Reklama

Wybory w USA: Dolar będzie zwycięzcą?

Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych mają duży wpływ na wyceny światowych aktywów. Ewentualna wygrana Donalda Trumpa spowodowałaby silny, negatywny impuls na rynkach akcji i byłaby niekorzystna dla światowego handlu. Zdaniem Kamila Maliszewskiego z Domu Maklerskiego mBanku zarówno zwycięstwo kandydata republikanów, jak i Hillary Clinton powinno umocnić dolara.

- Na rynku walutowym dolar będzie zwycięzcą w obu scenariuszach, niezależnie od tego, czy w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych wygra Hillary Clinton, czy Donald Trump - przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Kamil Maliszewski, analityk Domu Maklerskiego mBank-u. - Gdy inwestorzy uciekają od ryzyka, zawsze kupują dolara.

Według najnowszego sondażu, przeprowadzonego po ujawnieniu informacji o wznowieniu śledztwa przez FBI dotyczącego korespondencji mailowej Hillary Clinton, kandydatka demokratów może liczyć na 46-proc. poparcie, tylko o jeden proc. większe niż Donald Trump.

Reklama

Jeszcze w ubiegłym tygodniu Clinton, według sondażu stacji telewizyjnej ABC News, miała dwunastoprocentową przewagę. Notowania republikańskiego kandydata spadały wtedy po tym, gdy kolejne kobiety oskarżały go o molestowanie seksualne.

- Ewentualne zwycięstwo Donalda Trumpa z pewnością spowodowałoby bardzo silny, negatywny impuls na rynkach akcji - uważa Kamil Maliszewski. - Wydaje się, że jest to także zagrożenie dla handlu międzynarodowego. Donald Trump wiele razy mówił, że chciałby wypowiedzieć umowy takie jak NAFTA (skrót od ang. North American Free Trade Agreement, czyli Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu - umowa zawarta pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Meksykiem, tworząca strefę wolnego handlu miedzy tymi krajami), osłabić pozycję Chin.

Nie sprzyjałoby to inwestorom, którzy w perspektywie kolejnych lat obawialiby się o swoje zyski. To czynnik, który paradoksalnie może umocnić amerykańską walutę.

Wycena aktywów, a szczególnie surowców oraz akcji, jest bardzo wrażliwa na wyniki wyborów prezydenckich za oceanem. Jak zauważa Kamil Maliszewski zdecydowane zwycięstwo Donalda Trumpa dałoby w krótkim terminie silny, negatywny impuls. Wygrana Hillary Clinton jest obecnie w większym stopniu wyceniona przez rynek, gdyż sondaże wskazują jednak na jej zwycięstwo. Powinno ono dać mniejszy, ale wzrostowy impuls i przyczynić się do aprecjacji cen.

W przypadku cen czarnego złota natomiast duże znaczenie będzie mieć listopadowy szczyt Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC). Podczas ostatniego spotkania, które odbyło się pod koniec września w stolicy Algierii, Algierze, członkowie kartelu po raz pierwszy od ośmiu lat osiągnęli porozumienie w sprawie ograniczenia wydobycia tego surowca. Ustalono, że dzienny limit zostanie ograniczony do 32,5 mln baryłek, czyli o prawie 750 tys. mniej niż miesiąc wcześniej. Było to jednak tylko tzw. wstępne porozumienie. Ostateczne ma być ogłoszone podczas oficjalnego spotkania OPEC w Wiedniu pod koniec listopada.

- Sukces w tych rozmowach mógłby mieć wpływ na szeroki rynek, windując za sprawą wzrostu cen ropy naftowej wartość innych ryzykownych aktywów - wskazuje Kamil Maliszewski. - Jestem jednak w tej kwestii dość sceptyczny. Wydaje się, że czarne złoto nie będzie już drożeć i za baryłkę odmiany WTI nie będziemy płacić więcej niż 50 dol. W tej sytuacji wpływ ropy na ceny ryzykownych aktywów powinien być dość neutralny.

Trump wzmocni dolara, osłabi rubla! Wypowiedź: Marek Rogalski, główny analityk walutowy, Dom Maklerski BOŚ. Wygrana Hillary Clinton dla rynków to status quo - mówi newsrm.tv Marek Rogalski, główny analityk walutowy, Dom Maklerski BOŚ. i dodaje. - Natomiast jeżeli wygra Donald Trump to w pierwszym momencie następuje silny skok ryzyka na świecie. Jest strach o to, co ta prezydentura ze sobą przyniesie. Jak zauważa analityk Kongres będzie mógł blokować część pomysłów Donalda Trumpa i jego prezydentura nie musi być dla rynków zła. Natomiast, w krótkim okresie strach na rynkach może się pojawić. - W takim układzie giełdy idą w dół. Dolar zyskuje na wartości. Moim zdaniem nie ma innej alternatywy dla bezpiecznej przystani jak amerykańska waluta - prognozuje Marek Rogalski. Jak sytuacja wpłynie na naszą walutę? Analityk ocenił, że PLN/USD wróci do poziomu sprzed dwóch tygodni, czyli 3,98-4,00. Sam złoty też może się osłabić do euro. Co z frankiem? - Jeżeli patrzymy na franka to warto powiedzieć o sytuacji, która była 24 czerwca po referendum w Wielkiej Brytanii, gdy poznaliśmy wyniki już o 6-7 rano interweniował Bank Szwajcarii - mówi ekspert rynku walut. DM BOŚ

Najstarsi ludzie w USA nie pamiętają tak niezwykłego kandydata na prezydenta, jak ubiegający się w tym roku o ten urząd z ramienia Partii Republikańskiej (GOP) Donald J. Trump.

Nowojorski miliarder, inwestor budowlany i celebryta telewizyjny bez żadnego politycznego dorobku ani doświadczenia ku ogólnemu zaskoczeniu zdobył nominację do Białego Domu i sondaże wskazują, że ma wielkie szanse na wygranie wyborów.

Trump, któremu w oczach jego wyborców nie zaszkodziły najbardziej szokujące wypowiedzi i obietnice, stał się nieoczekiwanym przywódcą milionów Amerykanów zbuntowanych przeciw elitom politycznym i opiniotwórczym, utrwalających, ich zdaniem, status quo sprzeczne z ich interesami i dobrem kraju.

Jego opinie w sprawach międzynarodowych - podważanie wartości sojuszy USA, ugodowa postawa wobec Rosji i podziw dla dyktatorów - niepokoją przywódców państw sprzymierzonych, którzy obawiają się, że objęcie przez niego władzy może doprowadzić do dalszego regresu demokracji na świecie i osłabienia globalnego przywództwa USA.

Donald John Trump urodził się 14 czerwca 1946 r. w Nowym Jorku. Jego ojciec, potomek imigrantów z Niemiec, był właścicielem firmy budowlano-developerskiej; matka, Mary Trump z domu MacLeod, urodziła się w Szkocji. Jako nastolatek Trump sprawiał problemy wychowawcze i ojciec zapisał go do wojskowej szkoły średniej New York Military Academy. Kandydat prezydencki twierdzi, że przeszkolenie wojskowe wyrobiło w nim dyscyplinę przydatną w karierze biznesmana.

Trump odbył studia w uznawanej za najlepszą w USA uczelni ekonomicznej Wharton School of Business na Uniwersytecie Pensylwanii. Jako student uniknął służby wojskowej w Wietnamie, a potem uzyskał zwolnienie lekarskie z armii. Po dyplomie zaczął pracę w przedsiębiorstwie ojca, który budował bloki mieszkalne w dzielnicach uboższej klasy średniej w Nowym Jorku. Kiedy Donald skończył 25 lat, ojciec oddał mu kierownictwo firmy, przemianowanej na Trump Organization. Na początku lat 70. rodzinna firma Trumpów została oskarżona o dyskryminację rasową przez Afroamerykanów; zarzucali jej, że stosując rozmaite wymówki, odmawia wynajmowania im mieszkań.

Inwestycją, która okazała się pierwszym wielkim sukcesem Trumpa, była renowacja hotelu Grand Hyatt na Manhattanie w 1978 r., sfinansowana dzięki pożyczce od ojca i kredytom bankowym. Zapoczątkowała ona jego biznesową ekspansję. W 1983 r. developer ukończył Trump Tower, szklany 58-piętrowy wieżowiec przy 5 Alei, mieszczący biura jego firmy i luksusowe apartamenty. Przy jego budowie pracowali m.in. polscy nielegalni gastarbeiterzy, co po latach przypomniano Trumpowi, który atakuje nielegalnych imigrantów.

Do innych najbardziej znanych przedsięwzięć Trumpa na Manhattanie należy poza tym zakup słynnego hotelu Plaza za 400 milionów dolarów oraz budowa kompleksu apartamentowców nad rzeką Hudson. W latach 80. Trump zainwestował w kasyna w Atlantic City w stanie New Jersey, które wkrótce popadły w finansowe kłopoty, a najbardziej znane z nich, Trump Taj Mahal, zostało ostatecznie zamknięte w tym roku. Inwestor zręcznie wykorzystywał jednak amerykańskie ustawy o bankructwie, kilkakrotnie uzyskując od sądu ochronę przed wierzycielami, renegocjując długi i zachowując część udziałów w kasynach.

Jednym z największych sukcesów biznesowych Trumpa są jego pola golfowe w USA i innych krajach. W zeszłym roku przyniosły mu one 382 miliony dolarów dochodu. Gorzej powiodły mu się próby wejścia na rynek lotniczy - linie Trump Shuttle wkrótce zbankrutowały. Nie udały się też inwestycje w sporcie - zakupy klubu futbolu amerykańskiego Buffalo Bills i organizacja wyścigu kolarskiego Tour de Trump (co miało być odpowiednikiem Tour de France) okazały się fiaskiem.

Lepiej powodzi się Trumpowi w show-businessie. Od 1996 roku miliarder jest właścicielem firm organizujących konkursy piękności: Miss Uniwersum, Miss USA i Miss Nastolatek USA. W 2003 r. telewizja rozpoczęła emisję jego reality show pt. The Apprentice (Czeladnik), w którym zawodnicy rywalizują o wysokie stanowisko w firmie Trumpa, a on po kolei eliminuje kandydatów, wygłaszając swoje słynne: "You are fired!" (Jesteś zwolniony). Trump, który jest producentem i sam występuje w swoim programie, został uhonorowany gwiazdą na "chodniku sław" w Hollywood.

Trump kreuje się na najwybitniejszego w USA biznesmena i mistrza zawierania umów handlowych - napisał na ten temat bestseller "Art of the Deal" - ale wielu ekspertów uważa go przede wszystkim za mistrza autoreklamy i sztuki wykorzystywania prawa do swoich celów. Niedawno okazało się, że w 1995 r. uzyskał rekordową ulgę podatkową w wysokości 916 milionów dolarów, ponieważ w poprzednich latach poniósł równe tej kwocie straty, a według kodeksu podatkowego w USA można je potem odpisywać w ratach od podstawy podatków dochodowych. Dzięki temu przez 18 lat w ogóle nie płacił federalnych podatków dochodowych, chociaż odprowadzał do fiskusa podatki inne - stanowe, od sprzedaży i od nieruchomości.

Trump odmawia ujawnienia swoich zeznań podatkowych, twierdząc, że zrobi to dopiero po ukończeniu ich audytu. Utrudnia to m.in. ustalenie, jakie są jego prawdziwe dochody i stan jego majątku. Sam podaje liczbę 10-11 miliardów dolarów jako wartość swoich aktywów. Bardziej wiarygodne wydają się szacunki "Forbesa" - 3,7 miliarda - i Bloomberga - 3 miliardy dolarów.

Inne kontrowersje związane z biznesową działalnością "The Donalda" - jak nazywają go z przekąsem jego krytycy - to sprawa jego fundacji i "uniwersytetu". Donald J. Trump Foundation jest fundacją charytatywną, wspierającą m.in. szpitale, organizacje policji i weteranów, ale w czasie kampanii prezydenckiej kandydata media dopatrzyły się naruszania przez nią przepisów stanu Nowy Jork, gdzie jest zarejestrowana. Trump University, z kolei, organizował kursy handlu nieruchomościami, pobierając od ich uczestników do 35 tysięcy dolarów. Część z nich uznała, że uzyskiwane szkolenie nie jest warte płaconych funduszy, i pozwała Trumpa do sądu o oszustwa. Sprawa nadal się toczy.

Trump od dawna wypowiada się na tematy polityczne, ale ponieważ długo nie kandydował na wybieralne urzędy, nie budziło to większego zainteresowania. Parokrotnie zmieniał swoją przynależność partyjną i stanowisko w kluczowych kwestiach. Sponsorował kampanie polityków demokratycznych i republikańskich, jak wielu biznesmenów - choć są i tacy, którzy z zasady wpłacają donacje tylko na kandydatów jednej partii.

W latach 80. Trump popierał prezydenta Ronalda Reagana, zarejestrował się jako Republikanin i był nawet wymieniany jako jeden z kandydatów na wiceprezydenta u boku następcy Reagana, George'a H.W. Busha. W 1999 roku zapisał się do niezależnej Partii Reform i rozważał kandydowanie z jej ramienia na prezydenta, ale się rozmyślił. W latach 2001-2009 r. zmienił barwy partyjne na demokratyczne. Miał krytyczny stosunek do ówczesnego prezydenta George'a W. Busha, ale popierał wojnę w Iraku - dopóki nie zmienił zdania i nie zaczął potępiać inwazji.

W 2008 r. poparł kandydata GOP do Białego Domu, senatora Johna McCaina i ponownie zarejestrował się jako Republikanin. W cztery lata później, kiedy Barack Obama starał się o reelekcję, Trump stał na czele kampanii dyskredytowania prezydenta przez głoszenie tezy, że wbrew oficjalnej biografii urodził się on nie na Hawajach, lecz w Kenii i jest ukrytym muzułmaninem. Przyłączenie się Trumpa do ultrakonserwatystów o rasistowskich skłonnościach zdawało się wykluczać go z grona poważnych polityków. Już wtedy wszakże rozważał kandydowanie na prezydenta i sondaże wskazywały, że wśród Republikanów ma większe poparcie niż ostatni nominat do Białego Domu Mitt Romney. Na start w wyborach się jednak nie zdecydował.

Swoją kandydaturę do nominacji GOP ogłosił w lipcu 2015 r. Nikt z ekspertów nie sądził, że ma szanse na wygraną. Kiedy szybko wysforował się na czoło stawki złożonej z kilkunastu republikańskich polityków, komentowano, że jest typowym "kandydatem protestu", kanalizującym frustracje i gniew ludzi przeciw establishmentowi, ale nie dość profesjonalnym, aby sprostać wymaganiom politycznej kampanii.

Trump zaczął od zapowiedzi budowy "muru" na południowej granicy, a nielegalnych meksykańskich imigrantów nazwał gwałcicielami i handlarzami narkotyków. Po atakach terrorystycznych w Europie i w San Bernardino w Kalifornii zapowiedział, że jako prezydent wprowadzi czasowy zakaz wjazdu muzułmanów do USA. Poparł stosowanie tortur wobec podejrzanych o terroryzm. W publicznych wystąpieniach obrażał swoich krytyków, jak senator McCain, podważając jego renomę jako bohatera wojny wietnamskiej. Przedrzeźniał niepełnosprawnego dziennikarza.

Mimo to w wyścigu do nominacji jego notowania w sondażach stale rosły, a na wiecach fani z entuzjazmem witali jego przemówienia. Trump potępiał w nich układy o wolnym handlu i obiecywał, że przywróci miejsca pracy przeniesione za granicę przez amerykańskie korporacje. Zapowiadał deportacje nielegalnych imigrantów i zaostrzenie walki z przestępczością. Podkreślał, że jako miliarder nie musi korzystać z donacji sponsorów, a więc jest niezależny od grup nacisku utrwalających system, który - jak zaznaczał - jest "ustawiony" przeciw zwykłym ludziom, na wyłączną korzyść elit. Potępiał polityczną poprawność jako narzędzie kontroli świadomości społeczeństwa.

