W skrócie
- Tracący na wartości dolar sprawi, że USA będą mniej kupowały za granicą. Z drugiej strony, słaby dolar zwiększa opłacalność amerykańskiego eksportu i może przyciągnąć inwestycje.
- Ekonomiści przypominają, że polityka ekonomiczna Donalda Trumpa także w czasie jego pierwszej kadencji przyczyniła się do osłabienia waluty Amerykanów.
- Frank jest ”uporczywie” mocny w relacji do wielu walut, choć Szwajcarzy od dawna są liderami rozluźniania polityki monetarnej.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Prezydent USA Donald Trump w ostatnich dniach stycznia powiedział wprost, że uznaje ostatni spadek wartości dolara za "wspaniały". Nie jest to żadne zaskoczenie. Nie ulega bowiem wątpliwości, że polityka gospodarcza prowadzona przez obecną administrację waszyngtońską potrzebuje słabej waluty amerykańskiej. Słowa prezydenta przyniosły natychmiastowy skutek - dolar spektakularnie potaniał, choć po weekendzie (31 stycznia / 1 lutego) odrobił część strat.
"Zielony" w głębokiej defensywie
W zeszłym tygodniu kurs euro wzrósł z 1,185 dolara do ponad 1,20 i osiągał najwyższą wartość od czerwca 2021 roku. Na początku nowego tygodnia eurodolar wrócił w okolice 1,18. Na polskim rynku walutowym za dolara płacono mniej niż 3,50 zł, co było najniższym notowaniem od wiosny 2018 roku. Po niedzieli waluta Amerykanów ruszyła w górę i poprawiła się o kilka groszy.
W konfrontacji z frankiem szwajcarskim złoty nie wypada już tak dobrze. Za walutę Helwetów w tych dniach trzeba płacić około 4,60 zł, najwięcej od lata 2025 roku. Frank szczególnie mocny jest w relacji do dolara. Za "zielonego" pod koniec zeszłego tygodnia płacono mniej niż 77 centymów, najmniej od 14 lat.
W ostatnich dniach indeks dolara (DXY) zsunął się do najniższego poziomu od początku 2022 roku. DXY obrazuje relację dolara do koszyka walut najczęściej wymienianych na świecie. Trzeba pamiętać, że 2022 rok był wyjątkowy, gdyż wtedy amerykański dolar zyskiwał na wartości z powodu inflacyjnych skutków pandemii, rosnących stóp procentowych i szoku geopolitycznego po napaści Rosji na Ukrainę.
Biały Dom potrzebuje osłabionego dolara
Dolar w 2025 roku stracił prawie 9,5 proc. względem koszyka głównych walut wymienialnych, a od początku tego roku spadł o następne 2 proc. Jednak indeks realnego efektywnego kursu wymiany dolara nadal jest o jedną trzecią wyższy niż w 2011 roku. W sumie przez kilkanaście lat, od momentu globalnego kryzysu finansowego, dolar umocnił się o 50 proc. Administracja Donalda Trumpa jest zainteresowana odwróceniem tego procesu.
"America first" potrzebuje słabego dolara, bo tylko taki pomoże obniżyć deficyt handlowy (zwiększyć eksport i zmniejszyć import) i ma szanse przyczynić się do sprowadzenia produkcji przemysłowej z powrotem do Stanów Zjednoczonych. Tracący na wartości "zielony" sprawi, że Ameryka będzie mniej kupowała za granicą. Z drugiej strony, słaby dolar zwiększa opłacalność eksportu i może przyciągnąć do USA inwestycje.
W ostatnich dniach stycznia na światowych rynkach finansowych dominowało hasło: "sprzedawaj USA". W rezultacie kosztem dolara umocniło się wiele innych walut, wśród nich japoński jen. Dla Waszyngtonu gospodarcze relacje z Tokio są teraz szczególnie ważne. Biały Dom boi się, że biliony dolarów mogłyby odpłynąć na rynek japoński. Donald Trump powiedział wprost, że przy drogim dolarze ciężko jest konkurować z Chinami i Japonią.
Do dalszej deprecjacji dolara przyczyni się zapewne polityka monetarna Rezerwy Federalnej. Wiadomo już, że nowym szefem Fed zostanie Kevin Warsh. Co prawda w otoczeniu Donalda Trumpa są ekonomiści bardziej niż Warsh podejrzewani o skłonność do szybkiego obniżania stóp procentowanych, ale i on będzie czynił zadość oczekiwaniom prezydenta. Trump powiedział niedawno, że stopy w USA powinny być "najniższe na świecie". Biały Dom potrzebuje niskich stóp chociażby po to, by zmniejszać koszty obsługi ogromnego amerykańskiego długu publicznego.
To już było w pierwszej kadencji Trumpa
Ekonomiści przypominają, że polityka ekonomiczna Donalda Trumpa także w czasie jego pierwszej kadencji przyczyniła się do osłabienia waluty Amerykanów. W samym tylko 2017 roku indeks dolara spadł o 10,2 proc. Wówczas Stany Zjednoczone prowadziły wojny handlowe z Chinami, a "zielony" był mocniejszy w chwili gdy Trump wprowadzał się do Białego Domu niż cztery lata później.
Pod koniec 2016 roku za euro płacono tylko 1,05 dolara. Kilkanaście miesięcy później - w lutym 2018 roku - eurodolar kosztował 1,24, a w styczniu 2021 roku niewiele mniej, bo 1,20. Na naszym rynku walutowym od grudnia 2016 roku do grudnia 2020 roku dolar potaniał z 4,21 do 3,69 zł.
Frank detronizuje dolara
Obserwowana teraz abdykacja amerykańskiego dolara sprawia, że na miano "najsilniejszej waluty na świecie" zaczyna zasługiwać frank szwajcarski, który pod koniec stycznia osiągał najwyższy poziom względem "zielonego" od 14 lat. To problem dla Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB), bo utrudnia mu politykę pieniężną.
W 2025 roku frank umocnił się do dolara o 12,7 proc. W pierwszych tygodniach tego roku waluta Helwetów powiększyła tę przewagę. Frank zyskuje na wartości z powodu nieprzewidywalnej polityki handlowej USA, wątpliwości co do niezależności Rezerwy Federalnej oraz działań Białego Domu na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Łacińskiej i wobec Grenlandii.
Frank jest "uporczywie" mocny w relacji do wielu walut, choć Szwajcarzy od dawna są liderami rozluźniania polityki monetarnej. Innymi słowy, liczni inwestorzy doszli do wniosku, że dobrze jest lokować kapitały w kraju, w którym inflacja jest niewysoka i niegroźna dla oszczędności ludzi. Mało komu przeszkadza fakt, że Szwajcarzy systematycznie obniżają stopy procentowe. W tej chwili główna stopa jest na zerowym poziomie przy inflacji wynoszącej 0,1 proc. Kraj balansuje na granicy dezinflacji i ujemnych stóp procentowych.
Niewątpliwym atutem Szwajcarii jest też jej neutralność, która sprawia, że nie angażuje się w żadne konflikty międzynarodowe. Poza tym, inwestorzy doceniają helwecki system bankowy, złożony z solidnych i cieszących się prestiżem instytucji finansowych.
Szwajcaria na "czarnej liście" USA
W latach 2014-22 SNB stosowała minusowe stopy procentowe. Te działania okazały się skuteczne w pożądanym wówczas osłabianiu franka i we wspieraniu eksportu, choć wiązały się z kosztami dla sektora bankowego i oszczędzających. Teraz też - przy zerowych stopach SNB - oprocentowanie lokat spadło do minimum, co zmusza instytucje finansowe do poszukiwania alternatywnych źródeł dochodów.
Kurs franka może być oczywiście korygowany przez specjalne posunięcia banku centralnego. W czerwcu 2025 roku Narodowy Bank Szwajcarii ogłosił, że jest gotowy interweniować na rynku walutowym, jeśli wystąpi taka konieczność.
W tym samym czasie Biały Dom dodał Szwajcarię do "Listy Monitorującej". Znalazło się na niej dziewięciu partnerów handlowych USA, których "praktyki walutowe i polityka makroekonomiczna zasługują na szczególną uwagę". Biały Dom nie zadowolił się wyłącznie "monitorowaniem" i nałożył na Szwajcarię 39-procentowe cła, które dopiero później w wyniku kompromisowej umowy handlowej obniżono do 15 proc.
Niepożądana "bezpieczna przystań"
Frank zawsze był pieniądzem globalnej awersji do ryzyka i zwyczajowo jest postrzegany jako ostoja na rynkach finansowych. Ma tendencję do umacniania się w okresach globalnej niepewności gospodarczej lub politycznej. Druga strona medalu jest taka, że mocna waluta Helwetów uderza w konkurencyjność szwajcarskiego eksportu, który stanowi 25 proc. PKB kraju. Branże takie jak przemysł maszynowy, farmaceutyczny czy zegarmistrzostwo odczuwają rosnącą presję kosztową. Paradoksalnie, status franka jako "bezpiecznej przystani", który przeważnie jest atutem, w dzisiejszej sytuacji staje się obciążeniem dla realnej gospodarki.
Zmienność notowań waluty Helwetów bywa duża. Na polskim rynku w czerwcu 2021 roku za franka płacono nieco ponad 4 zł. Jednak już kilkanaście miesięcy później (pod koniec września 2022 roku) zanotowano historyczne maksimum na poziomie prawie 5,13 zł. Dziś powrót do tak wysokich wartości jest nieprawdopodobny. Rosnące zadłużenie Polski, a także ewentualne wewnętrzne wstrząsy polityczne mogą co prawda wzmacniać franka wobec złotego. Jednak z drugiej strony, naszej walucie będzie sprzyjać napływ do kraju pieniędzy z Unii Europejskiej.
Jacek Brzeski













