Kilka dni temu dostaliśmy dane dotyczące poziomu migracji zarobkowej w Polsce. Na koniec czerwca pracujących migrantów było u nas 1,1 miliona. W porównaniu z początkiem roku 2024 to wzrost o ponad 50 tysięcy, czyli o 5 procent. Jeszcze rok wcześniej (styczeń 2023 roku) migrantów zarobkowych było w Polsce koło miliona. Czyli o 100 tysięcy osób mniej niż dziś. Wśród grup najszybciej rosnących prymu nie wiedzie już wcale Ukraina. Najnowsi migranci w Polsce pochodzą z Kolumbii, Filipin, Indii oraz Nepalu. To oczywiście są tylko dane oficjalne.
Warto mieć te liczby w pamięci, słuchając deklaracji różnych przedstawicieli rządu Donalda Tuska, którzy nie ustają w przekonywaniu opinii publicznej, że po latach "PiS-owskiego otwarcia granic" oni te granice uszczelnili i zahamowali napływ migrantów do Polski. Oczywiście uśmiechnięci robią to, bo… mogą - po to było im potrzebne przejęcie mediów publicznych, by odzyskać propagandową przewagę i zapewnić swojemu rządowi medialne wsparcie - albo przynajmniej stan, w którym zaprzyjaźniony komentariat nie kontruje oczywistych kłamstw i nadużyć. Akurat w temacie migracji twarde dane mówią jednak coś innego niż politycy obozu Donalda Tuska. Widać w nich czarno na białym (a może być nawet i w kolorze), że migrantów jest dziś w Polsce więcej, niż było.
"Tacierzyństwo uśmiechniętej większości"
A będzie ich jeszcze więcej. W połowie przyszłego roku zacznie obowiązywać unijny pakt migracyjny. Kilka dni temu kolejni przyboczni premiera Tuska na wyścigi deklarowali, że "Polska będzie z jego zapisów zwolniona". Rzecznik rządu Adam Szłapka wyprzedził wszystkich w poziomie bezczelności, robiąc rolkę pod hasłem "mamy to, zatrzymaliśmy Pakt Migracyjny Mateusza Morawieckiego". No cóż - jedno kłamstwo w jednozdaniowej wypowiedzi polityka może i jeszcze przechodzi w tłumie. Ale zmieścić tam aż dwie nieprawdy, to już jednak wyczyn.
Bo przecież jest tak, że w rzeczywistości polski rząd ani nie "zatrzymał paktu migracyjnego", ani nie był to nigdy "pakt Mateusza Morawieckiego". Szłapka może oczywiście liczyć (i pewnie liczy) na ignorancję odbiorców, ale godzi się przypomnieć, że pakt migracyjny dostał zielone światło od Rady Europejskiej (czyli od szefów rządów państw UE) dokładnie 20 grudnia 2023 roku. Czyli równo tydzień po objęciu władzy przez gabinet Donalda Tuska. Sekwencja zdarzeń była więc taka, że Tusk wziął władzę i natychmiast pojechał do Brukseli, gdzie zgodził się na pakt migracyjny zobowiązujący wszystkie państwa członkowskie UE albo do przyjmowania kontyngentu migrantów, albo do wypłaty kar finansowych. Tusk - podobnie jak każdy inny przywódca UE - mógł ten pakt zablokować. Dokładnie tak, jak blokował go przez wiele miesięcy rząd… Mateusza Morawieckiego. Bo na tym etapie procedury obowiązywała jeszcze jednomyślność. Jest więc szczytem bezczelności, gdy rzecznik rządu Tuska próbuje to ukryć nazywając pakt dzieckiem Morawieckiego. Na szczęście, przypominając chronologię, możemy przeprowadzić tutaj swoisty test ojcostwa. I on jednoznacznie wskazuje na tacierzyństwo uśmiechniętej większości, która wzięła władzę w Polsce w roku 2023.
Ale to dopiero początek mijania się z prawdą. Fałszywe jest przecież także twierdzenie o "zwolnieniu Polski z paktu". A mówienie o jego zatrzymaniu to już jest kompletny odlot. Pakt ma się dobrze i wchodzi w życie w czerwcu 2026 roku. A wynikający z niego automatyczny mechanizm wymuszonej solidarności (albo przyjmujesz migrantów, albo płacisz) obejmuje nasz kraj tak samo jak wszystkich innych (prócz Danii i Irlandii, którzy mają specjalne regulacje). Jedyne co się w ostatnich dniach wydarzyło to zaliczenie Polski w poczet państw (obok Austrii, Bułgarii, Chorwacji, Czech i Estonii), które "stoją w obliczu znaczącej sytuacji migracyjnej ze względu na skumulowaną presję migracyjną z poprzednich lat". W związku z tym zobowiązania tych państw, które wyraziły chęć całkowitego lub częściowego zmniejszenia swoich wkładów solidarnościowych, zostały dostosowane. Mówienie o "zwolnieniu" czy "wyłączeniu" Polski z zobowiązań jest jednak zwyczajnie nieprawdziwe. To znów przekonanie, że publika łyknie wszystko - zwłaszcza, jeśli przyklepią to swoich stemplem zaprzyjaźnieni publicyści i komentatorzy.
"Rzeczywistość jest brutalnie realna"
Sytuację mamy więc następującą. Z jednej strony w Polsce jest coraz więcej migrantów zarobkowych. Z drugiej czeka nas w najbliższych latach mocna presja na przyjmowanie migrantów nielegalnych wynikająca z mechanizmów paktu migracyjnego. I jedno, i drugie jest przez rząd Tuska zagadywane i zamazywane. Ale to nie zmienia realności obu tych zjawisk.
Pytanie oczywiście brzmi, kiedy ludzie zobaczą i zrozumieją, że ktoś robi ich - by tak rzec - w bambuczko. I czy będzie im to przeszkadzało. Rządzący wierzą zapewne, że publika połapie się później niż wcześniej. I że nie wszystkim będzie to w równiej mierze wadziło. Oczywiście pierwsi odczują migracje pracownicy zarobkowi. Już dziś jest tak, że wzrost liczby migrantów (plus sto tysięcy w półtora roku) odpowiada z grubsza wzrostowi osób bezrobotnych w Polsce (plus sto tysięcy w rok).
I to jest rzeczywistość. A jej nie da się tak po prostu unieważnić. Nawet jak się ma większość w Sejmie, media publiczne w stanie likwidacji oraz elity symboliczne po swojej stronie. Bo ta rzeczywistość jest - wybaczcie zamierzony pleonazm - brutalnie realna.
Rafał Woś
Autor felietonu prezentuje własne opinie i poglądy
Śródtytuły pochodzą od redakcji