Przed prawyborami w 2016 r., chociaż Trump wciąż przewodził stawce kandydatów do nominacji, nie uważano go za faworyta. Partyjny establishment popierał najpierw byłego gubernatora Florydy Jeba Busha, a potem senatora z tego stanu Marco Rubio. Przewidywano, że wypowiedzi nowojorskiego miliardera, którymi zraził już do siebie Latynosów i Afroamerykanów, pogrążą go w opinii wyborców. Tymczasem ku zdumieniu wszystkich Trump wygrywał prawybory w kolejnych stanach. Jego najgroźniejszym przeciwnikiem okazał się ultrakonserwatywny senator Ted Cruz, ale i on - skonfliktowany z republikańskim establishmentem - nie uzyskał wystarczającego poparcia. W maju rywale Trumpa rzucili ręcznik na ring - a on miał już zapewnione minimum delegatów na partyjną konwencję przedwyborczą, żeby zdobyć nominację prezydencką.

Na konwencji w Cleveland Trump został oficjalnie namaszczony na kandydata do Białego Domu, mimo odmowy poparcia ze strony czołowych polityków establishmentu GOP - prezydenckiej rodziny Bushów, byłych kandydatów na prezydenta: Johna McCaina i Mitta Romneya, niemal wszystkich byłych przedstawicieli administracji oraz prominentnych konserwatystów wytyczających ideologiczne kierunki dla Republikanów.

Trump ma jednak za sobą masy - Amerykanów przegranych w nowej, zglobalizowanej gospodarce, niezadowolonych z rządów Obamy i z klinczu w Kongresie, który blokuje zmiany. Jego elektorat to zwalniani z pracy robotnicy upadających fabryk, ludzie pracujący na nowych posadach za połowę poprzedniej pensji, drobni biznesmeni skrępowani podatkami i regulacjami rządowymi. Wszystkim podsuwa proste rozwiązania i jako winnych ich niedoli i braku poczucia bezpieczeństwa wskazuje imigrantów, muzułmanów oraz członków mniejszości etniczno-rasowych żyjących z zasiłków od państwa.

Tegoroczny kandydat GOP uważany jest za nowe wydanie prawicowego populizmu i natywizmu, pojawiającego się w USA okresowo od ponad 150 lat. Jest amerykańską wersją ideowego nurtu wzbierającego w całym świecie zachodnim - negatywnej reakcji na globalizm, otwarte granice, wymieszanie narodowości, kultur i religii.

Jednym z głównych założeń polityki gospodarczej Trumpa - i powodem niepokoju rynków - jest renegocjacja porozumień handlowych Ameryki, a także nałożenie taryf celnych na kraje naruszające normy handlowe i - jeśli Trump uzna to za konieczne - wycofanie się ze Światowej Organizacji Handlu. Kandydat Republikanów wzywał nawet do nałożenia na towary meksykańskie 35-procentowego cła, a na chińskie - 45-procentowych taryf.

Z tradycyjnego repertuaru republikańskich programów gospodarczych Trump zachował tylko obietnicę obniżenia podatków oraz uproszczenia urzędowych procedur krępujących przedsiębiorców.

Zdaniem ekspertów w programie gospodarczym Trumpa są sprzeczności, jak np. założenie obniżenia deficytu handlowego, co można by osiągnąć poprzez osłabienie dolara, a jednocześnie postulat podniesienia stóp procentowych, co najprawdopodobniej umocniłoby amerykańską walutę.

Jego wizja ładu międzynarodowego upodabnia go do amerykańskich izolacjonistów z okresu między pierwszą a drugą wojną światową i sugeruje, że gotów jest rozluźnić więzi z tradycyjnymi sojusznikami USA. Nigdy nie krytykuje agresywnej polityki Rosji, wyraża podziw dla prezydenta Władimira Putina i opowiada się za współpracą z Moskwą w Syrii w celu utrzymania u władzy reżimu prezydenta Baszara el-Asada. Uzależnia amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa dla sojuszników, wynikające z ich przynależności do NATO, od tego, czy zwiększą nakłady na zbrojenia.

W kampanii wyborczej notowania Trumpa rosły, kiedy ograniczał się do przedstawiania swych propozycji programowych i krytyki Hillary Clinton. Stracił część poparcia kobiet po ujawnieniu taśm z jego seksistowskimi wypowiedziami i po oskarżeniach o napastowanie seksualne. Nie wypadł dość "prezydencko" w debatach telewizyjnych, kiedy wdawał się w pyskówki z Clinton i odmówił uznania wyników wyborów, jeśli nie zakończą się jego zwycięstwem. Potwierdził w nich, że nie tylko nie orientuje się w niektórych w kwestiach międzynarodowych, ale jest też na tyle porywczy, że ryzykowne byłoby powierzenie mu funkcji dowódcy naczelnego sił zbrojnych USA i kontroli nad ich arsenałem atomowym.

Słabość jego rywalki - obciążonej balastem skandali i opinią osoby nieuczciwej i aroganckiej - jest jednak jego wielką szansą w wyborach 8 listopada.

..................

Hillary Clinton od dekad przygotowuje się, by zostać prezydentem USA. Ma szanse osiągnąć to 8 listopada, choć nadmierna ostrożność i troska o zachowanie prywatności, co sprawia wrażenie, jakby coś ukrywała, nie przysparzają jej popularności.

Jej wejście do polityki nie było łatwe. Z długimi kręconymi włosami, hipisowskimi spodniami w kwiaty i grubymi oprawkami okularów nie pasowała do konwencjonalnego wizerunku pierwszej damy Arkansas, którą została w wieku 32 lat, gdy jej mąż Bill Clinton objął w 1979 roku urząd gubernatora tego południowego stanu. Pracowała zawodowo jako prawniczka i używała panieńskiego nazwiska Rodham. Było jasne, że zdecydowanie nie wystarczy jej rola "przy mężu".

Zresztą, gdy poznali się z Billem na Uniwersytecie Yale, gdzie oboje studiowali prawo, to ona była najlepszą studentką w grupie i wschodzącą gwiazdą ruchu obywatelskiego. Magazyn "Life" opublikował jej sylwetkę, gdy jako studentka prestiżowej żeńskiej uczelni Wellesley College wygłosiła w 1969 roku głośne przemówienie krytykujące administrację prezydenta Richarda Nixona.

Co ciekawe, Clinton, wychowana na przedmieściach Chicago zamieszkanych wyłącznie przez białe, konserwatywne rodziny, długo uważała się za Republikankę. Przełomowym momentem dla zmiany poglądów było przemówienie Martina Luthera Kinga. Politycznie zaangażowała się po konwencji Demokratów w Chicago w 1968 roku, na którą wybrała się z koleżanką w tajemnicy przed rodzicami. Konwencja stała się sceną brutalnie stłumionych przez policję protestów przeciwko rządowi i wojnie w Wietnamie.

Po studiach w Yale świeżo upieczona absolwentka prawa wyjechała do Waszyngtonu, gdzie pracowała w komisji parlamentarnej ds. skandalu Watergate, przygotowującej akt oskarżenia Nixona. Komisja pracowała przy drzwiach zamkniętych, a wszyscy jej pracownicy byli zobowiązani do zachowania ścisłej tajemnicy. "To wtedy prawdopodobnie Hillary nauczyła się, że trzeba chronić prywatność w życiu politycznym" - mówi biografka Clinton, Gail Sheehy.

Hillary miała przed sobą świetne perspektywy w Waszyngtonie, ale postanowiła za głosem serca wyjechać do Arkansas do swego chłopaka. Przyjaciele z Yale, dla których Arkansas był zacofanym południem, nie mogli uwierzyć, że zdecydowała się całkowicie odmienić swoje życie i zaangażować się w polityczną karierę przyszłego męża. Po 30 latach wyznała, że na jej decyzję wpłynęła porażka: oblała egzamin na aplikację adwokacką w Waszyngtonie. Była najbliższą doradczynią Billa Clintona. Dla niego zmieniła wygląd i przyjęła nazwisko Clinton, gdy zrozumiała, że pomoże mu to w reelekcji na gubernatora Arkansas.

