Pojęcie o tym, jak wojna na Bliskim Wschodzie wpłynie na gospodarkę światową, mamy na razie bardzo mgliste. Wiadomo, że wszystko zależy od tego, jak długo będzie trwać konflikt. Nikt tego nie wie, ale analitycy próbują kreślić na gorąco różne scenariusze.
Nie wiemy jak długo będzie trwała blokada cieśniny Ormuz, czy zostanie zdjęta przez Iran z własnej woli, czy też zostanie wymuszona, np. w taki sposób, że tankowce będą ją przepływać w eskorcie marynarki wojennej, lotnictwa, osłony antydronowej itp. Iran nie zamknął "oficjalnie" cieśniny, ale ostrzelał już kilka statków, w związku z czym na armatorów i ubezpieczycieli padł blady strach. Ruch zmniejszył się o ok. 90 proc., a trasę pokonują w zasadzie tylko jednostki irańskie i chińskie.
"Cieśnina Ormuz to zatem nie tylko szlak żeglugowy. To centralny układ nerwowy globalnego porządku energetycznego" - napisała Velina Tchakarova, strateg geopolityczny, była dyrektorka Austriackiego Instytutu Polityki Europejskiej i Bezpieczeństwa, na platformie Substack.
Na razie scenariusze makroekonomiczne skupiają się na długości konfliktu, blokady cieśniny oraz na konsekwencjach dla cen ropy i gazu, a tym samym dla inflacji. Pierwszy scenariusz, który kilka dni temu opublikował amerykański bank inwestycyjny Goldman Sachs, przewiduje "krótki" konflikt i zamknięcie cieśniny na nie więcej niż 30 dni. Średnia cena ropy w II kwartale tego roku nie powinna w związku z tym przekroczyć 90-105 dolarów za baryłkę.
Drugi scenariusz - przewidujący, że wojna potrwa 30-90 dni - mógłby spowodować wzrost światowych cen ropy do 130-150 dolarów za baryłkę, a prawdopodobieństwo globalnej recesji rośnie w nim od 75 proc. Jeśli konflikt potrwa dłużej niż trzy miesiące cena ropy może wzrosnąć do 180-200 dolarów za baryłkę, czyli realnie zbliżyłaby się do cen z 1979 roku, kiedy Iranem wstrząsnęła rewolucja islamska. W USA nastąpiły po tym lata stagflacji.
Nawet jeżeli konflikt miałby się skończyć szybko (przyjmijmy, że w ciągu miesiąca znaczy "szybko"), to nie sposób przewidzieć, jak duże zapasy surowców spłonęły i w jakim stopniu została zniszczona infrastruktura wydobywcza i logistyczna w krajach Zatoki Perskiej. Nie wiadomo jak szybko będzie można przywrócić produkcję surowców i ich transport. Na robiących wrażenie zdjęciach, które obiegają media, widać dym. Coś wybucha, coś się pali - pytanie ile i czego?
Skutki wojny dla inflacji zaczynają być oczywiste - ceny paliw szaleją. Ropa Brent podrożała z niespełna 73 dolarów za baryłkę 27 lutego do ponad 103 dolarów 13 marca. Gaz w hubie TTF kosztował niespełna 30 euro na MW, a 16 marca - ponad 50 euro. Amerykanie 16 marca płacili przeciętnie ponad 3,7 dolara za galon benzyny na stacjach, czyli o 82,5 centa więcej niż miesiąc wcześniej - podaje portal GasBuddy. Polacy na stacjach płacą więcej o grubo ponad złotego za litr.
Ścieżki inflacyjnego szoku. Obniżenie globalnej produkcji, a nawet recesja
Wzrost cen przy dystrybutorach widzą już konsumenci na całym świecie. A to, co widzą konsumenci, ma duże znaczenie dla banków centralnych. Dlaczego? Bo kształtuje oczekiwania inflacyjne. Szczególnie w USA, gdzie oczekiwania inflacyjne konsumentów są bardzo wrażliwe na ceny benzyny.
To, czego konsumenci jeszcze nie widzą, jest nie mniej istotne dla banków centralnych. Bo ceny ropy naftowej i gazu to także koszty transportu (które już rosną w przypadku biletów lotniczych), ogrzewania czy energii elektrycznej produkowanej w elektrowniach gazowych. Te ceny powinny w konsekwencji dość szybko pójść w górę.
Rozprzestrzenianie się szoku cenowego paliw na inne ceny konsumpcyjne dość łatwo uwzględnić w modelach analitycznych, które pokazują jaka grozi nam inflacja. Warto jedynie dodać, że - co udowodnił wzrost trudnej do poskromienia inflacji po napaści Rosji na Ukrainę - szok podażowy na rynku paliw wpływa na inne ceny "bazowe", które muszą być w centrum uwagi banków centralnych. Problem polega na tym, że zupełnie nie wiemy, jaką cenę ropy do modeli wpisać. Czy ponad 100 dolarów, jak obecnie, czy 120 dolarów, jak po napaści Rosji, czy może 150 dolarów. 150 dolarów za baryłkę to nie jest cena wzięta z sufitu. Wymieniał ją kilka dni temu minister finansów Kuwejtu. A może być jeszcze więcej.
Szok podażowy na rynku ropy i gazu nie oznacza jedynie wzrostu cen wynikających z bezpośredniego używania paliw. Ropa i gaz to także baza do produkcji chemikaliów, wszelkiego rodzaju plastiku i tworzyw sztucznych (również włókien syntetycznych i materiałów do szycia ubrań), kosmetyków, leków, folii, opakowań, asfaltu, a końcu także nawozów azotowych. Szok na rynku nawozów może być jeszcze bardziej dotkliwy niż wzrost cen paliw. Braki nawozów grożą niedostatkiem żywności, wzrostem jej cen, a być może nawet głodem w niektórych regionach. Spektrum oddziaływania szoku "naftowego" w ten sposób się rozszerza. Dodajmy tylko, że przez cieśninę Ormuz przepływa ok. 13 proc. globalnego handlu chemikaliami i aż 44 proc. siarki.
Zmniejszenie światowych dostaw ropy i gazu o ok. 20 proc. - bo tyle transportowane jest przez cieśninę Ormuz - może doprowadzić do szoku inflacyjnego. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego, wzrost cen ropy naftowej o 10 proc. zwiększa globalną inflację bazową o 0,3-0,4 punktu procentowego w ciągu 12 miesięcy. Ale na tym nie koniec. Szerokość zastosowania ropy i gazu w różnorodnej produkcji przemysłowej może spowodować zmniejszenie lub zatrzymanie produkcji w wielu branżach, głównie w regionie Azji i Pacyfiku. To z kolei może zakłócić funkcjonowanie całych łańcuchów dostaw. W ten sposób mielibyśmy szok podażowy drugiego rzędu - powodujący obniżenie globalnej produkcji.
Europa - jak zwraca uwagę Velina Tchakarova - sprowadza znad Zatoki Perskiej ok. 30 proc. importowanego aluminium. Słowem - w ślad za obawami o to, że inflacja wybuchnie i rozpełznie się na ceny konsumpcyjne i ceny produkcji, idą obawy o możliwość zatrzymania produkcji w wielu branżach z powodu niedoboru surowców czy komponentów. A zatem - obawy o recesję.
Europa - podobnie jak USA - jest relatywnie mało eksponowana na dostawy ropy i gazu z Zatoki Perskiej. Przez cieśninę Ormuz w I połowie 2025 roku płynęło ok. 600 tys. baryłek ropy dziennie w porównaniu do 5,4 mln przewożonej do Chin. To właśnie Chiny i kraje Południowo-Wschodniej Azji oraz Oceanii (2,3 mln b/d) Korea Południowa i Japonia (po 1,7 mln b/d) oraz Indie (2 mln b/d) powinny najmocniej odczuć skutki wojny. Import Chin, Indii, Japonii i Korei Południowej stanowi 69 proc. ropy naftowej, jaka przepłynęła przez cieśninę w zeszłym roku. Brak ropy w Azji powoduje możliwość zakłóceń w łańcuchach dostaw łączących Europę i Azję.
Wojna na Bliskim Wschodzie a stopy procentowe. Co zrobią banki centralne?
Na posiedzeniach kończących się odpowiednio w środę (Fed) i w czwartek (EBC) oba banki centralne będą miały zupełnie nieaktualny obraz sytuacji makroekonomicznej, bo skompletowany na dzień przed wybuchem wojny. Jak przedstawiała się sytuacja w czasach, które odeszły do zamierzchłej historii?
W USA inflacja zasadnicza i inflacja bazowa utrzymały się w lutym na tym samym poziomie, co miesiąc wcześniej, odpowiednio 2,4 i 2,5 proc., wyraźnie niższym niż w grudniu. Kluczowy dla Fed indeks PCE w styczniu obniżył się nieco do 2,8 proc. z 2,9 proc. w styczniu, ale wtedy był najwyższy od niemal dwóch lat.
Stopa bezrobocia w USA w lutym nieco wzrosła do 4,4 proc. Liczba bezrobotnych była wyższa od rynkowych oczekiwań, a zatrudnienie spadło. Według protokołu ze styczniowego posiedzenia Federalnego Komitetu Operacji Otwartego Rynku (FOMC) zdecydowana większość gremium uznała, że ryzyko spadku zatrudnienia uległo osłabieniu w ostatnich miesiącach, podczas gdy ryzyko uporczywości inflacji utrzymało się. Lutowe dane pokazały jednak, że po stronie zatrudnienia rośnie ryzyko, a po stronie inflacji nieco zelżało.
W strefie euro inflacja wzrosła w lutym do 1,9 proc. z rekordowo niskich 1,7 proc. w styczniu pozostając na poziomie zgodnym z celem EBC. Inflacja bazowa wzrosła natomiast do 2,4 proc. z 2,2 proc. w styczniu, kiedy jej wskaźnik był najniżej od niemal czterech lat. EBC utrzymuje główną stopę depozytową na poziomie 2 proc. od czerwca zeszłego roku. Analitycy ING Groep zwracają uwagę, że o ile główna stopa procentowa EBC jest w strefie neutralnej, o tyle stopa funduszy federalnych (3,5-3,75 proc.) pozostaje restrykcyjna.
Z tego powodu rynki liczyły na możliwość trzech obniżek stopy Fed w tym roku. Wojna te oczekiwania wywróciła. We wtorek zakłady na giełdzie CME dawały 99,1 proc. prawdopodobieństwa, że Fed utrzyma w środę stopę bez zmian. Prawdopodobieństwo obniżki o 25 pb zrównuje się dopiero z oczekiwaniem braku zmian (40,6 do 41,7 proc.) na posiedzeniu w końcu października.
Oba banki centralne przy okazji swoich najbliższych posiedzeń ogłoszą swoje projekcje makroekonomiczne. Najciekawsze pytanie jest teraz o to, czy i w jakim stopniu wojna na Bliskim Wschodzie została w nich uwzględniona. W przypadku EBC to projekcja pracowników Eurosystemu i zostanie zapewne jasno zakomunikowane, jakie przesłanki i na jaką datę zostały w niej wzięte pod uwagę. W przypadku Fed jest to synteza osobnych projekcji członków FOMC, więc mogą być pomiędzy nimi znacznie większe rozbieżności.
Najciekawszy będzie natomiast ogłaszany po posiedzeniach bilans ryzyk. Dowiemy się - po raz pierwszy od wybuchu wojny - jak bankierzy centralni postrzegają zagrożenia dla inflacji i wzrostu. Czy większą wagę przypisują do zagrożeń dla inflacji, czy dla wzrostu? Który scenariusz wydaje im się najbardziej prawdopodobny? Czy monitoring bieżącej sytuacji - prowadzony przecież przez banki centralne - daje wskazówki co do przebiegu procesów gospodarczych? Nie będzie dziwne, jeśli bankierzy centralni powiedzą, że sami mają więcej pytań niż odpowiedzi.
Jacek Ramotowski

















