Reklama

Drobni inwestorzy giełdowi to nie "leszcze"

Ich zlecenia rozpoczęły handel na warszawskiej giełdzie, potem dźwigali ciężar prywatyzacyjnych ofert Skarbu Państwa, a w ostatnich miesiącach swoją aktywnością przyczynili się do uratowania rynku przed załamaniem podczas paniki wywołanej COVID-19. Tymczasem ich interesy od lat są lekceważone przez państwo, dla którego są piątym kołem u wozu.

Gdyby na warszawskiej giełdzie nie było drobnych inwestorów, którzy ryzykują inwestycyjnie od blisko trzech dekad swoje oszczędności, trzeba by ich wymyślić. Stworzyli bowiem liczne środowisko, jak na tak niewielki rynek, i spopularyzowali inwestowanie w akcje czy obligacje w społeczeństwie, które przez pół wieku pozbawione było - ze względów historycznych i politycznych - rynku papierów wartościowych.

Reklama

Na pierwszej giełdowej sesji 16 kwietnia 1991 roku nie zawiedli i to właśnie przeważnie ich zlecenia wśród 112 złożonych sprawiły, że odbył się handel na wszystkich pięciu pierwszych sprywatyzowanych spółkach: Krośnie, Kablach, Exbudzie, Próchniku i Tonsilu. A obawa, że nikt nie będzie chciał handlować na inauguracyjnej sesji była tak wielka, że ówczesny prezes GPW Wiesław Rozłucki sam... złożył pięć zleceń na każdą ze spółek, gdyby nie zjawiły się inne. Bo pierwszy dzień giełdy bez transakcji byłby porażką wizerunkową rodzącego się rynku. A tak, obrót 2 tys. zł (licząc po denominacji), po części z kieszeni indywidualnych inwestorów, dał początek GPW. 

Burzliwe losy detalistów 

Pomimo szalejącej inflacji na początku lat 90. drobni inwestorzy nie zawahali się rzucić swoich pieniędzy na raczkujący rynek kapitałowy, pomimo że poziom wiedzy ekonomicznej był mizerny. "Granie na giełdzie" stało się w pierwszych latach po transformacji swoistym sportem narodowym, co było o tyle kuszące, że na płytkim rynku podaż akcji była niewielka i płynący szerokim strumieniem kapitał prowadził do windowania cen. W szczycie spekulacyjnej gorączki, przed pierwszym krachem w 1994 roku, detaliści byli gotowi stać przez mroźne noce w tasiemcowych kolejkach, aby tylko otworzyć upragniony rachunek inwestycyjny i złożyć zlecenie na jakąkolwiek spółkę (nosiło to nazwę inwestowania "na trepa"). 

W tym miejscu można wskazać pierwszą z licznych zasług drobnych inwestorów dla gospodarki, którą warto przypomnieć politykom: giełda absorbowała duże ilości "gorącego" inflacyjnego pieniądza, który nie szedł na konsumpcję, tylko inwestycje kapitałowe; spekulacyjne, chaotyczne, ale jednak inwestycje, które wiązały nadwyżkę pieniądza. 

Cechą charakterystyczną pierwszej dekady warszawskiej giełdy był ponadprzeciętny udział w handlu drobnych inwestorów, co powodowało, że niejednokrotnie o kursach akcji decydowały czyste emocje, a nie żadna analiza fundamentalna czy techniczna. Na rynku funduszy powierniczych pierwsze TFI dopiero budowały pozycję i zdobywały klientów, a przełomem dla aktywności instytucjonalnej było tak naprawdę pojawienie się Otwartych Funduszy Emerytalnych pod koniec lat 90. 

Po pęknięciu kolejnej spekulacyjnej bańki, tym razem internetowej, na początku nowego tysiąclecia, grube miliardy płynące ze składek emerytalnych do OFE oraz coraz lepsze wyniki funduszy TFI sprawiły, że rola drobnych inwestorów systematycznie zaczęła spadać.  Ale i tak, podczas największej w historii hossy po wejściu Polski do UE w 2004 roku, udział detalistów w obrotach na rynku akcji przekraczał z reguły 30 proc. Dopiero tuż przed kolejnym krachem w 2008 r. (upadek banku Lehman Brothers) ten wskaźnik obniżył się do zaledwie 18 proc.

Jednak kryzys finansowy, który rozlał się po całym świecie, nie trwał długo, ponieważ amerykański bank centralny Fed zaczął dodrukowywać setki miliardów dolarów i dosłownie - w uproszczeniu - zalał giełdy pieniędzmi. W Polsce powrót dobrej koniunktury został wykorzystany przez rząd do prywatyzowania wielkich państwowych spółek pod szyldem akcjonariatu obywatelskiego i zdobywania dla budżetu grubych miliardów złotych. 

W założeniu, każdy chętny detalista miał mieć możliwość złożenia zamówienia na akcje prywatyzowanej firmy za z grubsza 10 tysięcy złotych, a ceny emisyjne w tej transzy miały nie być śrubowane. I taka polityka "akcjonariatu obywatelskiego" okazała się bardzo skuteczna. Na akcje PZU w 2010 r. zapisało się ćwierć miliona detalistów, a ukoronowaniem "akcjonariatu obywatelskiego" była oferta samej GPW, na którą znalazło się aż 323 tys. chętnych. 

Była to wręcz manifestacja zaufania do stworzonej ledwie przed dwoma dekadami instytucji, i dowód, że pieniądze drobnych inwestorów liczą się na giełdzie. Liczba rachunków inwestycyjnych dynamicznie wzrosła i osiągnęła aż półtora miliona, co było ewenementem na skalę nie tylko europejską, bo generalnie handel zdominowany jest przez potężne instytucje finansowe.

Udział detalistów podskoczył znowu do z grubsza 20 proc., ale szybko nad polskim rynkiem kapitałowym zaczęły gromadzić się ciemne chmury: kryzys w strefie euro, turbulencje światowej gospodarki, a na naszym podwórku skok rządu na część obligacyjną OFE, który zapoczątkował wieloletnią słabość naszej giełdy na tle świata, ponieważ totalnie został osłabiony jeden z instytucjonalnych filarów rynku. Pociągnęło to za sobą także spadek aktywności detalicznych inwestorów, obniżenie płynności obrotu i niewielką zmienność. Z roku na rok kolejni drobni inwestorzy odwracali się plecami do giełdy, "głosowali nogami", sprzedając akcje i przenosząc się z kapitałem np. na nieruchomości. 

Drobni wrócili z przytupem 

W efekcie, na koniec 2019 r. ich udział w obrotach na rynku głównym akcji spadł do zaledwie 11 proc. i już wydawało się, że to trend nieodwracalny, a o znaczeniu drobnych akcjonariuszy dla rynku będziemy mówić tylko w kategoriach historycznych. Tymczasem pierwsze półrocze 2020 wiele zmieniło, ponieważ - po pierwsze - wystrzeliła inflacja, i posiadacze oszczędności zaczęli rozpaczliwie szukać alternatyw dla przynoszących realne straty lokat bankowych, a - po drugie - panika wywołana na giełdach przez skutki pandemii COVID-19 ściągnęła na giełdę drobnych łowców okazji, którzy nie zostali sparaliżowani strachem i podjęli ogromne ryzyko skupowania mocno przecenionych akcji. Tym samym, w dużej mierze przyczynili się do ograniczenia spadków indeksów, a następnie odbudowy notowań przynajmniej części atrakcyjnych spółek. 

Według brokerów, udział drobnych inwestorów w obrotach w okresie pandemii mógł podskoczyć znowu do ok. 20 proc., czyniąc z nich ponownie liczącą siłę na parkiecie. I nie tylko. W końcu to drobni inwestorzy przede wszystkim uwierzyli w polską branżę producentów gier, która stała się wizytówką naszej gospodarki, na którą teraz tak chętnie powołują się politycy, bo kupowali akcje, także na NewConnect, często dopiero raczkujących spółek, które z czasem stały się tuzami na głównym parkiecie i wtedy dopiero przyciągnęły instytucje. To samo dotyczy obecnie także spółek zajmujących się np. fotowoltaiką, które często w pierwszej kolejności mogą liczyć na kapitał drobnych inwestorów, a potem dopiero instytucji, kiedy już okrzepną i staną się odpowiednio duże.

Niech państwo zmieni politykę

Po co te wszystkie przykłady i historyczne wyliczenia? Po to, aby uświadomić całej klasie politycznej, nie tylko aktualnie rządzącej, że indywidualni inwestorzy, czasem pogardliwie nazywani "leszczami", to bardzo ważny element rynku, którego nie powinno się ani lekceważyć, ani łamać jego praw.Tymczasem od wielu lat, niezależnie od politycznej konstelacji władzy, jesteśmy świadkami spychania ich na margines w akcjonariatach spółek państwowych i nieliczenia się z ich interesami np. podatkowymi. Nie ma politycznie chętnych do ulżenia im w "podatku Belki", z którego rocznie wpływa jedynie ok. 3 mld zł, blednących przy skali gigantycznych transferów socjalnych i innych bonusów dla wybranych grup społecznych. 

Istotne sprawy, m.in. kompensacja zysków kapitałowych i strat, obniżenie opodatkowania dywidendy czy wprowadzenie obligacji rozwojowych z preferencjami podatkowymi, znalazły się dopiero w 2019 roku w Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego (SRRK), tak jakby wcześniej nie można ich było załatwić. A i teraz w realizacji SRRK zepchnięte są na plan dalszy, bo na pierwszym są interesy instytucji finansowych, np. jednolita licencja bankowa. W nowym składzie Rady Giełdy niestety nie znalazło się miejsce dla kandydata zgłoszonego przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, co jest gorzkim dowodem, że dla państwowego właściciela i polityków drobni inwestorzy jednak nie liczą się jako środowisko, które zasługuje na swoją reprezentację w instytucji, która jest czymś więcej, niż tylko kolejną spółką notowaną na parkiecie. 

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Bez poważnej zmiany jakościowej w podejściu do interesów drobnych inwestorów, bez szanowania ich praw i pozycji, trudno sobie wyobrazić, aby polski rynek kapitałowy mógł spełniać swoją rolę w gospodarce. Nie zmieni tego przynależność do żadnych prestiżowych światowych indeksów. Skoro nasza giełda może liczyć na drobnych inwestorów w najtrudniejszych momentach, to byłoby wskazane, aby państwo wreszcie potraktowało ich po partnersku, a nie jak symboliczne piąte koło u wozu. 

Tomasz Prusek. publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »