Zgodnie z oczekiwaniami "polski SAFE" wywołał panikę w obozie rządowym. Zwolennicy unijnej pożyczki mobilizują teraz wszystkie swoje zasoby medialne i symboliczne żeby przekonać Polaków, że rozwijanie polskich zdolności obronnych w oparciu o krajowe finansowanie byłoby koszmarem gorszym niż Freddy Krueger z ulicy Wiązów. Uważny obserwator dostrzeże wiele starych i kilka nowych technik manipulacji oraz symbolicznej przemocy. Zobaczcie sami…
Wszystkie te wysiłki są oczywiście bardzo czytelne. I mają jeden podstawowy cel
Po pierwsze, mamy oczywiście alarmizm. I to idący z samej góry. Sam premier Tusk mówi, że "liczy się każda godzina" i że "fabryki już pracują pod unijny SAFE". To rzecz jasna nic innego jak ordynarny i grubymi nićmi szyty szantaż. Próba budowy wrażenia, że jeśli nie będzie tak, jak sobie rząd wymyślił, to natychmiast zawali się świat, a może i cała galaktyka. To wariant starej niesławnej "doktryny szoku", która już nieraz była u nas w minionych latach grana przez różnych politycznych pianistów. Czy to kiedyś w formie pospiesznych prywatyzacji majątku narodowego czy też całkiem ostatnio przy konstruowaniu unijnej polityki klimatycznej zanim "spłonie planeta" i "zaleją nas oceany".
Po drugie, jest cedzone przez wielu prominentnych przedstawicieli obecnej władzy (ostatnio np. przez wicepremiera Sikorskiego) przesłanie, że "SAFE i tak wejdzie w życie". Niezależnie od tego, czy prezydent Nawrocki podpisze czy nie podpisze ustawy o zaciągnięciu pożyczki. Kryje się za tym sugestia, że rząd gotów jest ominąć ewentualne prezydenckie weto. Bo czyż mało to przepisów prawa złamali uśmiechnięci w minionych dwóch latach? I kto im zabroni zrobić to po raz kolejny? Takie stawianie sprawy ma oczywiście złamać morale po stronie krytyków unijnego SAFE. Mają oni uznać swój opór za bezcelowy i go porzucić. A prezydent ma podpisać. I tyle.
Po trzecie - być może najważniejsze - widzimy gorączkowe próby rozbicia alternatywy wobec unijnej pożyczki SAFE, która pojawiła się na stole za sprawą prezydenta Nawrockiego i prezesa Glapińskiego. Chodzi przede wszystkim o zamazanie samego sedna propozycji "polskiego SAFE". Na najbardziej prymitywnym poziomie odbywa się to poprzez tworzenie klasycznego medialnego szumu. Jedni bombardują nas więc przesłaniem, że tej propozycji "w ogóle nie ma". Gdy powiecie, że ona jednak jest, to odpowiedź będzie, że brak jej konkretów. Gdy ktoś zwraca uwagę na konkrety - na przykład na sposoby na wykorzystanie złota z rezerw NBP do zabezpieczenia finansowanie wydatków zbrojeniowych poprzez wygenerowanie jednorazowego zysku banku centralnego - to oczywiście jest zbywane jako zbyt mało konkretne konkrety. Możecie odpowiedzieć, że ten zysk da się wygenerować albo poprzez ustawową zmianę sposobu wyceny złota, które ma NBP (z ceny kupna na aktualną wartość rynkową) albo drogą szybkiej sprzedaży i natychmiastowego odkupienia zasobu (bez uszczuplania samych rezerw NBP, bo przecież sprzedaż będzie polegała na wymianie kruszcu na dolary, które też są częścią rezerw banku centralnego), ale gadaj zdrów. Dla nich każde konkrety będą oczywiście zbyt mało konkretne. Kakofonia ma przecież trwać i zaciemniać projekt zmniejszając jego atrakcyjność.
Aktywa rezerwowe sięgnęły biliona złotych
Czwartym sposobem niszczenia "polskiego SAFE" jest powątpiewania w intencje jego pomysłodawców. Projekt jest przedstawiany jako "PiSowski" a więc znaczy, że zły. Im któryś z komentatorów słabiej zna się na gospodarce i im mniej rozumie z wyjątkowej roli banku centralnego we współczesnej ekonomii politycznej tym chętniej ucieka w oderwane od rzeczywistości rozkminy o Glapińskim, który chce się uwłaszczyć na złocie Polek i Polaków. Te opowieści są oczywiście w większości kompletnie impregnowane na argument, że owe zasoby złota w rezerwach NBP to jest efekt konsekwentnej i dalekowzrocznej polityki tegoż właśnie Agama Glapińskiego, który od roku 2016 zwiększył kruszcowe zasoby NBP ze 100 do 550 ton złota. A aktywa rezerwowe kierowanego przez Glapę banku sięgnęły w tym roku biliona złotych. Czyli są trzykrotnie wyższe niż były gdy NBP kierował Marek Belka i dziesięć razy wyższe niż za czasów Leszka Balcerowicza. O Hannie Gronkiewicz-Waltz już nawet nie wspomnę. Nie przeszkadza to oczywiście w niczym, by wspomniani byli prezesi polskiego banku centralnego ustawiali się w roli recenzentów polityki monetarnej obecnego prezesa. Z czym do gościa - chciałoby się powiedzieć - z czym do gościa?
I po piąte, może najgłupsze, ale też obecne. Wiceminister aktywów państwowych Konrad Gołota z Lewicy był łaskaw wypowiedzieć się w dawno niesłyszanym w polskiej debacie tonie. Powiada on, że "polski SAFE" to "hucpa polityczna, która ośmiesza Polskę". Tak, dobrze słyszycie. Jak wiadomo naszym największym zmartwieniem powinno być dziś to… co sobie o nas pomyślą w Europie. Głoszący to sami nawet nie wiedzą jak bardzo są groteskowi. Jak mąż, co robi żonie wymówki, że podczas rozmowy ze sprzedawcą kredytów bankowych śmie spojrzeć mu w oczy i spytać o warunki i ryzyka. Jak monstrualne trzeba mieć kompleksy, by coś takiego bez żenady wrzucać do debaty?
Wszystkie te wysiłki są oczywiście bardzo czytelne. I mają jeden podstawowy cel. Mają ukryć, zasłonić i zamazać to, co propozycja polskiego SAFE zmienia w sporze o polskie zbrojenia. Czyli najprościej mówiąc to, że "polski SAFE" oferuje realną alternatywę wobec SAFE'u unijnego.
Alternatywa polega - przypomnijmy - na tym, by móc prowadzić zbrojenia których potrzebujemy. Tyle, że BEZ ryzyk związanych z unijnym SAFE-m. A więc bez groźby jeszcze większego uzależnienia się od dobrej woli Komisji Europejskiej, która będzie mogła nam wstrzymywać środki w ramach mechanizmu warunkowości. I po drugie, na nie gorszych (a może nawet) lepszych warunkach spłaty tego kredytu w przyszłości.
Krótko mówiąc: polski SAFE jest alterantywą wobec pożyczki, która miała być bezalternatywna.
I dlatego "polski SAFE" musi zostać zniszczony.
Rafał Woś
Autor prezentuje własne opinie i poglądy
Śródtytuły pochodzą od redakcji














