Reklama

Rafał Woś: Dlaczego potrzebujemy moratorium migracyjnego

Jeśli rządzącym faktycznie zależy na stałym wzroście polskich płac, czas na rozmowę o moratorium migracyjnym. Oczywiście najwięksi beneficjenci trwającej od połowy ubiegłej dekady migracyjnej wolnej amerykanki będą krzyczeć, że to ksenofobia. Takiej hipokryzji nie należy jednak ulegać.

Reklama

Temat migracji to przecież w gruncie rzeczy rozmowa o regulowaniu gospodarki. Możliwe są dwa modele. W jednym - nazwijmy go liberalnym - rynek jest niemal całkowicie pozbawiony reguł. Oczywiście istnieją w nim pewne formalne wymogi administracyjno-urzędnicze związane z zatrudnianiem migrantów. W gruncie rzeczy dopływ zagranicznej siły roboczej jest w tym modelu wyznaczany przez aktualne zapotrzebowanie rynku. Mamy dobrą koniunkturę? Strumień migrantów płynie szerokim nurtem. Gdy zaś gospodarka spowalnia, strumień odrobinę się zmniejsza. Ale przecież płynie nadal.  

Reklama

Niepodzielna hegemonia tego liberalnego modelu polityki migracyjnej nie jest dziełem przypadku. Istnieje ona dlatego, że bardzo podoba się dwóm potężnym grupom interesu. Jedną - oczywistą - są pracodawcy, którzy korzystają z mnogości tańszej i bardziej dyspozycyjnej pracy. Ta "rezerwowa armia pracy" naciska na pracowników, którzy pracę już mają (także na migrantów, którzy przyjechali wcześniej). 

Ta presja utrudnia światu pracy wszelkie próby polepszania swojego położenia (np. domagania się wyższych pensji albo przynajmniej lepszych warunków zatrudnienia). Pracodawcom zaś pomaga sięganie po niezawodny argument "nie podskakuj, bo na twoje miejsce mam dziesięciu takich". Im słabiej wykwalifikowany pracownik, tym łatwiej go w ten sposób szantażować. A im łatwiej go szantażować, tym większa szansa, by trzymać go pod butem. A więc przechwytywać większą część wytworzonej przez niego wartości.

Ale jest i druga - nieco mniej oczywista - grupa beneficjentów modelu liberalnej migracji. Czyli klasa średnia. To znaczy ta, która w codziennym życiu najmocniej polega na dostępności tanich usług, jak opieka nad dziećmi czy starszymi osobami zależnymi, sprzątanie, albo drobna i świadczona przez migrantów gastronomia. 

Im więcej migrantów, tym taniej. Rzecz jasna ani pracodawcy, ani (tym bardziej) klasa średnia nigdy nie przyznają się i nie powiedzą otwartym tekstem, że chcą migrantów właśnie dlatego, iż na ich istnieniu tak mocno korzystają. O nie! Będą raczej tworzyć wygodne racjonalizacje i posiłkować się wielkimi słowami. Właśnie po to, by jednocześnie korzystać z migracji i jeszcze na dodatek czuć się... lepszymi ludźmi. Tak, właśnie "lepszymi"! Otwartymi na inne kultury i pozbawionymi uprzedzeń wobec inności. Czasem idą oni jeszcze dalej i przekonują, że przyjmowanie migrantów i korzystanie z taniej pracy ukraińskiej sprzątaczki albo bengalskiego kuriera to wręcz... altruistycznie pomaganie biednym ludziom w realizacji ich życiowych pasji.  

To właśnie jest - z grubsza - wolnorynkowy model realizowany w Europie Zachodniej od lat 60 XX wieku. I wcześniej przed I wojną światową. W Polsce mamy go na serio od połowy ubiegłej dekady. Czyli od momentu stałego polepszania się polskiej stopy życiowej oraz wojny na Ukrainie. W ubiegłym roku model ten nieco osłabł przytkany pandemią (w 2020 r. wjechało do Polski 3,8 mln obywateli Ukrainy wobec 11 mln w roku 2019). Nie jest to oczywiście idealna miara, ma jedynie służyć zobrazowaniu trendu. Można też spokojnie założyć, że po zakończeniu pandemii powrócimy do tego, co było.

Problem z tym modelem jest oczywiście taki, jak z każdą deregulacją. Jest ona przedstawiana jako coś bezalternatywnego i obiektywnie słusznego. Niewielu chce jednak mówić o kosztach takiego funkcjonowania. A w tym konkretnym wypadku o tworzeniu permanentnej konkurencji dla słabiej sytuowanych grup społecznych. I to konkurencji trojakiej. Po pierwsze: o miejsca pracy. Po drugie o zasoby państwa dobrobytu (edukacja dzieci, opieka zdrowotna). Po trzecie zaś o dach nad głową - nie od dziś wiadomo przecież, że migranci nie osiedlają się w drogich dzielnicach klasy średniej i wyższej, lecz windują popyt (i ceny) na mieszkania w tańszych dzielnicach.

Oczywiście tych kosztów nie widać w czasie hossy. Albo przynajmniej widać je słabiej. Stają się widoczne i społecznie uciążliwe, gdy koniunktura siada. Bogaci i klasa średnia odwracają wtedy z niesmakiem wzrok. W końcu nie oni - przynajmniej nie bezpośrednio - dostaną pod nos rachunek za funkcjonowanie według opisanego tu modelu. Na ten rachunek złożą się koszty wolnorynkowego - i w gruncie rzeczy nieludzkiego - podejścia do migracji. Modelu, w którym kobiety i mężczyźni innych nacji i koloru skóry traktowani są jak (powiedzmy to sobie szczerze) nieludzie. Lecz jako dostarczyciele taniej i dyspozycyjnej siły roboczej. Potrzebnej bogatym tu i teraz. I przesuwanej niczym rzeczy z miejsca na miejsce. A co będzie potem? To już nikogo nie obchodzi.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

A przecież alternatywa dla tego modelu istnieje. Jest nią regulacja. Regulujemy sektor bankowy, bo nie chcemy jego absolutnej wszechmocy. Albo stosunki pracy, żeby nie mieć do czynienia ze współczesnym niewolnictwem. Analogicznie nie ma żadnego powodu, by regulacja nie miała mieć zastosowania wobec polityki migracyjnej. Aby zacząć o tym mówić, trzeba odrzucić szantaż każący uważać, jakoby każda regulacja sprawy imigranckiej była przejawem ksenofobii.

Po drugie, regulacja migracji nie znaczy oczywiście, że nie będzie żadnego dopływu, a granice zmienią się w nieprzekraczalne twierdze. Dobrze zorganizowane państwo wie (a właściwie powinno wiedzieć), jakiego typu pracowników mu naprawdę potrzeba. Studenci? Czemu nie. Specjaliści? Owszem tak. Ale przecież nie pracownicy niewykwalifikowani. Na import takiej siły roboczej powinno zostać nałożone w naszym kraju czasowe moratorium. 

Oczywiście pracodawcy będą krzyczeć, że się nie da. Albo, że "brakuje rąk do pracy". Nie dajmy się na to nabrać. Mówimy o kraju, gdzie nie mamy (i nie mieliśmy od 40 lat) pełnego zatrudnienia, zabezpieczenia socjalne są słabe, a poziom aktywności zawodowej nie tak znowu wysoki (choć rośnie). Na dodatek będziemy wychodzili z tarcz antykryzysowych obliczonych na utrzymanie zatrudnienia. Jednocześnie rząd deklaruje, że jego celem jest wzrost polskich płac i stałe zbliżanie ich do poziomu zachodnioeuropejskiego. Wszystkiego tego nie da się robić w warunkach takiego otwarcia na migrację, z jaką mieliśmy do czynienia przed pandemią COVID-19. 

Rafał Woś

Autor felietonu wyraża własne opinie.

Dowiedz się więcej na temat: migracja | imigracja | pracownicy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »