Wielka Brytania w obliczu chaosu i blokady kraju. Strajkuje niemal cały sektor publiczny

Przed Brytyjczykami trudny okres świąteczny. Od początku grudnia strajkuje niemal cały sektor publiczny: pracownicy poczty, kolei, brytyjskiego PKS, część służb zdrowia a ostatnio również straż graniczna na największych lotniskach, w sumie około miliona osób. Wszyscy żądają tego samego - waloryzacji płac o wielkość inflacji, która na Wyspach przekroczyła 11 proc., najwięcej od 40 lat.

Wprawdzie nikt oficjalnie nie używa tej nazwy, ale brytyjskie media określają grudniowe akcje protestacyjne mianem pseudo strajkiem generalnym. Kalendarz protestów obejmuje wszystkie dni tego miesiąca. A im bliżej świąt, tym akcji przybywa. Na przykład 24 grudnia strajkują kierowcy publicznych sieci autobusów, kolejarze, egzaminatorzy nauki jazdy, pocztowcy i straż graniczna. W innych dniach pracę zawieszają też pielęgniarki, ratownicy medyczni i nauczyciele. 

Im gorzej tym lepiej

Jak donoszą brytyjskie media, wielu mieszkańców kraju rozważa rezygnację z wyjazdów na święta po tym, jak poparcie strajku zapowiedziało tysiąc funkcjonariuszy straży granicznej. Będą protestować na pięciu największych lotniskach: Heathrow, Gatwick, Birmingham, Manchester i Glasgow. Odmówili pracy w najgorętsze dni: od 23 do 26 grudnia a potem 28 grudnia. Niepewność wśród podróżnych zasiali też pracownicy kolei, głównie maszyniści. Pierwsza tura niemal tygodniowego strajku rozpocznie się w najbliższą niedzielę. Druga zaś - 25 grudnia, kiedy na dworcach panuje największy tłok. Przez 13 dni kursują na Wyspach nie wszystkie linie autobusowe. A tuż przed Wigilią paczek i listów nie będą roznosili pocztowcy. 

Reklama

Związek Zawodowy Pracowników Służby Cywilnej (Public and Commercial Services Union, PCS), jeden z uczestników strajków oświadczył, że akcja została zaplanowana tak, aby spowodować jak najwięcej niedogodności dla podróżnych. Kierujący organizacją Mark Serwotka zapowiedział, że jeśli strony nie dojdą do porozumienia, w Nowym Roku strajki będą eskalowane. PCS planuje bowiem zawrzeć porozumienie z innymi centralami związkowymi. - Twój gniew powinien być skierowany na Rishi Sunaka i rząd, który niszczy naszą gospodarkę - nawoływał Serwotka. 

Downing Street milczy

Mimo rosnącej presji niedawno wybrany premier nie znajduje rozwiązania. Na pytanie mediów, czy podczas Świąt Bożego Narodzenia Wielka Brytania zostanie zablokowana i czy rząd zamierza negocjować z sektorem publicznym, Rishi Sunak odrzekł, że nie zaoferuje związkom więcej pieniędzy na rozwiązanie sporów płacowych. Obliczono, że spełnienie żądań strajkujących i podniesienie im pensji o ponad 11 proc. kosztowałoby budżet 28 miliardów funtów rocznie. 

To dużo, ale obserwujący coraz bardziej napiętą sytuację podpowiadają rządowi, by poszedł na ugodę. Obawiają się bowiem powtórki z “zimy niezadowolenia”, kiedy to pod koniec lat 70-tych niskie podwyżki płac doprowadziły w Wielkiej Brytanii do fali protestów. Obliczono potem, że przez przestoje w sumie nie przepracowano 29 milionów dni pracy. “Nie stać nas na takie straty” - zapewniają brytyjskie media. Serwotka, lider PCS zapewnił, że rząd może w każdej chwili powstrzymać strajki, “wystarczy, że położy pieniądze na stole”.

Ewa Wysocka 


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »