsce, aby szybko zmieniać miks energetyczny, czyli rozwijać OZE i atom w miejsce energetyki węglowej.  To dlatego mamy obecnie dziś nadal niski udział wytwarzania energii z OZE, a elektrownię atomową nadal na papierze. I trzeba uczciwie powiedzieć, że taki brak motywacji dotyczył nie tylko rządów po 2015 roku, ale także poprzedników z koalicji PO-PSL.

Co nasza władza ma na sumieniu?

Obecnie rządzący mają na sumieniu wprowadzenie słynnej ustawy odległościowej 10H, która w 2016 roku skutecznie zablokowała rozwój energetyki wiatrowej na lądzie, bo wykluczyła inwestycje w wiatraki na ok. 97 proc. powierzchni kraju (tzw. zasada 10H, uniemożliwia budowę farm wiatrowych w odległości od zabudowań mniejszej niż dziesięciokrotność wysokości turbiny). Mamy obecnie drugą połowę 2022 roku, a jak nie było zmiany ustawy 10H, tak nie ma. Jej nowelizacja, która zliberalizuje budowę lądowych farm wiatrowych, rodzi się w bólach, choć należy do jednych z ważnych tzw. kamieni milowych, od których uzależniona jest wypłata nam środków z Krajowego Planu Odbudowy. Choć nowelizacja ustawy została wreszcie przyjęta przez rząd, to utknęła w parlamencie. Można dziś zaryzykować pogląd, że z perspektywy czasu wprowadzenie w 2016 roku ustawy 10H było wręcz politycznym sabotażem wobec rozwoju zeroemisyjnej gospodarki, który był na rękę silnemu wówczas lobby węglowemu. Gdyby rozwój wiatraków na lądzie nie został wtedy zablokowany na długie lata, dziś potrzebowalibyśmy znacznie mniej szalenie drogiego węgla dla elektrowni, skoro więcej energii produkowanych byłoby z wiatraków. Dlatego zmiana feralnych przepisów z 2016 roku jest tak ważna, a dalsze opóźnianie tego procesu tak kosztowne.

Ale nie tylko grzechy w krajowej polityce energetycznej sprawiły, że wysokie ceny CO2 są dla nas tak palącym problemem. Poza wspomnianym już rządem, który rzadko chwali się gigantycznymi profitami jakie ma z  tytułu sprzedaży uprawnień, na handlu krocie zarabiają także instytucje finansowe, które zostały kilka lat temu wpuszczone na ten rynek, ponieważ uprawnienia do emisji CO2 uznano za instrumenty finansowe, podobnie jak akcje czy obligacje. W konsekwencji uprawnieniami mogą obracać na giełdach nie tylko ci, którzy ich realnie potrzebują, bo produkują np. prąd, stal czy cement, ale także spekulacyjne fundusze inwestycyjne, które żyją ze zmienności cen. Stąd coraz mocniejsze głosy, aby dokonać takiej rewizji systemu handlu CO2, aby ograniczyć krąg podmiotów działających na tym rynku jedynie do tych, które realnie potrzebują uprawnień do własnych procesów wytwórczych lub instytucji finansowych działających na ich zlecenie.

CO2 uznano za instrumenty finansowe

To rozwiązanie miałoby w zamyśle pozbycie się spekulacyjnych funduszy, które w ostatnich latach mogły walnie przyczynić się do wywindowania cen, chociaż oficjalnie zagrożenie działaniami spekulacjnymi na rynku CO2 jest marginalizowane przez Brukselę. Można podejrzewać, że spekulacyjna gra funduszy jest na rękę unijnym zwolennikom szybkiej transformacji energetycznej, ponieważ ceny mogą rosnąć nawet bez działań administracyjnych ze strony Brukseli, czyli np. żonglowania wielkością puli dostępnych uprawnień. Warto przypomnieć, że właśnie nadpodaż praw do emisji połączona z niską aktywnością gospodarczą była w przeszłości jednym z głównych powodów utrzymywania się przez długi czas notowań na tak niskim poziomie 5-6 euro, że - mówiąc kolokwialnie - transformacja energetyczna była "w lesie".

Skutki wojny w Ukrainie i szybujące ceny energii dają do ręki argumenty przeciwnikom ETS, postulującym reformę systemu, a nawet skrajnie - jego zawieszenie lub likwidację. Z drugiej strony, właśnie z tych samych powodów Unia, odcinająca się od rosyjskich węglowodorów, postanowiła przyśpieszyć transformację w kierunku odnawialnych źródeł energii. Dlatego - pomimo głosów protestu z Polski - faktyczne opodatkowanie emisji CO2 nadal pozostaje głównym narzędziem realizacji Europejskiego Zielonego Ładu, a plany zmian ETS  - przynajmniej na razie - pozostają w fazie politycznej debaty. Giełdy jak funkcjonowały, tak funkcjonują, handlują CO2 inwestorzy, którzy handlowali, tyle że transakcje zawierane są po znacznie niższych cenach niż jeszcze latem. Widać, że z jednej strony zadziałał efekt rynkowy, ponieważ skoro zmierzamy do silnego spowolnienia gospodarek europejskich, to nie będzie potrzeba tak dużo uprawnień w przemyśle, a jak spada realny popyt, to i muszą spadać ceny. Z drugiej strony swoje zrobiły też podwyżki stóp procetowych przez największe banki centralne, na czele z amerykańskim Fed i Europejskim Bankiem Centralnym. Kapitał stał się znacznie droższy, a także jest go coraz mniej z powodu ograniczania lub zakończenia przez banki dodruku pieniądza. Powoduje to bessę na giełdach, która nie omija także rynku CO2. Nie wiadomo jak rozwinie się sytuacja geopolityczna, koniunktura gospodarcza i zapotrzebowanie na surowce energetyczne, ale pewne, że wkrótce przybędzie kolejny czynnik wzmacniający popyt na CO2, czyli tzw. ETS-2.

 Stary i nowy system handlu emisjami ETS

Na razie "stary" system handlu emisjami ETS obejmuje jedynie energetykę i przemysł, które generują 40 proc. emisji CO2 w Unii Europejskiej. Jednak zgodnie z założeniami Europejskiego Zielonego Ładu, aby jeszcze bardziej zredukować emisje, "nowy" system ETS ma od 2025 roku objąć także budynki i transport drogowy, odpowiadające za kolejne 40 proc. emisji. Skokowo zwiększy to zapotrzebowanie na uprawnienia, bo będą ich potrzebować także np. producenci i importerzy paliw, a także dostawcy ciepła do budynków. I co niezwykle istotne: nie będzie żadnej puli darmowych emisji, zatem wszystko trzeba będzie kupić bezpośrednio na aukcjach. Dlatego ewentualna reforma ETS jest tak istotna, bowiem w kolejnych latach od tego, jak będą się kształtować ceny CO2, zależeć będą nie tylko budżety gospodarstw domowych, ale i konkurencyjność coraz większej liczby gałęzi gospodarki. Rozstrzygnięcia powinny nastąpić szybko, bo początek ETS-2 jest coraz bliżej.

Co prawda część wpływów ze sprzedaży uprawnień do emisji ma trafiać do Społecznego Funduszu Klimatycznego, który ma łagodzić skutki wzrostu cen dla najbardziej wrażliwych konsumentów czy przedsiębiorców, ale oczywiście kluczowy będzie sam poziom cen, bo ostatecznie od tego zależeć będzie np. koszt energii cieplnej czy paliw silnikowych. Dlatego warto obserwować wielką grę o CO2 jaka obecnie toczy się zarówno w kraju, jak i na forum unijnym, bo w dużej mierze jej wynik przesądzi nie tylko o dynamice i powodzeniu zielonej transformacji w skali europejskiej, ale i kosztach funkcjonowania krajowych gospodarstw domowych i konkurencyjności przedsiębiorstw, z których wiele już dziś myśli jak zapewnić własne źródła zielonej energii.

 Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

(Śródtytuły pochodzą od redakcji)

***

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »