Łukasz Grajewski. Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata? Wydawnictwo Otwarte. Kraków 2026
Niemcy nie są żadnymi Nadeuropejczykami. Także tutaj pęknie liberalno-konserwatywno-postępowy oligopol polityczny, w ramach którego chadecy, socjaldemokraci, liberałowie i zieloni zmieniają się u władzy w różnych konfiguracjach. Nie zmieniają jednak swojej liberalno-konserwatywno-postępowej polityki. Co sprawia, że nie potrafią zalegitymizować się w oczach stabilnej demokratycznej większości wyborców. Efekt może być tylko jeden. Także niemiecki czarno-czerwono-żółto-zielony (Niemcy lubią swoją politykę definiować właśnie w kolorach) establiszment stanie przed koniecznością podzielenia się władzą z tzw. populistami. Tak jak stało się w Polsce, we Włoszech, Holandii, Czechach albo na Węgrzech. I jak stanie się niebawem we Francji czy w Wielkiej Brytanii.
To oznacza z kolei, że w gabinetach niemieckiej władzy pojawią się ci, którymi wciąż panujący system straszy od ponad dekady.
Migracja, zielona transformacja, antyspołeczne reformy. Z czym mają problem współczesne Niemcy?
To Alternatywa dla Niemiec. Partia założona w 2013 roku przez grupkę sfrustrowanych profesorów ekonomii, która w ciągu następnych lat zdołała wpisać się w dojrzewający w Niemczech od dłuższego czasu społeczny gniew. Gniew ten dotyczył wielu spraw. Przede wszystkim bardzo realnych konsekwencji masowej migracji. Niemiecka panująca klasa polityczno-medialna robiła przez lata wszystko, by problemy te wyciszyć, zagadać i zamieść pod dywan. A domagających się postawienia na agendzie takich spraw, jak islamizacja, etniczna segregacja tkanki miejskiej, rosnąca przestępczość, psucie przez migrantów rynku pracy czy przeciążenie instytucji państwa dobrobytu, z debaty publicznej po prostu eliminowano - nierzadko przy pomocy uroczego argumentum ad hitlerum. Nie udało się. Zwłaszcza od czasu brzemiennej w skutki decyzji rządu Angeli Merkel (rok 2015) o otwarciu niemieckich granic na uchodźców każdy rok przynosił kolejne dowody, że masa krytyczna została przekroczona.
Ale przecież współczesne Niemcy to także wiele innych problemów. To negatywne skutki społeczne wywołane radykalną zieloną transformacją, kosztami której niemieckie społeczeństwo i niemiecka wytwórczość zostały bardzo mocno obciążone. To także długi cień antyspołecznych reform grabarza starej niemieckiej socjaldemokracji Gerharda Schroedera. Reform, które - jak kiedyś u nas plan Balcerowicza - były wychwalane pod niebiosa przez elity opiniotwórcze, podczas gdy reszta społeczeństwa patrzyła na nie zgrzytając zębami i chwytając się za portfel. To wreszcie czasy pandemii, gdy niemieckie elity tak bardzo napęczniały przeświadczeniem o swojej moralnej szlachetności, że przestały odbierać wszelkie sygnały, że nawet najsłuszniejszą politykę trzeba ludziom komunikować inaczej niż przez obwieszczenia w stylu "tak, bo tak".
Dziennikarz Łukasz Grajewski te lata dojrzewania niemieckich "gron gniewu" dość uczciwie opisuje. Pokazuje, jak AfD zmieniała w tym czasie wielokrotnie swoją skórę (i ludzi, którzy Alternatywę przez te lata tworzyli) po to właśnie, by wychodzić naprzeciw tym wszystkim zastrzeżeniom Niemców wobec kolejnych wcieleń rządów SPD-CDU i innych. A w gruncie rzeczy ciągle tych samych. Grajewski zabiera czytelnika w miejsca takie jak niegdyś robotnicze (a teraz migranckie) dzielnice zachodnioniemieckiego Duisburga albo rewiry w enerdowskiej Chemnitz, gdzie nigdy nie zaistniały zapowiadane przez Helmuta Kohla w roku 1990 "kwitnące krajobrazy". Widzimy ludzi, którzy AfD tworzą oraz takich, co na nią głosują. I szczerze mówiąc… wcale się im nie dziwimy.
Zgodnie z prawdą oddaje też Grajewski strategiczne dylematy dotyczące przyszłości w samej Alternatywie. Iść na możliwość zbliżenia z chadecją i przy jej pomocy uzyskać wpływ na sytuację w kraju czy też odrzucić establiszment republiki berlińskiej w całości i grać o pełną pulę w dłuższej perspektywie?
Wszystkie te zagadnienia dla polskiego czytelnika mogą być nowe i ciekawe. No chyba, że zna niemiecki i śledzi jako tako niemieckie media. Wtedy Grajewski wybrzmi im w uszach bardziej wtórnie, jako - jak mówił mój pierwszy redaktor, gdy sam o Niemczech pisywałem - "przepisywalnia ze Spiegela".
"Teza o antypolskim rysie Alternatywy nie zostaje ani dowiedziona, ani obalona"
Ta książka ma jednak pewną fundamentalną słabość. To niemal zupełny brak - by tak rzec - polskiej perspektywy. "Jakie były początki ekstremistycznej AfD? Partii, której władze uważają, że Polska jest dla Niemiec zagrożeniem"? - taką zachętę mamy na obwolucie książki Grajewskiego. Problem w tym, że autor się po tym problemie prześlizguje. Teza o antypolskim rysie Alternatywy nie zostaje tu ani dowiedziona, ani obalona. Wisi jak ta strzelba zawieszona w pierwszym akcie, ale nie wypala do końca przedstawienia. Za protezę służyć tu ma - jak rozumiem - opowieść o miejscu Rosji na mentalnej mapie ludzi AfD. Miejsce to jest oczywiście jest znaczne, co - w zestawieniu z kremlowską ideologią (Dugin!) Europy Środkowej i Wschodniej jako miejsca pełnego państw "transatlantyckich prostytutek" - pachnie nam Polakom bardzo nieładnie. Z drugiej jednak strony Grajewski uczciwie przyznaje, że ta fascynacja "odwiecznym rosyjskim sąsiadem" nie jest bynajmniej w niemieckiej polityce niczym nowym. Bo przecież to na niej fundowana była polityka wschodnia Schroedera czy Merkel, pisana wielką ugodą energetyczną, rozbitą dopiero przez inwazję na Ukrainę.
W sumie więc książka ta zostawia - co najwyżej - w przeświadczeniu, że AfD u władzy powtórzy błędy poprzedników. Niż z dowodem na to, byśmy się mieli Niemców spod tego znaku bać jakoś szczególnie mocniej niż pozostałej części berlińskiej sceny politycznej.
Rafał Woś
Autor prezentuje własne opinie i poglądy
Śródtytuły pochodzą od redakcji