Dekadę później pomogła mu też zostać prezydentem USA. Była nie tylko strategiem jego kampanii wyborczej, ale też najlepszym obrońcą, gdy na jaw wyszły pozamałżeńskie afery Clintona. W wywiadzie telewizyjnym przed 40-milionową widownią Hillary zapewniała, że kocha i szanuje Billa. "Jeśli to komuś nie wystarcza, trudno, niech na niego nie głosuje" - dodała. Nikt nie miał wątpliwości, że Hillary uratowała wówczas kampanię prezydencką Clintona.

Dla wszystkich było też jasne, że nie będzie typową pierwszą damą. Niektórzy pytali ją, czy chce być wiceprezydentem lub prokuratorem generalnym. Odpowiadała, że chce zająć się rozwiązywaniem problemów ludzi. Bill mianował ją szefem prezydenckiej grupy zadaniowej ds. reformy zdrowia. Jako pierwsza małżonka prezydenta USA miała swoje biuro w zachodnim skrzydle Białego Domu.

Jej grupa przez miesiące w wielkiej tajemnicy - co jej potem wytykano - przygotowywała projekt powszechnej służby zdrowia. Krytyka opozycji była miażdżąca. By ratować reformę, Clinton ruszyła w objazd po Ameryce. Ale spotkała się z ogromnymi protestami. Pluto na nią i obrzucano obelgami. "To wszytko moja wina, nic mi nie wychodzi, biali mężczyźni mnie nienawidzą" - żaliła się, by za chwilę się poprawić: "Nie, nienawidzą nie mnie, ale zmianę, jaką sobą reprezentuję" - relacjonuje Sheehy. Po tej porażce Clinton ograniczyła plany, ale się nie poddała. Doprowadziła do przyjęcia programu bezpłatnej służby zdrowia dla dzieci, z którego dziś korzysta ok. 8 mln nieletnich z najbiedniejszych rodzin. Jako pierwsza dama zaangażowała się też w walkę o prawa kobiet. W 1993 roku wypowiedziała w Chinach słynne, przyjęte przez ruch feministyczny zdanie: "Prawa kobiet to prawa człowieka".

W styczniu 1998 roku Clinton przeżyła kolejny szok: prezydentowi USA zarzucono seks ze stażystką Białego Domu Monicą Lewinsky. Początkowo zaprzeczył. Hillary znowu go broniła, deklarując w telewizji, że mu wierzy. Gdy w końcu Bill Clinton przyznał się do afery z Lewinsky, nie tylko mu wybaczyła, ale odegrała centralną rolę w przygotowaniu obrony przeciwko impeachmentowi. Jednak w dniu, gdy Senat uniewinnił prezydenta, Hillary przy nim nie było. Była zajęta planowaniem swej kampanii w wyborach senatora ze stanu Nowy Jork. Po raz pierwszy od lat zajęła się własną karierą. Opuściła Biały Dom i została zaprzysiężona na senatora USA w 2000 roku, zanim Bill formalnie zakończył drugą kadencję prezydenta USA.

Biografowie Clinton nie mają wątpliwości, że już wcześniej planowała, iż za kilka lat wróci do Białego domu, ale tym razem jako prezydent USA. W tych ambicjach mogła liczyć na męża. Sheehy wspomina, że gdy tuż po objęciu urzędu prezydenta przez Clintona zapytała go, co dalej, odpowiedział półżartem: "Eight years of Bill and eight years of Hill" (osiem lat Billa i osiem lat Hill(ary)).

Gdy w 2008 roku Hillary startowała po raz pierwszy w wyborach prezydenckich, była zdecydowaną faworytką. Nie przewidziała, że jej plany pokrzyżuje młody i mało wówczas znany demokratyczny senator Barack Obama. Po raz pierwszy Clinton spotkała się wówczas z krytyką, że jest częścią politycznego establishmentu. Zarzut ten powtórzył w obecnej kampanii jej konkurent w prawyborach senator Bernie Sanders, a także nominowany na prezydenta USA przez Partię Republikańską Donald Trump.

Po przegranej z Obamą Clinton, ku zaskoczeniu wielu osób, zgodziła się zostać sekretarzem stanu w jego administracji. Szybko stało się jednak jasne, że polityka zagraniczna będzie kierowana z Białego Domu. Jej chwila nadeszła, gdy wybuchła arabska wiosna. Clinton udało się przekonać Obamę, by USA przyłączyły się do międzynarodowej koalicji, której celem było ujęcie libijskiego dyktatora Muammara Kadafiego. Sukces trwał jednak krótko, bo Libia pogrążyła się w chaosie, a czterech Amerykanów, w tym ambasador USA Christopher Stevens, zginęło w ataku na konsulat USA w Bengazi. Republikanie oskarżyli Clinton, że Departament Stanu pod jej kierownictwem nie zadbał o należytą ochronę konsulatu. Powołano w tej sprawie aż osiem śledczych komisji parlamentarnych. Ale z wielogodzinnych przesłuchań zawsze wychodziła zwycięsko.

Gdy w 2015 roku Clinton zbierała siły przed nową kampanią prezydencką, wybuchł kolejny skandal. Tym razem okazało się, że będąc sekretarzem stanu USA zamiast rządowego maila używała prywatnego serwera pocztowego, wbrew procedurom bezpieczeństwa. Do archiwów rządowych przekazała później tylko te maile, które w jej ocenie miały charakter służbowy, a resztę wykasowała. Republikanie kolejny raz oskarżyli ją, że stawia się ponad prawem i zasadami przejrzystości, jakie obowiązują innych. Nie tylko krytycy Clinton przyznają, że jej uparte obstawanie przy zachowaniu prywatności tworzy wrażenie, jakby miała coś do ukrycia. "Dla Clinton prawda wydaje się zawsze ostatecznością" - powiedział PAP politolog z Uniwersytetu Syracuse James Campbell. Odzwierciedlają to sondaże: tylko jedna trzecia Amerykanów ufa Clinton i uważa, że jest ona uczciwa.

Zwolennicy Clinton jako jej atut wskazują kompetencje w polityce zagranicznej. Uważa się, że byłaby twardsza od Obamy, aktywniej angażując USA w rozwiązywanie światowych konfliktów. W opublikowanych w czerwcu 2014 roku wspomnieniach "Hard Choices" Clinton ujawniła, że różniła się z Obamą m.in. w sprawie konfliktu w Syrii; chciała, by USA zbroiły umiarkowaną opozycję, ale prezydent się sprzeciwił. Niedawno przyznała, że popełniła błąd, gdy w 2003 roku zagłosowała jako senator za interwencją USA w Iraku. Elektorat lewicowy wciąż jej to wytyka.

Powszechnie uważa się, że jako prezydent lepiej od Obamy radziłaby sobie w relacjach z Kongresem, nawet jeśli po wyborach 8 listopada parlament pozostanie pod kontrolą Republikanów. Jako senator potrafiła wykuwać ponadpartyjne kompromisy z opozycją m.in. w sprawie ustaw o pomocy dla weteranów i leków dla dzieci.

Jeśli 69-letnia Clinton wygra wybory, będzie drugim, po Ronaldzie Reaganie, najstarszym prezydentem USA. Gdy niektórzy jej to wytykają, odpowiada, że będzie najmłodszą kobietą prezydentem w historii USA.

Jeśli przegra, to głównie za sprawą swej nadmiernej skrytości, która skłoniła ją do korzystania z prywatnego serwera. Ta sprawa wróciła bowiem jak bumerang na finiszu kampanii, ponieważ FBI dotarła do nowych maili i musi sprawdzić, czy nie zawierają one informacji ściśle tajnych. Efekt? Na kilka dni przed wyborami sondażowa przewaga Clinton nad Trumpem niemal wyparowała.

Z Waszyngtonu Tomasz Zalewski PAP

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »