Reklama

Solidarni Zwyciężymy: "Brama przyjaźni"

- Dobro w ludziach jest - mówi w rozmowie z Interią Magdalena Listoś, sołtyska podkrakowskiej wsi Węgrzce, w której mieszkańcy postanowili szyć maseczki w czasach, gdy ich najbardziej brakowało. - Przez pandemię bardzo się zjednoczyliśmy - dodaje.

Zwykła brama. Wiele jest takich w Węgrzcach. Zwyczajowo przechodzi się obok takiej obojętnie, nie zwracając uwagi na kryjący się za nią dom. Tak by pewnie zostało, gdyby nie pandemia. Ta niczym niewyróżniająca się brama stała się symbolem współpracy, zaangażowania i pomocy innym w czasach koronawirusa. 

Reklama

Magdalena Listoś - sołtyska podkrakowskiej wsi Węgrzce - tłumaczy w rozmowie z Interią, że wszystko zaczęło się już w pierwszych dniach pandemii. Przybywało chorych na COVID-19, rząd wprowadzał kolejne obostrzenia i zasady bezpieczeństwa. Brakowało podstawowych środków ochrony osobistej - głównie maseczek. Grupa kobiet, które z czasem przybrała nazwę "Kobiety w koronie", postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Zaczęła szyć maseczki. Przede wszystkim dla mieszkańców. Z czasem, gdy okazało się, że wciąż ich brakuje w sklepach, szpitalach, domach pomocy społecznej, domach opieki, hospicjach czy w komisariatach, zaczęły dostarczać własnoręcznie uszyte maseczki tam, gdzie były najbardziej potrzebne. 

  - To od samego początku była inicjatywa oddolna. Mieszkańcy przywozili niezbędne materiały. Później dołączały kolejne sołectwa i zaczęliśmy wymieniać między sobą niezbędne rzeczy: gdzieś brakowało gumek, gdzieś był znów nadmiar materiału. Na jednym z portali społecznościowych pisało się czego brakuje i mieszkańcy szybko znajdowali u siebie niezbędne rzeczy wieszając je na ogrodzeniu - mówi Listoś. 

Kluczowe było bezpieczeństwo. Kontakt trzeba było ograniczyć do minimum. Dlatego niezbędne rzeczy do maseczek przekazywano wykorzystując do tego bramę domu sołtyski. 

- Chciałyśmy, żeby było bezpiecznie. Na ogrodzeniu mojego domu wieszaliśmy torebki świąteczne, ludzie przychodzili zapełniali je, zabierali - mówi Listoś. - U mnie było centrum koordynacyjne akcji. A moja brama nazwana przez mieszkańców została "bramą przyjaźni" - dodaje rozmówczyni Interii. 

Potem do inicjatywy dołączały kolejne sołectwa. W szczytowym okresie szyto maseczki w aż 19. - Przez weekend potrafiliśmy uszyć 1000-1500 maseczek. Priorytetem była pomoc mieszkańcom. To, co nam zostawało hurtem zawoziliśmy do szpitali, hospicjów, organizacji zajmujących się bezdomnymi - przypomina Listoś. 

Zwraca uwagę, że pandemia, która pomimo tego, że wywołała mnóstwo negatywnych emocji, głównie strachu o zdrowie najbliższych i przyszłość, zrobiła też wiele dobrego dla społeczności. - Dobro w ludziach jest. Ciekawe rzeczy się wydarzyły w tym czasie pandemii. Pan powiedział, że wszystkim paniom kupi kwiaty za ich pracę. Na święta każda z nas dostała piękny bukiet. Ludzie się bardzo zjednoczyli. Długo szyłyśmy te maseczki. Dopóki nie pojawiły się jednorazówki. Do tego czasu powyżej 20 tys. sztuk powstało - podkreśla Listoś. 

Inicjatywa rozbudowała relacje między mieszkańcami, którzy dowiedli, że potrafią działać prospołecznie. - I między sołectwami. U nas 30-35 pań było w to zaangażowanych. Jak współpraca rozszerzyła się na kolejne sołectwa gminy, połączyliśmy siły z sąsiednią gminą Michałowice lekko licząc 150 osób brało w tym udział. Każde z tych sołectw próbowało coś zrobić - dodaje. 

  Do koordynacji akcji wykorzystywano popularne aplikacje do komunikacji. Później powstał profil na portalu społecznościowym "Kobiety w koronie". I relacje z kolejnych etapów realizacji: do kogo i ile trafiało maseczek. Pani Magdalena przyznaje, że dla niej, jak i dla wielu mieszkańców była to po prostu ucieczka od lockdownu. - Oprócz aspektu pomocowego, ludzie czuli, że robią coś ważnego, zajmowali myśli. Czas mijał bardzo szybko. Budujące to było, patrzeć jak ludzie ze sobą współpracowali. Meczące też, roboty było aż nadto - przyznaje Listoś. 

Do akcji stopniowo przyłączały się kolejne osoby. Nie każdy umiał szyć. Czasami brakowało maszyny, igły się łamały... To wszystko trzeba było zorganizować. Dlatego dla każdego znajdowało się jakieś zajęcie. Jeśli nie szycie, to prasowanie, pranie, dezynfekcja lub transport. 

Wszystkie maseczki powstawały według jednego wzoru, który na początku wyszedł spod rąk pani Darii. - Zrobiłyśmy film instruktażowy. Kto nowy przychodził - dostawał pakiet startowy (śmiech) - mówi Listoś. Przyznaje, że dzisiaj wciąż jeszcze zdarza się, że w weekend panie z grupy "Kobiety w koronie" siadają i szyją maseczki. 

Inicjatywa społeczna "Kobiety w koronie" została wyróżniona w konkursie "Solidarni Zwyciężymy", którego organizatorem jest Polski Fundusz Rozwoju i Fundacja PFR. 

Interia

Materiał powstał we współpracy z PFR w ramach projektu "Solidarni Zwyciężymy".

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Dowiedz się więcej na temat: koronawirus
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »