Reklama

Tomasz Prusek: Węgry, czyli jak trwoga, to do... euro

Strefa euro zyskała nieoczekiwanie - przynajmniej werbalnie - nowego zainteresowanego, który rozważa wprowadzenie wspólnej waluty, pomimo że dotychczas słynął - podobnie jak Polska - z mocno antyunijnej retoryki. Rząd w Budapeszcie przyciśnięty przez tonącego forinta, przecenę obligacje rządowych i perspektywę nieotrzymania funduszy unijnych przyjaźnie pomachał gałązką oliwną do Brukseli i Frankfurtu, gdzie mieści się centrala Europejskiego Banku Centralnego. To wielka polityczna gra o utrzymanie węgierskiej gospodarki, ale też i sygnał dla Warszawy, że może pozostać coraz bardziej osamotniona w swoim dogmatycznym stanowisku przeciwko euro.

Węgry zdążyły nas już przyzwyczaić od ponad dekady, że zrobią wszystko, aby realizować swoje polityczne interesy narodowe, a premier Viktor Orban - utrzymać władzę. Ale tym razem zdecydowały się na wysłanie sygnału, którego mało kto się spodziewał. 

Minister finansów dał do zrozumienia, że Budapeszt może rozważyć wejście do ERM-2, traktowanego jako przedsionek do przyjęcia wspólnej waluty, po zawarciu porozumienia z Brukselą w sprawie odblokowania funduszy unijnych. Powód? Węgrom zależy obecnie na tych pieniądzach jeszcze bardziej niż Polsce na środkach z Krajowego Planu Odbudowy (KPO), bo znajdują się w coraz trudniejszej sytuacji gospodarczej. 

Reklama

Jak traktować to mrugnięcie okiem do euro ze strony kraju dotychczas - obok Polski - należącego do liderów wśród hamulcowych głębszej europejskiej integracji, której symbolem jest przecież wspólna waluta? I co taka postawa oznacza dla Polski, która od zmiany władzy w 2015 roku boi się euro jak diabeł wody święconej?

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Narastające problemy gospodarcze Węgier

Węgry wielokrotnie w ostatnich latach zasłynęły z kluczenia w Unii Europejskiej i podkreślania priorytetu swojej "suwerenności". Ale to, co niedawno jeszcze mieściło się, choć z coraz większym trudem w ramach unijnego dialogu, po wybuchu wojny w Ukrainie nabrało nowego wymiaru, bo choć Węgrzy wspierają unijne sankcje, to bez entuzjazmu i gdy tylko mogą manifestują ochronę swoich interesów gospodarczych - od budowy elektrowni atomowej po zapewnienie sobie dostaw taniego gazu - opartych o współpracę z Moskwą. 

Jednak to wcale nie sprawa stosunku do wojny w Ukrainie powoduje, że znajdują się w Unii w defensywie, tylko narastające problemy gospodarcze: szalejąca inflacja, drogi kredyt, lecący na łeb, na szyję forint oraz przeceniane obligacje rządowe. Gospodarka węgierska brnie w tarapaty, których źródeł należy szukać jeszcze daleko przed pandemią COVID-19 i kryzysem energetycznym, i w dodatku na ich własnym podwórku, zdominowanym przez nadrzędny cel utrzymania władzy przez rządzący od 2010 roku Fidesz z premierem Viktorem Orbanem.

W kolejnych wyborach ten cel realizowany był z żelazną konsekwencją poprzez transfery socjalne i populistyczne obłaskawianie wyborców, a także manifestowanie wszędzie, gdzie się da "suwerenności", rozumianej jako podejrzliwość wobec zachodnich zagranicznych instytucji oraz kapitału. Sęk w tym, że dopóki - szczególnie w ostatnich latach - można było pożyczać dużo i tanio, bo największe banki centralne trzymały zerowe stopy procentowe i masowo drukowały pieniądze, dopóty taka polityka mogła się finansowo utrzymać. 

To już jednak historia i Węgry stanęły w obliczu utraty zaufania zagranicznych inwestorów, bo tylko tak można określić obserwowaną obecnie ucieczkę od forinta i obligacji rządowych. Czego się boi zagranica? Lista jest bardzo długa: inflacja przebiła najczarniejsze prognozy i wynosi 20,1 proc. (szokujący skok z 15,6 proc. przez zaledwie miesiąc), gasząc inflacyjny pożar bank centralny Węgier podniósł główną stopę procentową aż do 13 proc., ale na niewiele się to zdało, bo po krótkiej przerwie forint zaczął bić kolejne rekordy słabości wobec euro, a rentowności dziesięcioletnich obligacji rządowych przekroczyły próg 10 proc. Kombinacja wysokiej inflacji i spowolnienia gospodarczego to gotowa recepta na stagflację rujnującą na dłuższą metę cały kraj i społeczne nastroje.

Brak miliardów euro uderza w wartość forinta

Zatem pomimo częstego stawania okoniem wobec Brukseli teraz widać jak na dłoni, że Węgry potrzebują stałego dopływu unijnych funduszy jak kania dżdżu. Tymczasem Komisja Europejska zastopowała wypłatę znacznych środków - idących w miliardy euro - z powodu podejrzeń o brak transparentności i korupcję (np. w zamówieniach publicznych wspieranych finansowo przez Unię). 

I choć Węgry wprowadzają zmiany prawne i próbują przekonać Brukselę, że walka z korupcją będzie wiarygodna i skuteczna, to jak na razie fundusze pozostają zamrożone. A brak miliardów euro, które zostałyby np. wymienione bezpośrednio przez rynek, uderza rykoszetem w wartość forinta. Efekt jest taki, że za euro trzeba było już płacić 430 forintów. Jak się okazuje, zbawcza moc narodowej waluty, która ma pomagać w kryzysowych sytuacjach bardzo słabo działa w państwie o takiej skali problemów jak Węgry, a "zaimportowana" przez rekordowo słabego forinta inflacja prowadzi do ubożenia społeczeństwa, mimo kontynuowania państwowego socjalnego rozdawnictwa.

W tej sytuacji już nie dziwi, że wobec Brukseli padła polityczna zachęta, którą można w skrócie podsumować: "kasa w zamian za euro". A przynajmniej za mglistą perspektywę jego wprowadzenia. I nie ma już mówienia twardego "nie" dla wspólnej waluty i podkreślania  "suwerenności" na potrzeby wewnętrznej propagandy. Czas pokaże, czy Unia na to pójdzie i nie zostanie przechytrzona, gdy tylko środki wpłyną na konto Budapesztu, a euro jak nie ma, tak nie będzie. Jak na razie wydaje się, że czysto werbalne zagranie va banque z euro przyniosło skutki, przynajmniej krótkoterminowo, bo Bruksela zgodziła się dać Węgrom dodatkowe dwa miesiące na wdrożenie reform antykorupcyjnych i rozwianie obaw o naruszanie praworządności.

EUR/HUF

405,8800 -0,5100 -0,13% akt.: 30.11.2022, 02:38
  • Kurs kupna 405,7300
  • Kurs sprzedaży 406,0300
  • Max 406,4350
  • Min 405,3600
  • Kurs średni 405,8800
  • Kurs odniesienia 406,3900
Zobacz również: CAD/JPY AUD/NZD AUD/JPY

Znak dla państw pozostających poza strefą euro

Niemniej węgierski sygnał w sprawie euro jest czymś więcej niż tylko polityczną grą między Budapesztem a Brukselą o wysoką stawkę. To kolejny znak dla wszystkich państw pozostających jeszcze poza strefą euro, w tym Polski, że pomimo wielu swoich problemów strukturalnych strefa nie tylko nie rozpadła się dekadę temu, ale ostatnio wręcz zyskuje na popularności. 

Dowodem tego są wzmożone starania kolejnych unijnych państw, aby zamienić swoja lokalną walutę na euro. Na początku stycznia 2023 r. euro przyjmie Chorwacja, a wiele wskazuje, że rok później również Bułgaria. Państwa nadbałtyckie, w obecnej sytuacji wojny w Ukrainie najbardziej zagrożone przez Rosję, mają euro już od dobrych kilku lat, ponieważ dla nich z powodu położenia geopolitycznego jest to kolejny kluczowy - po członkostwie NATO - czynnik wzmacniający bezpieczeństwo. 

Zatem jak się okazuje, posiadanie w portfelach euro może z powodzeniem sprzyjać utrzymaniu suwerenności, a nie przeciwnie, jak wielokrotnie starają się udowadniać w Polsce zaciekli przeciwnicy wprowadzenia euro. Atak Rosji na Ukrainę udowodnił, że w realiach geopolitycznych, w jakich się znajdujemy, wspólna waluta, jako swoisty rodzaj tarczy pozamilitarnej, ma jednak swoje znaczenie i dlatego przynajmniej powinna zostać u nas otwarta publiczna debata na temat przyjęcia wspólnej waluty, skoro aktualnie nie ma ani woli rządzących, ani banku centralnego, aby złożyć przynajmniej taką deklarację jak Węgry. A też mamy przecież potężne problemy z uzyskaniem środków z Krajowego Planu Odbudowy. Z tego powodu węgierski eksperyment z kuszeniem euro i swoistym handlem wymiennym za fundusze europejskie na pewno będzie pilnie obserwowany w Warszawie.

To powinno dać do myślenia Polsce

Sęk w tym, że nigdzie wprowadzenie euro nie stanie się od ręki. To wieloletni proces i trzeba spełnić szereg warunków konwergencji. Wejście do systemu ERM-2, a tym bardziej jedynie ogólna taka deklaracja Budapesztu, jeszcze niczego nie przesądza. Jeśli kuszenie Brukseli spod szyldu "euro zamiast forinta" i wdrażanie reform antykorupcyjnych nie wystarczą, to w wypadku dalszego pogorszenia się sytuacji forinta i rosnącego kosztu obsługi długi pozostanie rządowi w Budapeszcie jeszcze opcja... zwrócenia się o zagraniczną pomoc np. do Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), który w przeszłości był ostro krytykowany nad Balatonem za narzucanie swojego "dyktaktu" w zamian za udzielanie pomocy. 

Zresztą nie byłaby to dla Budapesztu pierwszyzna, bo kiedy wybuchł kryzys finansowy w 2008 roku Węgry nie miały hamulców (rządzone wówczas przez socjalistów), aby skorzystać z pomocy MFW, zresztą podobnie jak Rumunia czy Grecja. Stawka była tak samo wysoka jak obecnie: notowania forinta, obsługa długu i groźba załamania gospodarczego. Po wygranych wyborach w 2010 roku Viktor Orban też chciał pożyczki od MFW, ale ostatecznie nie doszło do umowy. 

Teraz gospodarcze problemy nad Balatonem powróciły jak demony, zgodnie z powiedzeniem: "historia nigdy się nie powtarza, ale okoliczności historyczne i owszem"... Tyle, że tym razem na stole dodatkowo pojawiła się opcja z euro, co powinno dać do myślenia też w Polsce.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

(Śródtytuły pochodzą od redakcji)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »