W tymże artykule cytowany jest pewien profesor, twierdzący, że upadek zwyczaju, o ile nie - jak zwłaszcza dawniej - nawyku czytania książek obniża jakość myślenia. Bo książki uczą analizy pełnej niuansów i patrzenia na świat w sposób bogatszy.
To zresztą często podnoszony argument przemawiający za namawianiem dzieci i dorosłych do tego, by czytali książki.
Czytanie książek to coś więcej. Na szali tożsamość ludzi jako gatunku?
Profesor ma rację, ale zarazem ten pogląd brzmi nieco anachronicznie. Tak jakby nie wzięto pod uwagę tego, że sztuczna inteligencja potrafi dostrzegać złożone związki między rzeczami na takim poziomie, którego wielu ludzi nie jest w stanie osiągnąć lub choćby się do niego zbliżyć. A gdy modele AI posiądą umiejętności superludzkie, to wówczas przewyższą zdolnościami człowieka, choćby był nie wiem jak mądry i ile książek by nie przeczytał. Kwestia najdalej kilku lat.
A może czytanie dotyczy zagadnienia, które jest jeszcze ważniejsze, niż produktywność, efektywność, szybkość rozumowania i ogólnie jego jakość? Może teraz właśnie decyduje się, czy ludzie jako gatunek zachowają swoją tożsamość - intelektualną, emocjonalną, duchową? A także, czy będą nadal widzieli jakikolwiek sens we wchodzeniu ze sobą w interakcje?
Z rewirów tych wielkich słów zstąpmy na chwilę do zwykłej codzienności. Co weekend, kiedy czasu jest jakby więcej, zdarza mi się zastanawiać, czy na pewno wykorzystuję go właściwie, czytając prasę drukowaną. Po co to robić, skoro wszystko istnieje w sieci, skoro istnieje CzatGPT? A czytanie gazety zabiera sporo czasu. Tego się nie da zredukować przez szybkie przewijanie. To znaczy można, ale człowiek ma wtedy wyrzuty sumienia i sam się sobie dziwi, po co tę gazetę kupił.
Kojarzy się ten papier z opiniotwórczością, choć to już tylko ostatki dawnego statusu. Bo opinie dzisiaj wykuwane są wszędzie tam, gdzie istnieje technologiczna możliwość ich upublicznienia. Tak, technologia upubliczniania wszystkiego ułatwia dystrybucję opinii, ale też sprawia sama przez się, że ludzie w ogóle zabierają głos.
Mam wrażenie, że w ślad za tym przymiotnik "opiniotwórczy" najpierw się zdemokratyzował, a potem został wyeliminowany z obiegu, jako pachnący klasizmem. Przecież każdy może mieć opinię, dowolną i na dowolny temat, i każdy ma prawo poinformować o niej świat.
Boty przejmują internet. "W komunikacji istotna jest odpowiedzialność za słowo"
Paradoksalnie, im bardziej czerpiemy wiedzę z internetu, tym bardziej powinny zasługiwać na uwagę media "tradycyjne". Im bardziej internet jest nasycony algorytmami konstruującymi treści oraz modelami językowymi bezpośrednio je generującymi, tym cenniejsza powinna być wiarygodność.
Co prawda życie dogoniło kabaret i w internecie możemy przeczytać o dziwnych lub dziwacznych rzeczach, które, co najciekawsze, zdarzyły się naprawdę. Często nie ma więc żadnych podstaw do tego, by kwestionować to, co widzimy lub czytamy w sieci. I wcale nie musielibyśmy sięgać po jakieś bardziej wyszkolone w warsztacie dziennikarskim media, by się przekonać, gdzie leży prawda.
Zatem może nie o wiarygodność tu chodzi, lecz o podstawową zasadę komunikacji między ludźmi. A mianowicie tę, że zachodzi ona między ludźmi właśnie. A dzięki temu czy wskutek tego w komunikacji istotna jest odpowiedzialność za słowo.
Większość ruchu w internecie tworzą obecnie nie ludzie, lecz boty. Algorytmy sztucznej inteligencji stoją za tym, co możemy przeczytać, odsłuchać, zobaczyć. I są poważne podstawy do tego, by okazywać wobec tych treści ograniczone zaufanie. Zarówno co do selekcji faktów, jak i sposobu ich omówienia oraz zinterpretowania w powiązaniu z innymi faktami, prawdami, post-prawdami, manipulacjami i pospolitymi kłamstwami.
Istnieją jednakże nadal media, które zatrudniają ludzi jako swoich autorów.
Nie ma oczywiście żadnej gwarancji, że to, co oni piszą, jest wolne od wspomagania sztuczną inteligencją.
I nie ma też wątpliwości co do tego, że skoro do prowadzenia mediów zatrudnia się ludzi, to wnoszą oni do nich swoje przekonania, opinie, uprzedzenia, wręcz manifestacje swoich poglądów i tak dalej. Ta dyfuzja jest nieustająca i dokonuje się bezpośrednio, w odróżnieniu od sterowanej przez algorytmy, gdzie wpływ jest pośredni. Zależy, w stopniu coraz mniej dającym się określić, od tego, kto dany algorytm programuje. Dopóki jeszcze ludzka ingerencja ma miejsce, bo to się pewnie za chwilę wymknie spod kontroli.
Co wcale nie podważa mojego przekonania, że przed prasą, stacjami radiowymi czy kanałami telewizyjnymi - tymi, wydawałoby się, mastodontami z poprzedniej epoki - jest ciekawa przyszłość. O ile tylko z żelazną konsekwencją będą przestrzegały zasady, że w centrum ich działalności znajduje się człowiek.
Co dalej z gazetami, portalami i telewizjami? "Chodzi tu o coś więcej"
Nie jest oczywiście tak, że media tego typu mają jakiś wyższy i gwarantowany status lepszej przenikliwości, wiedzy, jakości komunikacji z odbiorcą. Nie mają. Są za to wyjątkowymi piastunami i zarządcami szansy zbudowania relacji między środkami "masowego przekazu" a odbiorcami. Na paradygmacie takiej relacji opiera się cała dawna kultura, ta nie-maszynowa. I tylko w takiej relacji może rozkwitać fenomen zaufania, zrozumienia, poznania. A także rozczarowania, zawodu czy krytyki, bo człowiek ma to do siebie, że popełnia błędy.
Pytanie jest zatem między innymi o to, czy wolimy bezbłędność maszyny, rozumianą jako brak anomalii w jej zaprogramowanym działaniu, czy też różnorakie defekty, przywary, niedoskonałości, objawiające się w ludzkiej aktywności.
Zbudować relację może tylko ten, kto sam nie jest maszyną, choć to nie wystarczy. Muszą być jeszcze pewne cechy profesjonalne, zaangażowanie, erudycja. Te w zasadzie już trącące myszką pojęcia i atrybuty są niezbędne, by media w szlachetnym rozumieniu dawały się odróżnić od łowców zasięgów.
W tym sensie i na tej bazie "dobre" (tak jak się mówi: "do kupienia w dobrych księgarniach") gazety, portale internetowe, stacje radiowe i telewizje mają szansę stawać się mediami jak najbardziej społecznościowymi. A może po prostu - społecznymi?
Pytanie tylko, i jest to pytanie dość dramatyczne, czy zezwoli na to kapitalizm. Nie kapitalizm tak po prostu, lecz kapitalizm cyfrowy, żywiący się algorytmami i modelami AI. Stale poprawiający relację kosztów do przychodów.
Ale próbować warto, bo chodzi tu o coś więcej.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.













