"Jeśli utrzymają się obecne tendencje na rynku, to ceny energii powinny spadać" - oceniła na antenie radia TOK FM prezes Urzędu Regulacji Energetyki, Renata Mroczek. "Już dzisiaj płacimy mniej niż rok temu, oczywiście w związku z mrożeniem cen tego nie widzieliśmy do końca" - dodała.
"Ceny energii będą spadać". Czy konsumenci odczują zmianę?
Przypomnijmy, że do końca 2025 r. obowiązywała zamrożona cena energii elektrycznej na poziomie 500 zł netto za MWh. Stawka ta obejmowała jednak wyłącznie sam koszt energii czynnej, który stanowi około 40 proc. całkowitego rachunku za prąd. Pozostałą część opłat tworzą opłaty dystrybucyjne oraz inne opłaty systemowe (w tym mocowa, kogeneracyjna i OZE) oraz podatki (VAT, akcyza), które odpowiadają m.in. za to, aby w systemie dostępne były wystarczające moce wytwórcze.
To właśnie wzrost wspomnianych opłat odczuwają odbiorcy energii elektrycznej. Jak tłumaczy Marta Anczewska, kierowniczka ds. polityki energetycznej w Instytucie Reform, rachunek za energię dla przeciętego gospodarstwa domowego, które zużywa ok. 2000 kWh energii rocznie, w 2026 roku będzie wyższy niż w ostatnich latach.
- Za wzrost odpowiadać będzie przede wszystkim zwiększenie opłaty mocowej oraz opłaty dystrybucyjnej zmiennej - tłumaczy ekspertka. Z wyliczeń ekspertów Forum Energii wynika, że w 2026 r. opłata mocowa dla gospodarstw domowych, wynosząca 17,2 zł miesięcznie (wobec 11,40 zł w 2025 r.), będzie stanowić około 8,1 proc. całego rachunku za energię.
- Prawdopodobnie wzrośnie też opłata OZE w związku ze startem morskich farm wiatrowych - mówi Anczewska, dodając, że działanie odnawialnych źródeł energii w dalszej przyszłości przełoży się na obniżkę kosztów energii, ale na razie dodatkowe opłaty sieciowe i regulacyjne rosną szybciej, niż spada cena energii czynnej.
Zdaniem Bartłomieja Orła, z think tanku Project Tempo, na realne spadki rachunków dzięki obniżeniu ceny energii czynnej mogą liczyć ci, którzy korzystają z taryfy dynamicznej G12. Chodzi o model rozliczeń, w którym cena energii zależy od pory dnia i poziomu zapotrzebowania w systemie. W praktyce oznacza to niższe stawki w godzinach pozaszczytowych, zazwyczaj w nocy, oraz w wybranych godzinach w ciągu dnia, a wyższe w okresach największego obciążenia sieci. Taryfa ta pozwala w pełni korzystać z tego, co dzieje się na rynku - zmiana ceny ma natychmiastowe odzwierciedlenie w rachunkach.
Rosną opłaty dystrybucyjne. Eksperci tłumaczą. "Mamy ogromne zapóźnienia"
Rosnący udział części dystrybucyjnej i systemowej w rachunkach za energię to efekt kilku nakładających się czynników. Jak zauważa Maciej Stańczuk, ekspert BCC ds. energetyki i transformacji energetycznej, z jednej strony są to opłaty przesyłowe, związane z koniecznością finansowania rozbudowy nowych sieci oraz modernizacji istniejącej infrastruktury dystrybucyjnej. Z drugiej - koszty funkcjonowania mechanizmów wsparcia.
- W rachunku coraz większą rolę odgrywają wydatki na systemy, takie jak rynek mocy czy kontrakty różnicowe. To rozwiązania, które umożliwiają realizację niezbędnych inwestycji i zapewniają środki na dekarbonizację polskiej energetyki - podkreśla Stańczuk.
Mamy ogromne zapóźnienia w inwestycjach w sieci i moce, a jednocześnie dość dynamiczny przyrost OZE, co przekłada się na konieczność stosunkowo wysokiego dotowania rynku mocy
Eksperci nie mają wątpliwości, że koszty dystrybucji energii będą w kolejnych latach nadal rosły, głównie ze względu na skalę planowanych inwestycji w infrastrukturę sieciową. Polskie Sieci Elektroenergetyczne planują do 2034 r. przeznaczyć na rozwój i modernizację sieci przesyłowych 64,5 mld zł. Z kolei operatorzy systemów dystrybucyjnych zapowiadają, że do 2028 r. wydadzą na swoje sieci ponad 72 mld zł.
Skala nakładów już wyraźnie rośnie. Jeszcze w 2020 r. pięciu największych operatorów przeznaczyło na inwestycje łącznie 6,3 mld zł, podczas gdy od 2024 r. roczne wydatki przekroczyły 12 mld zł. To właśnie te nakłady, niezbędne dla modernizacji i rozbudowy sieci, w istotnym stopniu przekładają się na wzrost opłat dystrybucyjnych widocznych w rachunkach odbiorców - pisze biznes.wprost.pl.
- Mamy zmianę paradygmatu w płaceniu rachunków za energię, często niezrozumiałą dla obywateli. Ludzie rozumują, że "prąd to prąd" - są przyzwyczajeni do płacenia kosztu wytworzenia, bo pracowaliśmy na zamortyzowanej infrastrukturze - tłumaczy Stańczuk. - Tanio już było - dodaje ekspert.
Konieczne są zmiany w sposobie korzystania z energii. "Należy odchodzić od stałych opłat za energię"
Jak wskazuje Marta Anczewska część wydatków można ograniczyć poprzez zmianę sposobu korzystania z energii. - Poziom inwestycji zapewniających niezbędną przepustowość sieci zależy od szczytowego zapotrzebowania na moc elektryczną. Dlatego wygładzenie profilu zużycia energii, szczególnie w gospodarstwach domowych, pozwoliłoby zmniejszyć moc szczytową, a tym samym ograniczyć nakłady na rozbudowę sieci - podkreśla ekspertka.
W jej ocenie elektryfikacja ogrzewania i transportu może w dłuższym terminie pomóc w rozłożeniu stałych kosztów rozwoju sieci na większy wolumen zużycia energii, a pompy ciepła i ładowarki do aut elektrycznych mogą zagospodarować nadwyżki z OZE. - Jednak warunkiem jest, że elektryfikacja będzie przeprowadzona w sposób efektywny, z uwzględnieniem możliwości systemu i przyjaznym dla niego profilem zużycia - dodaje.
Anczewska zwraca uwagę, że kluczowe będą narzędzia wspierające elastyczność, takie jak pełne wdrożenie inteligentnych liczników, rozwój taryf dynamicznych oraz zmiana konstrukcji opłat sieciowych. - Opłaty sieciowe powinny wspierać korzystanie z usług elastyczności, ułatwiać magazynowanie energii oraz partycypację odpowiedzi odbioru - zaznacza.
Dodaje, że w Polsce możliwe jest szybsze powiązanie alokacji kosztów ze szczytowym zapotrzebowaniem na moc oraz stopniowe odchodzenie od stałych, jednostrefowych opłat za energię, które nie dają odbiorcom żadnych sygnałów cenowych związanych z obciążeniem sieci.











