Reklama

Katastrofa VAT-u jest już faktem: czy polecą za tym czyjeś głowy? Katastrofa VAT-u jest już faktem?

Komisja Europejska potwierdza katastrofalny stan najważniejszego źródła dochodów budżetowych państw Unii: straty w dochodach z VAT-u, wynikające z masowych oszustw i zorganizowanej, często po cichu afirmowanej przez władzę "działalności optymalizacyjnej", wyniosły w 2013 r. około 170 mld EURO, czyli ponad 15% dochodów z tego podatku państw UE.

Co rok jest gorzej również w Polsce - co przyznają zgodnie wspólnotowi biurokraci. Dobrze, że pojawiają się raporty podmiotów zewnętrznych, bo nasze, krajowe analizy alarmujące od 2009 roku o postępującej katastrofie tego podatku, są oficjalnie lekceważone lub przemilczane.

Co najważniejsze spotykają się nawet z aroganckimi komentarzami rządzących: przypomnę, że gdy w 2010 r. pojawił się w Sejmie opozycyjny projekt nowej ustawy o tym podatku, który miał na celu nie tylko eliminację występujących w nim luk, lecz przede wszystkim wzrost dochodów budżetowych bez podwyższenia stawek, ówczesny minister finansów pozwolił sobie w mediach na elegancki komentarz, że "to PiS na wodę, fotomontaż" (projekt był złożony przez kilku posłów tej partii). Na tyle było go stać, taki był poziom pożal się Boże "debaty publicznej" na temat podatków w wydaniu "najlepszego z ministrów finansów".

Reklama

Z tym podatkiem dzieje się od lat coś wyjątkowo niedobrego, a ten rok jest już tak zły, że resort finansów nie może ukryć klęski. Ma on swój "twórczy udział" w katastrofie, bo przedkładał projekty, które zwiększały tylko kwotę strat.

Przykładowo od połowy tego roku stworzono lukę, która "trafiła pod strzechy". Wie o niej każdy podatnik: wystarczy pozbierać po znajomych paragony fiskalne za konsumencki zakup paliw silnikowych, pójść na stację benzynową wymieniając te paragony na faktury i odliczyć połowę VAT-u. Proste? Mimo formułowanych publicznie ostrzeżeń, że tak się stanie, nikt nie podjął próby prawnej eliminacji tego zjawiska np. poprzez zlimitowanie ilości odliczonego paliwa: wystarczyło tylko zmienić dziurawe przepisy.

Od 2011 roku zwiększono również listę towarów, od których w obrocie krajowym nie płaci się VAT-u (zaczęło się od złomu, potem dodano stal i miedź, teraz pozostałe metale kolorowe i elektronikę), mimo że każdy, kto ma jakieś pojęcie o tym podatku wie, że tzw. odwrotne obciążenie oznacza tylko bezwzględną utratę dochodów budżetowych.

Wiem, że się głupio czepiam, bo projektodawcy tych przepisów wiedzieli co czynią, robiąc dobrą minę do złej gry, a prawem podatkowym faktycznie rządzą lobbyści pod rękę z międzynarodowym biznesem doradczym.

Rząd już faktycznie przyznał się do klęski, bo założenia budżetu na przyszły rok przewidują drastyczne zwiększenie deficytu. Najbardziej zastanawiające jest to, że autorzy tej klęski stroją się w piórka ... obrońców interesu fiskalnego naszego kraju, jednocześnie popierając pomysły byłego prezydenta, aby "wszystkie wątpliwości rozstrzygać na korzyść podatników". Pytam się: których podatników? Czy również tych, którzy specjalizują się w optymalizacji podatkowej? Przecież oni będą głównymi beneficjentami tej zasady, jeśli oczywiście jakieś szkodniki wprowadzi ją w życie.

Trzeba wyrzucić na śmietnik obecną ustawę o podatku od towarów i usług, a Polska, nie oglądając się na impotencję koncepcyjną unijnych biurokratów, musi zacząć ratować swój podatek. Potrzeba nam nowej ustawy, na którą nie będzie mieć wpływu ani klika lobbystów, ani "renomowane" (tak siebie same nazywają) firmy zajmujące się optymalizacją podatkową, która tu polega głównie na wyłudzania zwrotów tego podatku.

Ciekawe, czy ktoś poniesie odpowiedzialność polityczną za ten stan rzeczy? W bajeczkach o "zachodniej demokracji" minister finansów, który nie zapobiegał tej klęsce, podaje się do dymisji lub traci stanowisko. Gdyby Pani Premier zdobyła się na ten ruch, zaskoczyłaby opozycję, uwiarygodniła swoją deklarowaną stanowczość i poprawiła swój wizerunek.

Nie byłby to również ruch rodzący ryzyko wewnątrzpartyjne, bo obecny minister finansów nie jest politykiem , lecz "fachowcem", więc może go bez bólu poświęcić. Byłby to rzeczywisty dowód, że rząd dba o finanse publiczne i pozbywa się tych, którzy im szkodzą.

Widzę jednak, że się zupełnie zagalopowałem, odrywając się kompletnie od naszej polskiej rzeczywistości. Bo, żeby odwołać ministra finansów trzeba go najpierw mieć. A czy my mamy ministra finansów? Sądzę, że od co najmniej ośmiu lat jest to faktycznie urząd wakujący.

Witold Modzelewski

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego

Instytut Studiów Podatkowych

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »