Reklama

Woś: Zafałszowany rachunek za bycie w Unii

Krytycy Unii Europejskiej mają trudniej. I właśnie dlatego warto łaskawszym okiem spojrzeć na ich argumentację oraz wyliczenia.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Polexit to nasza współczesna teoria spiskowa. Zrodziła się po części z histerii i frustracji obozu antypisowskiego. A po części z zimnej kalkulacji liderów opozycji, że uda się przy jej pomocy nastraszyć Polaków i odzyskać utraconą władzę. Dziś hasło polexit jest już dla nich zbyt cenne, by jego heroldzi dali je sobie wyperswadować przy pomocy argumentów. Na szczęście twardy antyPiS to zaledwie niewielki (choć medialnie nadreprezentowany) wycinek społeczeństwa. Na szczęście więc rzeczowa rozmowa o Unii może się ciągle odbywać. "Rzeczowa", to znaczy taka, gdzie powiedzenie, że "Unia robi źle to czy tamto" nie powoduje natychmiast ataku białej gorączki i fali świadectw w stylu "Jestem Europejczykiem" albo "Ja zostaję!".

Reklama

Rzeczowa rozmowa o Unii jest koniecznością. Przede wszystkim dlatego, że przez lata jej po prostu... nie było. Bardzo dobrze można to pokazać na przykładzie wszelkich prób bilansowania naszego członkostwa w europejskiej wspólnocie. Ten rachunek - mówiąc zupełnie szczerze - nigdy nie był uczciwie liczony. Zazwyczaj pokazywana była tylko strona bezpośrednich zysków. Pokazywano na przykład dopłaty dla rolnictwa albo środki trafiające do Polski pod postacią funduszy spójności. Wszystkie te inwestycje oczywiście pieczołowicie oznaczano. Zaroiło się więc w Polsce od tablic "współfinansowane ze środków unijnych". Przekonanie o złotym deszczu unijnych pieniędzy miało zakotwiczyć się w głowach. I w wielu przypadkach się zakotwiczyło. Jeśli zaś komuś było mało, dodawano plusy z półki premium: powrót Polski do europejskiej rodziny, zakotwiczenie w strukturach euroatlantyckich, bezpieczeństwo od Rosji, stabilizacja złotego, stały wzrost ratingów, spadająca (czyli świadcząca o większej wiarygodności) wycena polskiego długu publicznego. I tak dalej.

I wszystko by było w porządku. Gdyby nie fakt, że w tym samym czasie w zasadzie nie mówiono o kosztach polskiego uczestnictwa w projekcie integracji europejskiej. A przecież koszty te były (a wielu przypadkach są nadal) bardzo realne. Wiele z nich zostało wręcz poniesionych "z góry". To znaczy jeszcze przed formalnym wejście do UE w roku 2004. Chodzi o konsekwencje szybkiego otwarcia polskiego rynku dla kapitału zagranicznego w latach 90. i wystawienie kiełkującej rodzimej prywatnej wytwórczości na konieczność konkurowania z niemieckimi, francuskimi czy holenderskimi korporacjami. Co przypominało sytuację, w której Wigrom Suwałki albo Pogoni Siedlce każe się konkurować z Bayernem Monachium albo Paris Saint Germain. Argumentując, że przecież grają "na własnym boisku". Jeśli więc kogoś zastanawia odziedziczona po polskiej transformacji dominacja dużego zagranicznego kapitału w takich branżach jak handel wielkopowierzchniowy i (do niedawna) bankowość, to tu właśnie znajdzie tego zjawiska przyczynę. To był rachunek zapłacony "up front" za nasze członkostwo w UE przez polskie firmy. Oraz przez tych firm pracowników, na których te nasze firmy musiały (żeby przetrwać) oszczędzać. Zyskując sobie niezbyt przychylną łatkę "Januszy biznesu". Oczywiście w przeciwieństwie do "dobrych zagranicznych pracodawców", co mogą bez problemu (ze względu na skalę działania) zapłacić lepiej. Takim kosztem był w wielu przypadkach także zakaz pomocy publicznej dla szeregu polskich wytwórców. Którzy nie radzili sobie na rynku i musieli ustąpić miejsca kapitałowi unijnemu. Stając się (w najlepszym wypadku) jego podwykonawcą. A w najgorszym znikając z rynku.

Ale przecież te koszty nie skończyły się po wejściu do Unii. Zmieniły tylko swój szatę. Dziś takim (coraz droższym) kosztem jest dostosowanie się Polski do (stale zaostrzanych) wymagań ekologicznych. A są to koszty olbrzymie i realne. Płacą je użytkownicy końcowi poprzez wyższe ceny prądu i gazu, płaci biznes ponosząc wyższe koszty produkcji i wreszcie płaci państwo, które próbuje wziąć na siebie część podwyżek i osłonić je obywatelom. Tak czy inaczej koszt jest. Nikt go jednak nie przedstawia jako koszt. Tylko jako "nowoczesność", "konieczność" albo "troskę o planetę". Ale przecież to jest koszt.

Mamy więc sytuację, w której cała masa polityków, naukowców i liderów opinii dowodzi, że to przecież oczywiste, że na Unii korzystamy. No jasne. Jeśli do rachunku nie wolno wliczać realnych kosztów to nic dziwnego, że będzie on pozytywny. Inaczej być przecież nie może.

Sposób na to jest tylko jeden. Powinniśmy dużo uważniej słuchać tych wszystkich, którzy próbują nam te koszty pokazać. Niestety reakcją na takie wystąpienia jest zazwyczaj histeria lub wrogość. Straszenie polexitem albo wręcz absurdalne oskarżenia o działanie na rzecz Rosji. To nic innego jak myślowy terror. A terrorowi nie wolno się poddawać.

Unia to nie jest żadna odwieczna mądrość. To nie jest też niepodważalny dogmat. Przeciwnie. Jej siła miała polegać na tym, że wszyscy uczestnicy wspólnoty mają poczucie, że coś od nich zależy. Im mniej jest w Europie takiego poczucia, tym gorzej dla Unii. Im więcej było w latach 2011-2015 niezadowolonych z przerzucaniu kosztów eurokryzysu na Grecję, Włochy oraz Hiszpanię tym gorzej dla Unii. Im więcej krajów które teraz czują, że są zamykane "zielonej klatce" jedynej słusznej polityki klimatycznej, tym gorzej dla Unii.

Lepiej się z tym zmierzyć niż potem płakać, że co pękło już się nie sklei. A bez mówienia o kosztach funkcjonowania w ramach integracji europejskiej z tym wyzwaniem się nie zmierzymy. Nie ma takiej możliwości.

Rafał Woś

Autor wyraża własne poglądy

Czytaj w Interii: Korzystamy na członkostwie w UE

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »