Reklama

Tomasz Prusek: Banki centralne nabroiły i spanikowały ze stopami

​W czołowych gospodarkach świata wreszcie przestano się patyczkować w walce z inflacją i banki centralne podnoszą za jednym zamachem stopy procentowe już nie o symboliczne "ćwiartki", ale o 0,75 pkt. proc., a nawet okrągły 1 pkt proc., co świadczy o ich panice inflacyjnej. Szkoda, że banki o wypełnianiu swojego mandatu w zakresie utrzymania stabilności cen tak słabo pamiętały przez wiele poprzednich lat, kiedy lekceważąc groźbę inflacji drukowały na potęgę pieniądze, często przy zerowej cenie kredytu, troszcząc się głównie o wzrost gospodarczy, który był na rękę politykom chcącym utrzymać władzę. Słoną ceną takiej polityki jest właśnie inflacja rujnująca domowe budżety i oszczędności od USA i strefy euro po Polskę, do której dodatkowo dołożyły się skutki wojny w Ukrainie.

Inflacja konsumencka na świecie i w Polsce wymknęła się spod kontroli. W USA wynosi 8,3 proc., w strefie euro - 9,1 proc., a u nas - wbrew politycznym zaklęciom - wcale nie spowolniła w okresie wakacji i w sierpniu zameldowała się na poziomie 16,1 proc., czyli najwyższym od ćwierć wieku Można powiedzieć, że żarty się skończyły, a uspokajające hasła bankierów o przejściowym wzroście cen zbankrutowały.

Gaszenie inflacyjnego pożaru tylko w tym miesiącu spowodowało podniesienie głównej stopy procentowej w strefie euro (o 0,75 pkt. proc.), USA (0,75 pkt. proc.), Szwajcarii (0,75 pkt. proc.) czy Szwecji (1 pkt proc.). I wiele wskazuje, że pomimo tak dużej skali to jeszcze nie koniec wzrostu ceny kredytu. U nas była podwyżka  "jedynie" o 0,25 pkt. proc., ale historia cyklu podwyżek stóp jest liczna (aż 11. razy z rzędu) i główna doszła do 6,75 proc. - tymczasem dokładnie przed rokiem była na symbolicznym poziomie zaledwie 0,1 proc. Tak ostry zwrot może być szokujący dla wielu kredytobiorców, którzy uwierzyli we wcześniejsze długotrwałe uspokajające zapewnienia, jak się okazało mocno chybione, że sytuacja jest pod kontrolą, rosnąca inflacja jest jedynie "przejściowa", a stopy pozostaną na niezmienionym poziomie co najmniej do 2022 roku.  

Reklama

Skoro ceny na sklepowych półkach i w usługach rosną jak szalone, to coraz powszechniej zadawane jest pytanie: jak można było do tego dopuścić? Szczególnie w Polsce, gdzie trzy dekady temu odziedziczyliśmy po zbankrutowanej gospodarce PRL-u, zdominowanej przez centralne planowanie i własność państwową, hiperinflację i zbicie jej do kilkuprocentowego poziomu było jednym z największych osiągnięć transformacji gospodarczej. Teraz demony inflacyjne powróciły, ale mało kto poczuwa się do odpowiedzialności do dopuszczenie do takiej sytuacji.

W zamian mamy bardzo wygodne zrzucanie odpowiedzialności na skutki wojny w Ukrainie i używanie przez Rosję energii jako broni ekonomicznej wobec Zachodu wspierającego Ukrainę. Tymczasem skutki imperialnych działań Moskwy to zaledwie jeden z elementów, które składają się na przyczyny wybuchu inflacji. Przemilczanie roli banków centralnych i rządów w przygotowaniu gruntu pod rozkręcenie inflacji nie powinno mieć miejsca, bo i bankierzy, i politycy naprawdę mają swoje za uszami i społeczeństwa powinny sobie z tego zdawać sprawę.

  Szukając źródeł wystrzału inflacji trzeba cofnąć się nie o rok albo dwa, ale o... kilkanaście lat. Tak, tak, to nie pomyłka. Właśnie wtedy rozpoczęło się systematyczne podporządkowywanie polityki monetarnej banków  centralnych bieżącym potrzebom gospodarek, których wspólnym mianownikiem jest "bożek" wzrostu PKB, na którym tak piekielnie zależy wszystkim politykom, bo gdy gospodarka "żre" i łatwo o pracę, to równie łatwo wygrać wybory i utrzymać władzę. Przełomowym momentem był wybuch kryzysu finansowego w 2008 r., zapoczątkowany na rynku nieruchomości w USA, który błyskawicznie rozlał się na cały świat, bo banki zainfekowane niespłacanymi hipotekami i obligacjami padały jak muchy.

Zahamowanie wtedy spadku PKB, wydźwignięcie gospodarek z recesji i odbudowa rynku pracy stały się zadaniem numer jeden władzy politycznej. Głębszymi reformami nikt się nie chciał zajmować, wystarczyło pójść po najmniejszej linii oporu, do czego potrzebne było tylko zielone światło banków centralnych: rozpoczęcie masowego dodruku pieniądza oraz sprowadzenie ceny kredytu do minimum, czasem do umownego "zero procent". Prym w tym wiódł amerykański bank centralny Fed, który bardzo szybko znalazł naśladowców w innych państwach. Tak rozpoczęła się era dodruku i ekstremalnie taniego pieniądza, którym wprost zalano globalne rynki. A co się dzieje, kiedy w ruch zostają puszczone drukarskie maszyny (umownie, bo wystarczyło dopisać  odpowiednie kwoty w księgach banków centralnych; można powiedzieć w przenośni, że była to robota w białych rękawiczkach) i w gospodarkach nagle przybywa pieniądza, który nie jest z nią powiązany? Skutek może być tylko jeden: inflacja. Tym wyższa i bardziej niebezpieczna, im dłużej trwa masowy dodruk pieniądza, a w bankach można je super tanio pożyczać.

Początkowo jednak inflacji wcale nie było widać, a przynajmniej dla konsumentów, którzy żyli w błogiej nieświadomości, karmieni poglądami, że wszystko jest "ok", a jakimś tam dodrukiem pieniędzy nie ma co się przejmować. Za to bardzo szybko pokazała się w tzw. inflacji aktywów, czyli na rynkach finansowych i w nieruchomościach. Dodrukowany pieniądz zaczął krążyć w gospodarce, szukając celów inwestycyjnych, słabo był wykorzystywany przez banki do akcji kredytowej, za to chętnie do intratnych zakupów akcji, obligacji, surowców i nieruchomości. Wydawało się, że skoro jest hossa na giełdach, to wszyscy powinni być zadowoleni, łącznie z rzeszami konsumentów, którzy przecież zarabiali na zwyżce cen domów i mieszkań (jeśli je mieli), albo odcinali kupony od giełdowych inwestycji w spółki i fundusze. Zadowoleni z takiego stanu byli wszyscy, łącznie z politykami, bo dla nich jest znak równości między zadowolonym konsumentem a zadowolonym wyborcą - to prosty jak drut sposób, aby zakonserwowali swoją władzę polityczną.

Dlatego można postawić tezę, że banki centralne, choć formalnie szczycące się niezależnością, także od władzy politycznej, niestety po 2008 r. przekroczyły cienką, czerwoną linię w skali i formie wspierania wzrostu gospodarczego i zatrudnienia, a zupełnie zlekceważyły inflacyjny koszt takiej polityki, czyli zepchnęły na drugi plan zapewnienie stabilności pieniądza, za który wszystkie są odpowiedzialne. Takie zjawisko to tylko krok od faktycznego tworzenia tzw. superrządu, czyli zblatowania się bankierów centralnych z władzą polityczną, zlania się ich interesów w jedną całość i podejmowania działań na jedną nutę. Sęk w tym, że rzadko kiedy jest to długofalowo również interesem konsumentów, czego dowodów można szukać np. w Turcji, gdzie bank centralny został podporządkowany władzy politycznej, a jego szefowie zmieniają się jak w kalejdoskopie, jeśli tylko przyjdzie im do głowy zaostrzać politykę kredytową. Nawet w USA mieliśmy incydenty z łajaniem bankierów z Fed jak małych chłopców przez prezydenta Donalda Trumpa, kiedy tylko śmieli podejmować decyzje, które nie były na rękę Białemu Domowi, czyli np. podnosić stopy.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż polityka obniżania stóp procentowych w odbiorze społecznym uznawana jest za "dobrą", a podwyższania - za "złą". Wielu ludzi bowiem wartościuje ocenę działań banku centralnego i rządu w kategoriach ceny kredytu, a dokładniej aktualnie płaconej raty, w zupełnym oderwaniu od innych procesów gospodarczych i politycznych. Zapewnienie jak najtańszego kredytu łatwo staje się celem polityki monetarnej skażonym chęcią przypodobania się władzy politycznej.

 Jeśli kredyt jest tani, a dodruk pieniądza idzie pełną parą, to można z jednej strony zadowolić kredytobiorców, a z drugiej rozdać pokaźne kwoty, np. na powszechne programy socjalne albo różnego rodzaju dodatki mające w założeniu chronić najbardziej zagrożonych ubóstwem konsumentów. A w praktyce bardzo skutecznie zjednywać sobie wyborców. I przez wiele lat - od kryzysu 2008 r. - symbioza bankierów i polityków wydawała się świetnie trwać, dopóki jedyną ceną inflacyjną płaconą była wspomniana inflacja aktywów.

Kres temu przyniosło dopiero pojawienie się dokuczliwej inflacji konsumenckiej, która była prostą konsekwencją przeciągniętych w czasie zerowych stóp procentowych oraz masowego dodruku pieniądza. Gdyby stopy zostały podniesione, a dodruk zatrzymany jak tylko gospodarki wyszły z recesji, dziś mielibyśmy niższą inflację, z którą - mówiąc kolokwialnie - dałoby się żyć nawet pomimo skutków wojny w Ukrainie, która rozhuśtała ceny energii i żywności. Aby się o tym przekonać wystarczy spojrzeć, ile wynosi tzw. inflacja bazowa, czyli z wyłączeniem cen energii i żywności, a ile cała inflacja.

U nas bazowa to już blisko 10 proc., czyli - w uproszczeniu - za tyle odpowiada wewnętrzna polityka gospodarcza, a nie zewnętrzne szoki na czele z energetycznymi i żywnościowymi skutkami wojny w Ukrainie. Niestety, to bardzo niewygodna prawda dla polityków i bankierów centralnych nie tylko w Polsce, ale i w innych państwach, gdzie również mamy do czynienia ze zwalaniem winy za szalejący wzrost cen przede wszystkim na skutki wojny, a przemilczanie lub bagatelizowanie niechlubnej roli, jaką w przygotowaniu gruntu pod rozkręcenie inflacji odegrały rządy i banki centralnej.

Efekt mamy taki, że oczekiwania inflacyjne urwały się ze smyczy, czyli zapanowało powszechne przekonanie, że warto wydawać pieniądze dziś, bo jutro będzie jeszcze drożej, a oszczędzanie ma wątpliwy sens, skoro lokaty czy obligacje nie chronią kapitału przed utratą realnej wartości. O tym jak trudno jest przeciąć niepisaną symbiozę banków centralnych z władzą polityczną świadczyły spóźnione podwyżki stóp procentowych, których na świecie i u nas zaczęto dokonywać dopiero wtedy, gdy inflacja się już rozhulała na dobre, a nie było działań wyprzedzających, bo byłyby kosztowne gospodarczo i politycznie.

Dlatego walka z inflacją potrwa nie tylko dłużej, ale też będzie o wiele bardziej bolesna dla wszystkich, od konsumentów po przedsiębiorców i państwa. Byłoby lżej, gdyby nie zafundowano lekkomyślnie przedłużenia bez uzasadnienia ekonomicznego, a wygodnego politycznie masowego dodruku pieniądza i trącającego populizmem kredytu na "zero procent". A tak doświadczamy obecnie skutków panicznej pogoni banków z podwyżkami stóp procentowych, aby poskromić szalejącą inflację, bo stała się ona nie tylko problemem gospodarczym, ale i politycznym, który zostanie z nami na lata.

Tomasz Prusek, 
publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj Autor felietonu wyraża własne opinie.

Grupa Polsat Plus i Fundacja Polsat razem dla dzieci z Ukrainy


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »