Reklama

Rafał Woś: Dlaczego Czesi chcą popełnić (ekonomiczne) samobójstwo?

Na tle miotających się od ściany do ściany Czechów Polska wychodzi na oazę spokoju w regionie. Zwłaszcza, gdy chodzi o gospodarkę.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Odkąd pamiętam, Polacy mają kompleks Czechów. Oczywiście nie wszyscy. Ale wielu na pewno ma. Sąsiadom z południa zazdrości się nad Wisłą wielu rzeczy. Od piwnych hospudek, w których każdy drzemiący przy stole bywalec może być przecież nowym Bohumilem Hrabalem, po słynny szwejkowski pragmatyzm braci Czechów, dzięki któremu Praga wygląda jak Praga. A Warszawa jak Warszawa. Przez lata ta fascynacja Czechami rozciągała się też na gospodarkę, a nad Wisłą panowało przekonanie, że Czechom udało się jakoś lepiej przejść transformację z realnego socjalizmu do (nie mniej realnego) kapitalizmu. Mniej przy tym było krwi, potu i łez, a więcej luzu, spokoju i dystansu.

Reklama

Czesi wzorem do naśladowania? Czas z tym skończyć

To wszystko już chyba jednak jest zamierzchłą historią. I może już czas skończyć z tym patrzeniem na brać Czechów jako na uniwersalny wzór do naśladowania. Garść przykładów z ostatnich dni i miesięcy. Nie dalej jak wczoraj prezes czeskiego banku centralnego Ales Michl powiedział, że najlepiej by było... ograniczyć wzrost płac nominalnych w czeskiej gospodarce w 2023 roku. "Na przykład do 5 procent" - napisał 45-letni Michl, który kieruje czeskim bankiem centralnym od lipca tego roku, w swoim cotygodniowym felietonie na łamach dziennika "Mlada Fronda Dnes" (tekst dostępny także na stronie internetowej banku centralnego Czech).

Przyjrzyjmy się dokładniej argumentacji zaprezentowanej tu przez prezesa czeskiego banku centralnego. Jego zdaniem, aby zwalczyć inflację (obecnie 15-procentową) trzeba zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze, zatrzymać wzrost płac. Po drugie, zmniejszyć deficyt budżetowy - a więc i wydatki państwa. Do tego potrzebna jest - jego zdaniem - wiarygodność. Prezes Michl sam chce być tejże wiarygodności przykładem. Opisuje więc w tym samym tekście, jak to zmniejszył u siebie w banku wzrost płac z planowanych rok temu 8 proc. do 4,5 proc. Inni - powiada Michl - powinni iść dokładnie tą drogą. Wtedy problem inflacji uda się przewalczyć.

Z tą "genialną" strategią Michla jest jednak parę poważnych problemów. Po pierwsze - nie wszystko, co da się przeprowadzić na poziomie jednej instytucji jest możliwe i sensowne do wprowadzenia w całej gospodarce. Pracownicy czeskiego banku centralnego należą raczej do tych lepiej opłacanych pracowników tamtejszej gospodarki. Dla nich wizja realnego spadku wynagrodzeń w 2023 o 10-15 proc. jest wizją niedobrą, ale świat im się nie zawali. Na najbiedniejszych nie trafiło. Ale jeśli to samo miałoby spotkać wszystkich Czechów - w tym również tych niezbyt zamożnych - to by była przecież społeczna tragedia. Zwłaszcza, że akurat w Czechach płace nie nadążają za inflacją od bardzo dawna (w przeciwieństwie np. do Polski, gdzie płace realne rosły jeszcze latem). Za naszą południową granicą w samym 2022 pensje spadły w ujęciu realnym o 10 proc. I teraz co? Kolejny rok spadku na podobnym poziomie? Czy Michl w ogóle zdaje sobie sprawę co on proponuje. Przecież to przepis na wielką społeczną masakrę.

Czy walka z inflacją jest tego warta?

Po drugie - to nie jest tak, że realny spadek płac o jakieś 10 proc. (i to przez przynajmniej dwa lata z rzędu!) nie wpływa na całą gospodarkę. Michl chwali się tym, że ekonomii uczył się w wielu miejscach - w tym także w Londynie. Super. Tylko, że chyba opuścił te zajęcia, na których mówili o lekcjach z lat 20. i 30. XX wieku, gdy wysoka inflacja połączona z mrożeniem płac doprowadziła do zwrócenia się przez pół Europy w kierunku autorytaryzmu Mussoliniego i Hitlera. A drugie pół nie zrobiło tego tylko dlatego, że poszli za radami Anglika Johna Maynarda Keynesa, który przekonywał, że ciągłe ubożenie szerokich mas społeczeństwa przekłada się na brak popytu (bo ludzie nie mają pieniędzy). Co z kolei pociąga za sobą kłopoty przedsiębiorców (bo nie mają komu sprzedawać) - a więc także brak koniunktury. Przepis na długotrwały kryzys i depresję gwarantowany. Czy walka z inflacją jest tego warta? Michl zdaje się w ogóle nie zadawać sobie tego pytania.

Po trzecie, skąd pomysł, że mrożenie płac w ogóle zdławi inflację? Czy dzięki temu, że ludzie zbiednieją (bo spadek płac realnych to właśnie oznacza), spadną ceny surowców? Czy energia będzie tańsza? Czy przyspieszy to dywersyfikację energetyczną Europy? Oczywiście, że nie. Tę ostatnią raczej spowolni. Zwłaszcza, jeśli mrożeniu płac będzie towarzyszyło cięcie wydatków państwa. Co zawsze odbywa się również kosztem inwestycji publicznych.

I wreszcie po czwarte. Czeski kontekst jest taki, że Michl chce robić inną politykę monetarną niż jego poprzednik Jiri Rusnok (kierował bankiem centralnym w latach 2016-2022, a wcześniej był też premierem). Rusnok w ostatnim roku swojego urzędowania zasłynął ostrą podwyżką stóp procentowych - w ciągu roku (od połowy 2021 do połowy 2022) urosły one z poziomu bliskiego zeru do 7 proc. Ta "terapia szokowa" bardzo podobała się różnym naszym ekonomicznym liberałom. Na tle Pragi nasz NBP był w tym okresie ciągle krytykowany za ociąganie się z podwyżkami - NBP zaczął serie podwyżek kilka miesięcy po Pradze, a i dziś nasza stopa procentowa jest niższa niż u Czechów. Czy tamta końska kuracja i ostre podwyżki stóp pomogły czeskiej gospodarce zwalczyć inflację? Nie, nie pomogły. Ceny rosły w Czechach w tempie podobnym (a momentami nawet szybszym) niż w wielu krajach regionu. W efekcie po zmianie władz czeskiego banku centralnego (w lipcu 2022) nowy prezes banku centralnego - czyli właśnie nasz Ales Michl - zapowiedział zmianę nastawienia o 180 stopni. Teraz podwyżek stóp ma nie być w ogóle. Ale za to prezes proponuje mocne uderzenie w dynamikę płac. Od ściany do ściany - tak chyba trzeba podsumować czeską politykę pieniężną ostatnich miesięcy.

Na tym tle kraje takie, jak Polska, wydają się być oazą spokoju i dużo bardziej konsekwentnej polityki gospodarczej. Który model okaże się skuteczniejszy w stabilizowaniu sytuacji? Warto obserwować dalszy rozwój wypadków.

Rafał Woś

Autor felietonu wyraża własne opinie.

(śródtytuły pochodzą od redakcji)

Zobacz również:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »