- Nowy rząd nie będzie szukał oszczędności u Polaków, dążąc do zabezpieczenia potrzeb finansowych państwa - obiecał Donald Tusk w expose. - Równocześnie państwo polskie nie będzie narażone na turbulencje finansowe - dodał, zapowiadając powołanie nowego organu: rady fiskalnej.
- Będziemy dawali ludziom pomoc tam, gdzie będzie ona potrzebna. Między innymi dlatego wprowadzimy radę fiskalną; ludzi neutralnych, którzy będą opiniowali wydatki w taki sposób, by nasza szczodra, hojna polityka społeczna, nie zagrażała stabilności finansowej państwa - kontynuował lider KO. - Polska stanie się państwem modelowym, godzącym potrzebę pomocy i stabilności państwa - zapewnił.
To i tak by się stało. UE będzie wymagać powołania rady fiskalnej
Zapowiedzią tą Polska niejako wychodzi naprzeciwko konkretnym oczekiwaniom Unii Europejskiej. Bruksela już zimą br. zaczęła opracowywać nowe wytyczne w kwestii zarządzania przez państwa członkowskie swoimi budżetami. Zakładają one m.in. to, że każdy kraj UE będzie musiał wprowadzić nową instytucję - radę fiskalną. Według definicji stosowanej m.in. przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, rada polityki fiskalnej to gremium, w którym zasiadają niepartyjni eksperci posiadający wiedzę, kwalifikacje i doświadczenie niezbędne do stałego monitoringu i doradztwa w zakresie realizacji finansów państwa.
- Wiele zależy od tego, jak ta rada będzie umocowana; jakimi narzędziami będzie dysponować i czy będzie posiadać zaplecze merytoryczne - mówi Interii Biznes Hanna Cichy, szefowa działu gospodarczego Polityki Insight.
Eksperci z rady fiskalnej mają hamować zapędy wydatkowe rządu
Piotr Bielski, dyrektor zespołu analiz makroekonomicznych w Santander Bank Polska, wyraża nadzieję, że nowe gremium będzie miało przede wszystkim charakter ekspercki. - Zakładam, że będzie to ciało doradcze ekspertów; instytucja, która ma być swego rodzaju eksperckim weryfikatorem różnych pomysłów polityków na gospodarkę. Politycy mają wizje polityczne, mówią: "zróbmy to i to, a koszty są drugorzędne". Idea jest więc tutaj taka, że z boku będzie stał ktoś z założenia nie podlegający emocjom politycznym, a oceniający, czy dane polityczne plany są wykonalne z perspektywy stabilności finansów publicznych - mówi ekonomista.
Niezależnie od wiedzy i kompetencji członków takiego ciała doradczego, najważniejsze jest, aby rządzący faktycznie chcieli słuchać głosu specjalistów - podkreśla Hanna Cichy z Polityki Insight.
- Tak naprawdę w kwestii konstruowania polityki fiskalnej państwa najwięcej zależy od dobrej woli politycznej - zauważa. - To samo dotyczy ministerstwa finansów. Za poprzednich rządów Platformy Obywatelskiej minister finansów miał silną pozycję i potrafił powiedzieć "nie" innym ministrom, jeżeli ich plany wydatkowe stały w sprzeczności z polityką budżetową; nie spodziewam się jednak, że te czasy wrócą. Widzimy, że obietnice składane czy to w umowie koalicyjnej, czy w expose, są po stronie zwiększania wydatków.
Rada fiskalna się przyda - pod warunkiem, że rząd będzie jej słuchał
- Dobrze jest słuchać ekspertów i rząd generalnie powinien mieć zaplecze intelektualne - dodaje ekspertka. - Część tego zaplecza w naturalny sposób znajduje się już w ministerstwach; istnieje Rządowe Centrum Analiz czy Polski Instytut Ekonomiczny, które nowa ekipa mogłaby też dostosować do swoich potrzeb. Ostatecznie jednak wszystko zależy od tego, na ile się z tych narzędzi korzysta i czy chce się z nich korzystać. Samo tworzenie nowego ciała doradczego niekoniecznie musi coś zmienić w polityce.
Kolokwialnie rzecz ujmując, rada "może sobie radzić", a nowy rząd może robić swoje - chyba, że w konstruowaniu polityki fiskalnej uda mu się chociaż częściowo odrzucić motywacje czysto polityczne.
- Na koniec dnia wszystko sprowadza się do pytania o priorytety i do tego, na ile decydenci polityczni chcą patrzeć na długoterminową perspektywę - konkluduje Cichy. - A w tej czekają nas gigantyczne wyzwania - chociażby związane z kwestiami demograficznymi i tym, jak w obliczu starzenia się ludności będą rosły wydatki na służbę zdrowia, opiekę i emerytury. Jeśli jednak rządzący patrzą przede wszystkim krótkoterminowo, kierując się słupkami poparcia, to rady czy limity konstytucyjne nic nie dadzą. Limity mówią nam o tym, ile możemy się zadłużać, a częściej ważniejsze jest to, na co chcemy się zadłużać - i czy dodatkowe wydatki są potrzebne, przemyślane i efektywne, czy też mają być dosypaniem pieniędzy na konkretny krótkoterminowy cel.
Po expose wygłoszonym przez nowego premiera Donalda Tuska w Sejmie wiadomo już, że wspomniane dosypanie pieniędzy w 2024 r. stanie się faktem. Nowy rząd chce m.in. wywiązać się z obietnicy podwyżek dla nauczycieli i wszystkich pracowników sfery budżetowej, zrealizować zapowiedzi dotyczące wprowadzenia nowego świadczenia - "babciowego", a także dwukrotnie w ciągu roku waloryzować emerytury, jeżeli po pierwszym półroczu wskaźnik inflacji przekroczy 5 proc.
Na szali leży tutaj kwestia wiarygodności nowego gabinetu, który na starcie nie chce ryzykować poirytowania wyborców niedotrzymaniem obietnic złożonych w kampanii. Prawdziwy test dla sterników państwa, jeśli chodzi o rozsądne balansowanie między interesem politycznym a interesem państwa, przyjdzie zapewne w momencie konstruowania budżetu na 2025 r.











