Kiedyś to może wypróbuję, a na razie od czasu do czasu funduję sobie noce nieprzespane, na przykład do trzeciej czy do czwartej nad ranem. To ma w sobie same zalety. Bo ile rzeczy może się wtedy zdarzyć. A przecież podobno żałujemy najbardziej tego, czego nie zrobiliśmy, a nie tego, co zrobiliśmy. Tyle tylko, że następny dzień zaczyna się bardzo, bardzo ciężko. Niby od rana, ale nie od rana.
Dane i informacje wystawione na sprzedaż. "Co dzieje się w społeczeństwie, które pozwala na takie zachowania?"
Od razu, jak memento, wpada tej ostatniej nieprzespanej nocy niedoczytana w weekend gazeta. A w niej wywiad z panią profesor Dominiką Dudek, psychiatrą, specjalistką od depresji. "Jeszcze kilkanaście lat temu zaburzenia snu traktowaliśmy przede wszystkim jako objaw depresji. Dziś wiemy, że one często ją wyprzedzają. Jeśli w porę się nimi zajmiemy - zadbamy o stałe pory snu, także w weekendy, o poranną ekspozycję na światło dzienne - to możemy zapobiec rozwojowi choroby". Myślę, że naprawdę trzeba się tym zająć. Ale jeszcze nie dzisiaj i nie jutro, zapewne.
Przypominam sobie jeszcze, że 23 lutego to Światowy Dzień Walki z Depresją. I to, że pewien dziennik wysmażył paskudny artykuł na temat Szymona Hołowni, który co prawda szybko wycofano, ale jednak on powstał i został opublikowany. Co dzieje się w społeczeństwie, które pozwala na takie zachowania? Dobrze, że Naczelna Rada Lekarska zareagowała, ale praktycznego znaczenia to nie będzie miało. Zachodzi, nie wiem nawet jak to zakwalifikować, albo barbaryzacja, albo darwinizacja, albo może łagodniej i w inny sposób - totalne wystawienie na sprzedaż wszystkiego, wszelkich danych i informacji, bo taki jest ogólny model konkurencji, rywalizacji, rozwoju, może nawet rozwoju w pozytywnej konotacji? Tym się trzeba zajmować, bo bycie dwudziestą gospodarką świata rzecz jasna nie daje gwarancji, że aura społeczna będzie zdrowa. A aura jest kluczowa i naprawdę istnieje.
Wracam do rozmowy z panią profesor Dudek: "Poza tym każdy człowiek ma wokół siebie coś, co nazywam rodzajem aury. Absolutnie nie mam na myśli nic czarodziejskiego, żadnej obwódki wokół siebie, tylko coś trudnego do zwerbalizowania, co czujemy w osobistym kontakcie".
Jaka jest ta aura polska, jeśli w ogóle zbiorowość wytwarza coś takiego, myślę sprawdzając godzinę. Jest trzecia i prawie odkładam tę gazetę, ale wpada mi w oko jeszcze jeden wywiad, z wiolonczelistką Dobrawą Czocher. Czytam i wiem od razu, że to ktoś bardzo interesujący, nie wiem czy z aurą od razu wyczuwalną, czy nieco skrytą, ale na pewno złożoną tylko z pozytywnych pierwiastków. Przerzucam się na YouTube, bo teraz muszę chociaż przez chwilę zobaczyć ją, jak Dobrawa (jakie imię!) gra i posłuchać tej muzyki.
Z taką Rosją będziemy mieć do czynienia. "Przypadkowy chłopaczek z rządu"
Może trzeba by wreszcie spróbować pójść spać, ale na YT widzę też reportaż Marii Wiernikowskiej z Rosji. Tak, ten słynny, bo wywołał przecież burzę wielką. Nawet się dziwię, że dotąd go nie obejrzałem.
Najpierw pierwsza część, potem kolejne. Ta pierwsza wypada nieco słabiej, ale ogólnie reportaż to czysta wybitność. Myślałem, że ten gatunek już dawno umarł. Może zresztą i umarł, ale Wiernikowska wskrzesza go w imponującym stylu. Tu nie ma efekciarstwa, blichtru, przesady i hiperboli, żeby tylko masy kliknęły. Tu jest odwaga, umiejętność zaczynania rozmowy z ludźmi, którzy najczęściej patrzą na ciebie z rezerwą lub z ledwie skrywaną niechęcią, bo widzą przecież, że są nagrywani. Dlatego też jest tam szereg momentów, gdy ci ludzie mówią chyba coś pod tę kamerkę właśnie. Przecież wiedzą, że to gdzieś "pójdzie", ale zapisanie tych słów i wyrazów twarzy, właśnie poprzez hipokryzję i brak otwartości, również komunikuje prawdę o dzisiejszej Rosji. A poza tym płaszczem pewnej sztuczności są też urywki przejmujące, jak rozmowa z dwudziestolatkiem gdzieś na Syberii.
Dochodzi czwarta. Myślę o tym, co powiedziano dotąd o tej wyprawie rosyjskiej Marii Wiernikowskiej, zaprezentowanej w Kanale Zero, co też trzeba podkreślić. Sprawdzam komentarze pod syberyjską częścią reportażu. Dobrze się to czyta, ludzie piszą, że to wspaniałe, poruszające, prawdziwe. Takie jest moim zdaniem rzeczywiście. I nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, jak można to obrzucać hejtem albo druzgotać krytyką. To znaczy rozumiem i nie rozumiem, bo czego innego można spodziewać się po rzeczniku rządu, który zdaje się nie ma żadnego doświadczenia życiowego, bo z żadnym profesjonalnym wyzwaniem się nie zmierzył, oprócz wyzwań politykierskich oraz ewentualnie retorycznych, od zawsze będąc działaczem. Ale Bianka Mikołajewska, zarzucająca, że Wiernikowska pokazała jedynie "fasadę"? Nie wiem, co jeszcze miałaby pokazać, wiem tylko, że chciałbym widzieć więcej takich fasad.
I koniec końców przychodzi zgodzić się ze Stanowskim, że Wiernikowska pokazała, jakim beznadziejnym krajem jest Rosja (choć tu bym uzupełnił, że ta "beznadziejność" powinna być dalej dekodowana i omawiana, ma wiele pod-znaczeń). A przede wszystkim z tym, że reportaż uświadamia, z jakim krajem-sąsiadem będziemy mieć do czynienia przez dziesięć czy dwadzieścia lat, a pewnie i dłużej. A to już jest kwestia poważniejsza, wykraczająca poza ocenę reportażu. Bo jeśli jakiś przypadkowy chłopaczek z rządu nie potrafi odbić się od swoich prostych jak budowa cepa klisz, to może w ogóle taki chłopaczek nie potrafi rozpoznawać rzeczywistości w punktach, gdzie mnie osobiście, a wraz ze mną zapewne milionom współobywateli, zależałoby na tym, żeby ów chłopaczek coś jednak pojmował na nieco głębszym poziomie intelektu.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.













