List Trumpa do premiera Norwegii świadczy o tym dobitnie. Przekroczono w nim granice żenady, wpadając w obszar niebezpiecznej dla świata groteski. W skrócie i parafrazując, ale tylko lekko: twój kraj nie przyznał mi nagrody Nobla, która należy mi się za moje kosmicznej miary osiągnięcia w zaprowadzaniu pokoju, w związku z czym podbiję Grenlandię, bo mniej mi teraz zależy na pokoju, po tej obrazie noblowskiej. Brzmi zupełnie jak list jednego wodza Wikingów do innego wodza Wikingów albo pismo Wielkiego Chana do Tatarów Krymskich. Historia powraca czasem jako farsa, a czasem jako groteska.
Donald Trump na szczycie w Davos. "Stanie oko w oko z tymi, których obraża, lekceważy"
Teraz Wielki Chan stanie oko w oko z tymi, których obraża, lekceważy, a może gardzi nimi, czyli z przywódcami unijnej Europy. Którzy z kolei ośmielają go do takich zachowań, będąc wobec Wiekiego Chana grzeczni, układni a nawet służalczy. Co prawda, ten pierwszy nie potrzebuje takich zachęt, bo gdyby tego potrzebował do legitymizowania swych słów i zachowań, nie byłby Wielkim Chanem.
Jednocześnie ta historia z Trumpem i jego świtą w Davos jest symbolem konferencyjnej mistyfikacji. Najgłośniejsze konwentykle, prezentowane jako fora biznesowe i gospodarcze, to zmyłka dla naiwnych. Zawsze w nich chodzi o politykę i polityków. Tak było również z konferencją w Davos. Nigdy nie była ona przedsięwzięciem podejmowanym w celu "poprawiania stanu świata", jak głosiła jej dumna dewiza. Notabene założyciel forum w Davos i jego przez lata omnipotentna postać nie prowadzi forum (w tym roku po raz pierwszy), ponieważ został odwołany z funkcji za nadużycia finansowe dla osobistych korzyści.
Podobnie jest na polskim podwórku. Konferencje niby biznesowe naszpikowane są polityką. Poniekąd trafnie, bo biznes jest od niej coraz bardziej uzależniony. Dlaczego jednak nie zdobyć się na nazywanie spraw po imieniu, choćby nieco opisowo i rozwlekle: biznes będzie się przymilał i robił sobie fotki, a politycy będą odgrywać rolę osób ważnych, zatroskanych i odpowiedzialnych. Będzie się nad tymi zaś unosić aura dialogu, przedstawianego jako epokowe osiągnięcie. Może wtedy i tej odpowiedzialności byłoby więcej?
"Teatrzyk" w finale Pucharu Narodów Afryki. "Wyczuwam tu jakąś grubą mistyfikację"
Teatrzyk wtargnął i na dobre rozgościł się także w piłce nożnej. Finał Pucharu Narodów Afryki, mecz Maroko (gospodarz) - Senegal. Ostatnie sekundy drugiej połowy, jest 0:0, za chwilę sędzia powinien odgwizdać koniec, po czym nastąpi dogrywka. Jednak nim to się stanie, dochodzi do rzutu karnego przyznanego Maroku, dość kontrowersyjnego. Co prawda historia futbolu składa się z wielu kontrowersyjnych karnych. Chwilę wcześniej Senegal strzelił bramkę, ale nie została ona uznana. Dyskusyjne. Ale cóż, w historii piłki roi się od takich przypadków, także w finałach wielkich turniejów.
Po tym wszystkim, gdy sędzia dyktuje jedenastkę przeciwko Senegalowi, piłkarze tej drużyny schodzą z murawy na znak protestu. Ściąga ich na nią z powrotem po iluś minutach Sadio Mané, grająca legenda senegalskiej i afrykańskiej piłki. Do wykonania karnego podchodzi Brahim Diaz, najlepszy strzelec Maroka i całego Pucharu Afryki. W zasadzie jest pozamiatane, bo co prawda karny to jeszcze nie gol, ale…No i jeśli strzeli, to Senegalowi pozostaną dosłownie sekundy meczu. Brahim Diaz strzela tak, jakby sposobem Panenki, lecz wprost w ręce bramkarza, który nie wykonuje niemal żadnego ruchu (oprócz złapania podanej mu piłki).
Wszystko jest tu dziwne: to, że bramkarz się nie rzucił, w żadną stronę i w ogóle prawie nie drgnął, a także to że Diaz zaraz po tym niestrzelonym karnym nie wykonuje żadnego gestu rozpaczy. Nie pada na boisko, nawet nie zakrywa twarzy dłońmi. Jest smutny, owszem, ale po prostu odwraca się na pięcie i biegnie w stronę środka boiska. A przecież przed chwilą zawalił zamknięcie meczu i tytuł mistrza Afryki. I to zawalił definitywnie, jak się okaże po pół godzinie, bo Senegal strzela bramkę w dogrywce i wygrywa 1:0. Można powiedzieć: piękno futbolu, a można też powiedzieć: dziwne to wszystko. I nie wiadomo, co o tym sądzić, naprawdę nie wiadomo, bo w internecie viralem staje się krótki filmik pokazujący twarz Gianniego Infantino (to ten szef FIFA, który będzie zapamiętany jako wręczający nagrodę dla Trumpa-budowniczego pokoju). Pokazujący ją dokładnie w chwili, gdy Diaz umieszcza piłkę w objęciach bramkarza Senegalu. I twarz Infantino na mój gust to nie jest twarz kibica Maroka, przeżywającego wielki zawód. To twarz człowieka przeżywającego to, że nadal na problem, a przecież już go miał nie mieć. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale wyczuwam tu jakąś grubą mistyfikację.
Akcja ratowania psów ze schronisk. "Są jeszcze oazy szczerości i prawdziwości"
Na szczęście są jeszcze oazy szczerości i prawdziwości. Trwa ostra zima. W Polsce przynosi ona dodatkowe, krytyczne dla życia cierpienia kotom i psom, tym bezdomnym, tym uwiązanym na łańcuchach, tym uwięzionym w okrutnych pseudohodowlach i tym w zmagających się z niedoborami wszystkiego schroniskach. Akcję ich ratowania - nie influencerskiego opowiadania, lecz ratowania - podejmuje Doda. Przytula, nakarmia, zaopatruje, zabiera w bezpieczne miejsca. I zachęca do tego innych. A także, co równie ważne, odkrywa, kawałek po kawałku, systemowość zła, którego sprawcami są niektóre instytucje publiczne i organizacje społeczne. Dorota, jesteś Wielka. Podobnie jak wielu innych ludzi, ratujących tych, co bez człowieka nie mają szansy na godne życie i przeżycie.
Ludwik Sobolewski
Autor felietonu wyraża własne opinie i poglądy.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.












