Tymczasem w warunkach polskich działanie deregulacyjne przypomina wtaczanie głazu na wierzchołek góry przez Syzyfa. Co się uda wtoczyć, to zaraz się zsuwa.
Syzyfowa deregulacja po polsku
Jak bowiem inaczej skomentować najnowszy pomysł płynący bodajże z Ministerstwa Finansów (albo jakiegoś innego, doprawdy jest to w tym najmniej istotne, bo pomiędzy resortami panuje wyjątkowo spójność, jeśli chodzi o "wyrafinowanie" reformatorskie). Dający prawo inspektorowi z inspekcji pracy, czy jak się to nazywa, do zakwalifikowania indywidualnej działalności gospodarczej jako w istocie zatrudnienia na podstawie stosunku pracy. Ze skutkami sięgającymi lat wstecz.
Niech się coś takiego zdarzy, to koszmar podatkowy przedsiębiorcy, współpracującego z takim (zdaniem owego inspektora) niby-podmiotem gospodarczym, a tak "naprawdę" pracownikiem (według prawdy ogłoszonej przez urzędnika), może praktyce zagrozić funkcjonowaniu i trwałości firmy.
I doprawdy jaki ma sens uporczywość w dążeniu do arbitralnego stwierdzenia, czy w danym przypadku przedsiębiorcę da się uznać za pracownika (zapewne przypadków odwrotnej kwalifikacji by nie było?), skoro na obu państwo nakłada podatki. Łącznie z tymi, których nie nazywa się podatkami, lecz są nimi przecież w całej rozciągłości, na czele ze sławetną składką zdrowotną.
A że istnieją różnice między modelami opodatkowania? A kto, przepraszam bardzo, natworzył tyle tych modeli, metod, podstaw, stawek, katalogów zwolnień i tego całego bałaganu? Z księżyca to nie spadło, krasnoludki tego też nie przywiozły. Może więc zamiast wpadania na pomysły coraz to bardziej policyjnych i drastycznych metod ustalania jakiejś heglowskiej prawdy i sprawiedliwości, nastąpiłoby zredukowanie tych wszystkich wariacji do postaci prostego, przejrzystego, uczciwego i sprawiedliwego systemu podatkowego? Tak, aby jednym z głównych motywów podejmowania decyzji o takiej czy innej formule prowadzenia aktywności zawodowej nie była odtąd kwestia podatkowa?
Nie jest tutaj najważniejszym problemem to, że taka koncepcja powstała w czyjejś głowie. Nie jest najważniejsze również to, że już przybrała ona postać nowej melodii urzędniczej i stała się tematem w mediach (choć to też żałosne, bo mamy ważniejsze tematy, na których należałoby się skupić). Kluczowe w tej sprawie jest to, że pokazuje ona prawdziwą twarz opowieści o deregulacji.
Kultura regulacyjna zamiast pozornych reform
Deregulacja, jak się okazuje, nie wystarcza, bo zamienia się w daremny trud Syzyfa. Jedni coś wtoczą na tę górę, co drudzy sprytnym kopnięciem zaraz z niej zepchną. Deregulowanie to nie czynności techniczne i eksperckie. To przede wszystkim pewien rodzaj polityki regulacyjnej i polityki w ogóle, pewien poziom kultury i edukacji wykraczającej poza wiedzę o sposobie dochodzenia do prostych celów technicznych. I właśnie tym arsenałem środków w Polsce nie dysponujemy.
Być może jest też tak, że animuszu do wymyślania głupich i antygospodarczych rozwiązań dodaje obecna wielkość polskiej gospodarki. Bo skoro jesteśmy tym dwudziestym krajem świata w kategorii wartości PKB, to znaczy, że coś jednak robimy dobrze?
To alibi jest jednak tylko ułudą regulatorów. W ostatnich latach polska gospodarka rozwijała się przede wszystkim wbrew, a nie dzięki zrealizowanym inicjatywom regulacyjnym. A poza tym istnieje szereg przykładów krajów znacznie ważniejszych na mapie polityczno-gospodarczej świata niż Polska, gdzie obserwujemy symptomy, a nawet całe serie działań antyregulacyjnych czy deregulacyjnych.
Taki na przykład amerykański rynek papierów wartościowych mógłby spokojnie spać na laurach i obcinać kupony, bo jest najpotężniejszym rynkiem kapitałowym świata. Ale przeciwnie - w USA chcą zmniejszyć częstość raportowania do inwestorów przez spółki giełdowe oraz odebrać akcjonariuszom niektóre narzędzia wywierania przez nich presji na zarządy spółek, łącznie z prawem ich pozywania. I jest to proponowane przez amerykańską Komisję Papierów Wartościowych i Giełd, po przewietrzeniu jej kierownictwa przez Trumpa. Co oczywiście prowokuje dyskusję, bo zmiany nie są jednoznacznie korzystne. Mówi się na przykład, że jeśli spółki giełdowe będą publikować raporty finansowe raz na sześć miesięcy, a nie co kwartał, to duzi akcjonariusze sobie poradzą, bo i tak nie stracą dostępu do kluczowych informacji (na przykład do informacji o płatnościach z kart kredytowych). A drobni inwestorzy będą mieć pod górkę, bo dla nich rynek stanie się mniej transparentny.
Można sobie podyskutować, ale wygląda na to, że walec rewolucji toczy się w jednym dającym się w miarę jednoznacznie określić kierunku. A w Polsce zamiast tego w koło Macieju. A taki kręcący się w kółko walec zużywa przecież wiele energii.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.












