James Barr. Władcy pustyni. Jak Wielka Brytania rywalizowała ze Stanami Zjednoczonymi o dominację na Bliskim Wschodzie. Przeł. Jacek Sikora. Wydawnictwo Poltext. Seria Prześwity. Warszawa 2026
Tak naprawdę to po zakończeniu drugiej wojny światowej powinna wybuchnąć kolejna. Wojna pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią. Jej początkiem powinien był być Egipt, albo Iran, albo Arabia Saudyjska, albo Irak. Iskier sypało się tam co niemiara przez całe lata 50. i 60. Iskry te winne były zapalić cały stojący na ropie naftowej region między Suezem a Persją. A nie zapaliły go tylko dlatego, że trwała zimna wojna i zarówno Waszyngton (z wyrachowania), jak i Londyn (z bezsilności) zamiatały swoją rywalizację w regionie pod dywan. Ale działo się tam pod dywanem, oj działo!
Historia mniej znana. Wielcy alianci w sytuacji ostrej konkurencji
Niestrudzony badacz dziejów Bliskiego Wschodu Anglik James Barr ma dla nas na ten temat bardzo pouczającą książkę "Władcy pustyni". To w zasadzie naturalna i chronologiczna kontynuacja pracy "Linia na piasku" przedstawiającej pierwszą (brytyjsko-francuską) fazę współczesnej rywalizacji o Bliski Wchód z lat 1915-1949. Nakładem "Prześwitów" mamy już po polsku obie części tej opowieści. I niniejszym zachęcam do przeczytania obu.
Ta nowsza (czyli "Władcy pustyni") jest bardziej zaskakująca, bo opowiada historię mniej znaną. A więc właśnie to, jak wielcy alianci zaraz po pokonaniu Hitlera znaleźli się na Bliskim Wschodzie w sytuacji ostrej konkurencji. Wielka Brytania wciąż trzymała region faktycznie w garści. Zarówno politycznie - jak i gospodarczo. Dość powiedzieć, że u progu lat 50. ogromna większość eksploatacji ropy znajdowała się w rękach brytyjskich firm. Amerykanie nie zamierzali jednak tego zbyt długo tolerować. Jeszcze w latach 40. przystąpili do operacji wysadzania Angoli z siodła, mocno inspirując ruchy nacjonalistyczne i niepodległościowe w całym świecie arabskim. Ruchy te były oczywiście antybrytyjskie. Kalkulacja była taka, że w miejsce Brytyjczyków wejdą oni i ich pieniądze.
Amerykanie skubali Brytyjczyków bez większych skrupułów
Tworzyła się z tego przedziwna mieszanka. Oficjalnie Waszyngton i Londyn byli oczywiście sojusznikami tworzącymi fundament NATO. Oba kraje - oficjalnie - bardzo obawiały się, by w regionie Bliskiego Wschodu nie rozprzestrzeniał się radziecki komunizm. W praktyce jednak Amerykanie skubali Brytyjczyków bez większych skrupułów. A wspólne akcje - jak na przykład obalenie Mosadeka w Iranie w 1953 roku - były raczej wyjątkiem potwierdzającym regułę. Z resztą nawet w przypadku Iranu amerykańskie zakulisowe działania doprowadziły do tego, że Mosadek w ogóle mógł w Teheranie na fali antybrytyjskości zaistnieć. Z resztą podobnie jak Nasser w Egipcie.
Ostateczna zemsta Albionu przyszła na początku lat 70. I była mocno paradoksalna. Laburzystowski rząd Harolda Wilsona zdecydował wówczas o radykalnym i oficjalnym wycofaniu się Londynu z rywalizacji o Bliski Wschód. Amerykanom się to… nie spodobało. "Na miłość Boską. Jesteście Brytyjczykami. Zachowujcie się jak Brytyjczycy!" - miał powiedzieć amerykański sekretarz stanu swojemu brytyjskiemu odpowiednikowi. Waszyngton nie był zachwycony decyzją o całkowitej dezercji. Trwała wojna w Wietnamie (która Amerykanom nie szła) i panowało przekonanie, że cała zimnowojenna rywalizacja przechyla się na korzyść ZSRR. Rejterada Londynu wpisywała się w niedobry dla Zachodu trend. Choć przecież była oczywistą konsekwencją opisanej przez Barra polityki osłabiania i upokarzania Brytanii w regionie świata arabskiego.
Kiedy więc odbieramy dziś sygnały o brytyjskiej niechęci dla wsparcia Trumpa i Netanjahu w ich antyirańskiej eskapadzie, to miejmy na uwadze tamten historyczny kontekst. Bo bez prawdziwej historii ostatnich stu lat na Bliskim Wschodzie także ten konflikt pozostanie nieczytelny.
Rafał Woś
Autor prezentuje własne opinie i poglądy
Śródtytuły pochodzą od redakcji












