Dlaczego w światowej gospodarce jest znacznie lepiej niż sądzono rok temu, kiedy Donald Trump obejmował urząd i wiadomo było, że tylko czekać, aż wymierzy cios w swobodę światowego handlu? Cios, owszem nastąpił, 2 kwietnia zeszłego roku w pamiętny "Dzień Wyzwolenia". Potem był odwrót. Ostatecznie - tu szacunki rożnych ośrodków są dość zgodne - średnia stawka celna w USA wynosi ok. 18 proc., a efektywna - ok. 12 proc., kiedy spodziewano się, że osiągnie nawet 30 proc.
O tym, że gospodarka ma się lepiej od oczekiwań, mówi Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W ostatnim, styczniowym "World Economic Outlook" zrewidował w górę prognozy dla globalnego wzrostu na przyszły rok do 3,3 proc., o 0,2 punktu proc. w porównaniu z ogłoszonymi w październiku 2025. Stwierdza, że zaskakująca siła gospodarki jest wynikiem licznych czynników. Najważniejszy z nich to łagodniejsze napięcia handlowe w porównaniu do przewidywanych.
Światowy handel ma się całkiem dobrze. Choć import towarów z Chin, obłożonych najwyższymi cłami, do USA spadł w pierwszych 10 miesiącach zeszłego roku o blisko 27 proc. (do 266,3 mld dolarów, na podstawie danych US Census Bureau), eksport Chin po trzech kwartałach wzrósł (w wymiarze dolarowym) o 5,4 proc., eksport zewnętrzny ze strefy euro po trzech kwartałach 2025 wzrósł o 2,9 proc., a Unii - o 2,4 proc. (dane wstępne Eurostatu). Powiększyły się też nadwyżki handlowe Unii i strefy euro. MFW stwierdza, że globalna gospodarka otrząsa się z bezpośredniego wpływu "szoku taryfowego".
Dodajmy do tego istotne spostrzeżenie analityków McKinsey&Co z raportu "The great trade realignment: Asia rising". Zwracają oni uwagę, że globalny handel reorganizuje się, ale nie tylko z powodu rozpadu układów geopolitycznych, niepewności i konfliktów. Także dlatego, że rośnie znaczenie gałęzi przemysłów "przyszłości". To daje bezprecedensowe możliwości przeorientowania się na nowych partnerów i na branże. W centrum tej strategicznej zmiany znajduje się Azja, a nie USA.
Jakie są granice odporności gospodarki?
Według MFW światowa gospodarka sobie radzi i utrzymuje odporność także wskutek wyższych niż oczekiwano bodźców fiskalnych w niektórych państwach, bardziej sprzyjających warunków finansowych (obniżki stóp procentowych), elastyczności sektora prywatnego, a także poprawy polityki gospodarczej rządów, zwłaszcza w gospodarkach rynków wschodzących. To nie znaczy, że zagrożenia ustąpiły lub są mniejsze.
"Global Risks Report 2026" Światowego Forum Ekonomicznego, ogłoszony z okazji styczniowego dorocznego spotkania w Davos, jako największe ryzyko w najbliższej perspektywie wymienia geopolityczną konfrontację i wynikającą z niej niepewność. Ta niepewność nie ustępuje, a Donald Trump ją podsyca, jak w wypadku żądań dotyczących Grenlandii, które pod znakiem zapytania postawiły trwałość sojuszu NATO.
Niepewność jest globalna, ale jej oddziaływanie ma charakter lokalny, na poziomie zachowań konsumentów (szczególnie w USA) i poszczególnych przedsiębiorstw. Na liczne z nich może działać destrukcyjnie. Lokalnych skutków globalnej niepewności jeszcze zapewne nie widzimy. Powstają natomiast pytania o granice elastyczności sektora prywatnego i granice stymulacji fiskalnej w obliczu rosnącego zadłużenia. Czy zostaną przekroczone?
Czemu w USA nie ma recesji?
Być może jeszcze bardziej zaskakująca niż prognoza gospodarcza MFW dla świata jest prognoza dla USA (jej poprawa dla USA i dla Chin jest głównym powodem rewizji tej globalnej). Fundusz szacuje, że w 2025 roku PKB USA wzrósł o 2,1 proc., wobec 2,8 proc. w roku poprzednim i 2,9 proc. rok wcześniej. Na razie dane Fed z Atlanty pokazują silny IV kwartał ubiegłego roku, co może oznaczać, że wzrost będzie jeszcze wyższy. Na ten rok MFW prognozuje przyspieszenie wzrostu w USA do 2,4 proc.
Jeszcze przed objęciem urzędu przez Donalda Trumpa były prognozy, które zapowiadały w USA w 2025 roku recesję. Potem lekko poszły w górę, ale o 2 proc. nie było nawet mowy. Czemu gospodarka USA zawdzięcza odporność? Ciągłemu wzrostowi inwestycji w sektorze IT, a zwłaszcza w sztuczną inteligencję. Aktywność inwestycyjna w sektorze produkcyjnym pozostaje mizerna, lecz udział inwestycji w IT w amerykańskim PKB wzrósł do najwyższego poziomu od 2001 roku, co podbiło inwestycje ogółem.
MFW widzi tu duże ryzyka, które przypominają "bańkę dot-comów" z początku stulecia. Niemniej potencjał innowacji - w dziedzinach automatyzacji i sztucznej inteligencji - jest bardzo duży i może przynieść znaczący wzrost produktywności i zysków. Według szacunków Funduszu, jeśli obietnica sztucznej inteligencji dotycząca wzrostu produktywności zostanie dotrzymana, może zwiększyć aktywność gospodarczą w USA i na świecie o 0,3 proc. w tym roku, w porównaniu ze scenariuszem bazowym.
Prócz pędu inwestycyjnego związanego z AI gospodarka USA wysyła wiele sprzecznych sygnałów. Silny wzrost nie przekłada się na popyt na pracę przy wciąż postępującym spadku podaży pracy wynikającym z antyimigracyjnej polityki administracji. Inflacja jest stabilnie podwyższona, daleka od celu banku centralnego, w listopadzie i grudniu wyniosła 2,7 proc., ale inflacja bazowa obniżyła się do 2,6 proc., najniższego poziomu od marca 2021 roku. Obawy o wybuch inflacji w USA z powodu taryf nie spełniły się, cła zostały "rozsmarowane" w łańcuchach dostaw i tylko częściowo obciążyły ostatecznie kieszenie konsumentów.
Intrygujący jest natomiast fakt, że USA nie "eksportują" swojej podwyższonej inflacji. Poprzez uzależnienie świata od dolara tak naprawdę to one eksportowały wszystko, łącznie z wielkim globalnym kryzysem finansowym. Powodem wielu regionalnych kryzysów w przeszłości, zwłaszcza na rynkach wschodzących, jak azjatycki z końca zeszłego stulecia, było nadmierne zadłużenie dolarowe państw. Dług i koszty jego obsługi były wrażliwe na cykl amerykańskiej polityki pieniężnej. Słowem - dolar rządził na świecie. Teraz kraje z rynków wschodzących i biedne coraz częściej emitują dług w lokalnej walucie, co stanowi linię obrony przed cyklem koniunkturalnym w USA. Tymczasem Chiny "eksportują" swoją deflację, także do Europy. To jasno pokazuje, które mocarstwo ma już największy gospodarczy wpływ, przynajmniej w wymiarze makroekonomicznym.
"Sell America" again?
USA tracą nie tylko swoją pozycję gospodarczą - wbrew temu, co w Davos mówił Donald Trump - ale także pozycję dolara, zaufanie, przede wszystkim sojuszników, i soft-power. Wraz z ogłoszeniem przez Trumpa zakusów na Grenlandię doświadczyliśmy kolejnej odsłony "sell America".
Poprzednia nastąpiła po "Dniu Wyzwolenia". Jeśli dodamy do tego skrajnie nieodpowiedzialną politykę fiskalną prezydenta, zwiększającą szansę USA na osiągnięcie 40 bilionów dolarów długu w najbliższych latach, widzimy, że polityka ta dotąd nie została przez rynki adekwatnie ukarana. Na razie tylko duński fundusz państwowy zapowiedział wyprzedaż amerykańskich obligacji.
Z soft-power sypią się kłaki. Najnowszy globalny sondaż opinii publicznej ECFR/Oxford przeprowadzony przez Thimoty'ego Garton Asha z Ivanem Krastevem i Markiem Leonardem pokazuje, jak bardzo USA utraciły przez rok zaufanie, uznanie i poparcie na świecie, i jak bardzo zmniejszyły się w różnych krajach wskazania, że są postrzegane tam jako sojusznik, który podziela nasze interesy i wartości.
"Donald Trump nie wszedł do polityki, by przywrócić Chinom wielkość. Ale najnowsze sondaże opinii publicznej przeprowadzone przez European Council on Foreign Relations (Europejską Radę Stosunków Zagranicznych) sugerują, że zrobił to w oczach świata (…) na całym świecie, wielu ludzi uważa, że Chiny są o krok od stania się jeszcze potężniejszymi" - napisał na blogu Timothy Garton Ash, interpretując wyniki badań.
"Tradycyjni wrogowie Ameryki obawiają się jej mniej niż kiedyś - podczas gdy sojusznicy obawiają się teraz, że padną ofiarą drapieżnych Stanów Zjednoczonych" - dodał.
Lekcja przywództwa: Mark Carney
Ravi Agrawal, redaktor naczelny "Foreign Policy", zastanawia się na stronach pisma, czy w "świecie minus jeden" po USA pozostaje "pustka czy próżnia". Utrzymuje, że próżnia, która domaga się wypełnienia. "Próżnia" po USA powstała m.in. na skutek całkowitego zerwania Trumpa z multilateralizmem. Stany Zjednoczone wystąpiły z kilkudziesięciu agend ONZ po tym, jak porzuciły m.in. Porozumienie Paryskie.
Propozycję "wypełnienia próżni" po USA złożył w Davos premier Kanady Mark Carney w niezwykłym, przywódczym przemówieniu. Dodajmy, Kanada jest krajem najsilniej dotkniętym przez politykę celną USA, a szacunki analityków firmy doradczej EY mówią, że z powodu amerykańskich taryf jej PKB będzie w tym roku mniejszy o 1,9 proc., niż gdyby ich nie było.
- (…) Kiedy negocjujemy tylko dwustronnie z hegemonem, negocjujemy z pozycji słabości. Akceptujemy to, co jest oferowane. Konkurujemy ze sobą, by być jak najbardziej ustępliwymi (…). To nie jest suwerenność. To realizacja suwerenności przy jednoczesnym akceptowaniu podporządkowania" - powiedział.
Mark Carney mówił o tym, jak jego kraj wydeptuje nowe ścieżki, żeby spotkać się z innymi państwami w wartościach, polityce, handlu, inwestycjach, wspólnych interesach, stanowieniu zasad, gwarancjach bezpieczeństwa. Buduje koalicje z partnerami, "którzy mają wystarczająco dużo wspólnego, by działać wspólnie". Koalicje mogą obejmować zdecydowaną większość krajów albo tylko niektóre. Mogą tworzyć nowe sieci powiązań w handlu, inwestycjach i kulturze.
- (…) Wierzymy, że z rozłamu możemy zbudować coś większego, lepszego, silniejszego i sprawiedliwszego - powiedział.
Czego się boi Donald Trump?
Powiedzenie TACO ("Trump Always Chickens Out" - "Trump zawsze rejteruje") nie jest prawdziwe. Agenci ICE dalej przecież polują na ludzi w całych Stanach. Prezydent rozszerza władzę w kraju, podejmuje próby - jak dotąd nieudane - podporządkowania sobie nawet banku centralnego. Czasami jednak rejteruje. Czego się boi?
Prawdopodobnie jeszcze nie dostrzega, że porządek świata, który zburzył (czy też obnażył jego hipokryzję) domaga się zastąpienia nowym. Świat "minus jeden" nie chce zmierzać ku entropii. Nowy porządek, zarysowany przez Marka Carneya w Davos, wielobiegunowy, "sieciowy", może pominąć hegemona. W dłuższej perspektywie tego właśnie USA powinny obawiać się najbardziej.
Trump boi się oporu. Jednoznaczne i pełne determinacji stanowisko Unii Europejskiej w sprawie Grenlandii mogło spowodować, że się cofnął, choć - być może - tylko na chwilę. Boi się także rynków, bo po pierwszej odsłonie "sell America" zupełnie zmienił taryfowy dyktat w narrację o "dealach". A rynki - jak wiemy - nie ukarały go jeszcze za politykę fiskalną i bezprecedensowy wzrost zadłużenia.
W końcu - zapewne - boi się też Amerykanów. Sondaże pokazują, że traci ich poparcie, zyskuje niechęć, większość wyborców nie pochwala sposobu, w jaki radzi sobie z gospodarką, imigracją, wojną rosyjsko-ukraińską, a nawet z Wenezuelą. W ostatnim ubiegłorocznym sondażu Economist/YouGov ponad połowa respondentów (51 proc.) stwierdziła, że sytuacja gospodarcza pogarsza się, a tego zdania jest znaczna cześć jego elektoratu. To silne sygnały ostrzegawcze przed listopadowymi "połówkowymi" wyborami.
Wśród republikanów łamią się szeregi. Na razie incydentalnie, A to w sprawie maili Epsteina, a to zabójstwa Renee Good w Minneapolis, a to dopłat do opieki medycznej dla uboższych. Żeby wejść ponownie do Kongresu w listopadzie będą musieli wymyślić jakieś nowe narracje, niekoniecznie zgodne z linią prezydenta. Jeśli przegrają, Trumpa może czekać nawet procedura impeachmentu, o czym sam zresztą mówił.
Na "froncie" warunków życia, na które narzekają Amerykanie, Trump rzuca coraz to nowe pomysły. A to mówi, że rozda po 2 tys. dolarów, a to, że nakaże szerszy skup kredytów hipotecznych agencjom rządowym, żeby obniżyć koszty zobowiązań, a to, że ograniczy wysokość oprocentowania kart kredytowych. Na razie nie widać, żeby to poprawiało humor elektoratowi.
Po roku Trump zaczyna przegrywać wszystkie wojny, które sam rozpoczął. Wyjścia mogą być dwa - TACO lub dyktatura.
Jacek Ramotowski
















