W skrócie
- Pretekstem dla załamania cen kruszców było nominowanie przez prezydenta USA na stanowisko szefa Rezerwy Federalnej Kevina Warsha. Rynki nie były pewne, jaką będzie prowadził politykę monetarną, co wykorzystali ”łowcy okazji” z rynku metali szlachetnych.
- Zdaniem Ewy Manthey, analityczki w ING, wstrząs w notowaniach złota i srebra na przełomie stycznia i lutego nie był końcem hossy, lecz bolesnym, ale potrzebnym resetem.
- George Efstathopoulos z Fidelity Fund oświadczył, że jego fundusz sprzedał część udziałów w złocie tuż przed krachem. W tej chwili jednak bacznie obserwuje sytuację i szuka okazji do ponownego wejścia na rynek.
- Kilka instytucji finansowych - Société Générale, Deutsche Bank i WisdomTree - prognozuje, że cena uncji złota w tym roku wzrośnie do 6 tysięcy dolarów.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Najpierw dramatyczna przecena, a potem poważny ruch w górę i odrobienie części strat. Takie emocje na przełomie stycznia i lutego towarzyszyły inwestującym w złoto i srebro. Zdaniem wielu ekspertów, głęboka korekta spadkowa była pożądanym oczyszczeniem rynku, po którym możliwy jest w miarę szybki powrót do trendu wzrostowego.
Cenowe szaleństwo
We wtorek 3 lutego cena uncji złota w kontraktach na giełdzie w Nowym Jorku wzrosła o prawie 6 proc. (do 4 980 dolarów), co było największą dzienną zwyżką od listopada 2008 roku, czyli od czasu globalnego kryzysu finansowego. Następnego dnia ruch w górę był kontynuowany, a kurs w szczytowych momentach wyraźnie przekraczał 5 tysięcy dolarów. Faktem jest jednak, że notowania z początku tego tygodnia były odreagowaniem wielkiego załamania rynkowego i spadku z niebotycznego poziomu ponad 5 600 dolarów za uncję. W piątek 30 stycznia złoto zanotowało bezprecedensową przecenę aż o 10 proc.
W tym samym czasie trendy dla srebra były jeszcze bardziej szalone. W czwartek 29 stycznia uncja wspięła się na absolutne wyżyny i kosztowała ponad 121 dolarów. Jednak następnego dnia została przeceniona o 28 proc. Ten tydzień "księżycowy metal" zaczynał na poziomie 75 dolarów za uncję, ale już w środę 4 lutego na wykresach można było zobaczyć ruch w stronę 90 dolarów.
Skutki głośnej nominacji
Pretekstem dla załamania cen metali szlachetnych w samej końcówce stycznia było nominowanie przez prezydenta USA na stanowisko szefa Rezerwy Federalnej Kevina Warsha. Jeszcze niedawno uchodził on za monetarnego "jastrzębia", czyli przeciwnika szybkiego obniżania stóp procentowych. Jak wiadomo, metale szlachetne swoim właścicielom nie wypłacają żadnych procentów, zatem korzystni są dla nich prezesi banku centralnego, którzy tną stopy.
Wszystko wskazuje na to, że sprawa nowego szefa Fed była fałszywym alarmem. Kevin Warsh zmienił bowiem poglądy o 180 stopni. Inaczej zresztą nie zdobyłby zaufania Donalda Trumpa. Jak typowy "gołąb" w wywiadzie dla telewizji Fox News Warsh powiedział ostatnio: "dlaczego nie mielibyśmy znacznie obniżyć stóp procentowych i dzięki temu uzyskać przystępnych cenowo 30-letnich kredytów hipotecznych dla Amerykanów?".
Zamieszanie z nominacją w Fed wykorzystali "łowcy okazji", w tym banki inwestycyjne, inwestorzy detaliczni, a także fundusze z Chin. Cztery największe chińskie fundusze ETF oparte na złocie odnotowały we wtorek 3 lutego odpływ blisko miliarda dolarów, co stanowi największy jednodniowy spadek w historii i kontrastuje z rekordowymi napływami, jakie te same instytucje miały jeszcze tydzień wcześniej.
Kluczową rolę w wielkiej wyprzedaży kruszców odegrały banki inwestycyjne mające w bilansie kontrakty typu short, nastawione na spadek cen metali szlachetnych. Banki, a zapewne także liczni ich klienci, miały interes w jak największym spadku cen i jak najszybszym zamknięciu kontraktów.
Lawinę spadku notowań metali przyspieszyła decyzja giełdy CME Group o radykalnym podniesieniu depozytów zabezpieczających dla złota z 6 do 8 proc., a dla srebra z 11 do 15 proc. Pociągnęło to za sobą masową likwidację pozycji wykorzystujących dźwignię finansową. Wielu inwestorów zostało zmuszonych do gwałtownej wyprzedaży aktywów w celu pokrycia wezwań do uzupełnienia depozytu.
To nie musi być koniec hossy
Liczni analitycy podkreślają, że ostatni wstrząs cenowy na rynku złota na dłuższą metę nie zaszkodzi kontynuacji hossy. Jej kołem zamachowym jest bowiem niesłabnący popyt ze strony banków centralnych, zwłaszcza z rynków wschodzących, które dążą do dywersyfikacji rezerw i chcą odejść od dolara amerykańskiego. Dla banków centralnych "królewski metal" jest ochroną przed niebezpiecznym zdarzeniami geopolitycznymi, a także odpowiedzią na niestabilność globalnego systemu finansowego spowodowaną rosnącym zadłużeniem państw. JPMorgan szacuje, że banki mogą kupić w 2026 roku nawet 800 ton złota.
Światowa Rada Złota raportuje, że w 2025 roku całkowity popyt osiągnął rekordowy poziom 5 002 ton, a tendencja ta ma się utrzymać również w 2026 roku. Tymczasem podaż złota zapowiadana przez kopalnie rośnie bardzo powoli i nie nadąża za popytem inwestycyjnym. W tym roku wydobycie ma wynieść około 3 715 ton, a recykling metalu będzie niewystarczający, by zaspokoić potrzeby rynku.
Spokojnie, to tylko reset
Zdaniem Ewy Manthey, analityczki w ING, cenowy wstrząs na rynku złota i srebra na przełomie stycznia i lutego nie był końcem hossy, lecz bolesnym, ale potrzebnym resetem. Manthey twierdzi, że "rynek był przegrzany i za bardzo zatłoczony pozycjami spekulacyjnymi". Jej zdaniem, w średnim terminie metale szlachetne nadal będą zyskiwać na wartości, choć tempo wzrostu ma być wyraźnie mniejsze niż w ostatnich miesiącach. - Szybkie odbicie cen po wyprzedaży sugeruje, że presja sprzedażowa była przesadzona i w dużej mierze napędzana dźwignią finansową - oznajmiła analityczka ING.
Oryginalny punkt widzenia prezentuje Nitesh Shah z WisdomTree. Jego zdaniem, jesteśmy w tak nowej rzeczywistości rynkowej, że tradycyjne metody wyceny złota przestały działać. "Zmieniła się architektura finansowa świata. Stare modele wyceny tracą rację bytu w obliczu końca stabilnego porządku, który znaliśmy przez dekady. Dziś rynek wycenia coś znacznie poważniejszego: geopolityczny chaos, słabnący autorytet banków centralnych i zmierzch hegemonii dolara. Złoto zaczyna więc wyceniać permanentną niestabilność" - oznajmił Nitesh Shah.
Ekspert WisdomTree przypomina, że modele wykorzystywane przez analityków rynku surowców opierały się na danych z okresu względnej stabilności - od lat 90. do początku lat 20. XXI wieku. Był to czas niskiej inflacji, przewidywalnej polityki banków centralnych i globalnego porządku opartego na regułach. W tej chwili jednak złoto może drożeć bez klasycznych sygnałów, takich jak masowy napływ kapitału spekulacyjnego czy zdecydowane obniżki stóp procentowych.
Dużo dobrych prognoz
Nitesh Shah prognozuje duży wzrost ceny złota. Jego zdaniem, scenariusz przekroczenia poziomu 6 tysięcy dolarów za uncję do końca tego roku jest realny, a nawet konserwatywny. Analityk WisdomTree mówi, że złoto jeszcze nie wygląda jak aktywo w fazie euforii, a raczej jak instrument, który zaczyna być na nowo wyceniany przez rynek.
Tydzień przed gwałtowną korektą cenową Société Générale podniosło prognozę kursu złota także do poziomu 6 tysięcy dolarów. Bank dodawał wówczas, że jest to wariant ostrożny. Dziś Société Générale podtrzymuje swoje stanowisko argumentując, że fundamenty rynku złota - niepewność makroekonomiczna, zadłużenie państw oraz długoterminowe ryzyka systemowe - pozostają niezmienne. Według analityków banku, najnowszy gwałtowny spadek ceny kruszcu był efektem "skrajnego pozycjonowania i redukcji dźwigni finansowej". Rynek znalazł się na etapie "delewarowania", czyli masowego zamykania pozycji opartych na kredytach.
Optymistycznych scenariuszy dla złota jest więcej. Na początku tego tygodnia Deutsche Bank zadeklarował, że podtrzymuje swoją prognozę wzrostu ceny uncji do 6 tysięcy dolarów. Natomiast JPMorgan tegoroczny szczyt widzi nawet na poziomie 6 300 dolarów.
Ostrożniejszy jest Morgan Stanley z ceną docelową 5 700 dolarów. Lina Thomas i Daan Struyven, analitycy Goldman Sachs, są przywiązani do jakiś czas temu sformułowanej prognozy, że należy spodziewać się notowań uncji na poziomie 5 400 dolarów. Z kolei George Efstathopoulos z Fidelity Fund oświadczył, że jego fundusz sprzedał część udziałów w złocie tuż przed krachem. W tej chwili jednak bacznie obserwuje sytuację i szuka okazji do ponownego wejścia na rynek.
Jacek Brzeski















